"Peaky Blinders: Nieśmiertelny" to więcej niż godne zakończenie gangsterskiej sagi – recenzja filmu

serialowa.pl 3 godzin temu

Tommy Shelby wraca w filmie BBC Film i Netfliksa pt. „Peaky Blinders: Nieśmiertelny”, by wypełnić istotną misję podczas II wojny światowej. Oceniamy, czy warto obejrzeć.

Po czterech latach od finału „Peaky Blinders„, w którym Tommy Shelby (Cillian Murphy) raz jeszcze oszukał przeznaczenie, nasz bohater powraca, tym razem w filmowej odsłonie, zatytułowanej „Nieśmiertelny”. Za jej produkcję odpowiada BBC Film, ale światowa dystrybucja – pomijając ograniczoną dostępność w kinach m.in. w USA – odbywa się na Netfliksie. Co miało prawo budzić pewne obawy. Czy słusznie?

Peaky Blinders: Nieśmiertelny – o czym jest film Netfliksa?

I tak, i nie. Steven Knight, twórca gangsterskiej sagi emitowanej na BBC przez sześć sezonów w latach 2013-2022, od lat powtarzał, iż chciał pociągnąć tę historię do czasów II wojny światowej. W serialu udało mu się dotrzeć do 1934 roku, czasów, kiedy faszyzm wszedł już do politycznego mainstreamu w Europie. Akcja filmu dzieje się po kilkuletnim przeskoku, w 1940 roku, i rozpoczyna się od prawdziwego wydarzenia – bombardowania fabryki broni w Birmingham przez Luftwaffe – do którego Knight dorzuca mnóstwo fikcji. Osią fabuły staje się akcja drukowania fałszywych banknotów, którymi naziści chcą zalać Wyspy, by doprowadzić do upadku brytyjskiej gospodarki.

„Peaky Blinders: Nieśmiertelny” (Fot. Netflix)

W środku intrygi ląduje Duke Shelby (Barry Keoghan, „Władcy przestworzy”), syn Tommy’ego, kierujący gangiem Peaky Blinders, „jakby był znów 1919 rok”. Podczas gdy jego ojciec – z którym ten oczywiście nie ma żadnej relacji – spędza lata na dobrowolnym wygnaniu na wsi, Duke króluje w mieście, nie ukrywając, iż ma ambicje, by Tommy’emu nie tylko dorównać, ale i go przebić. Kiedy w jego życiu pojawia się John Beckett (Tim Roth, „Magia kłamstwa”), skarbnik Brytyjskiego Związku Faszystów, z propozycją nie do odrzucenia, zaczyna się walka nie tylko o losy II wojny światowej, ale i o dusze obu panów o nazwisku Shelby. Czy Tommy wróci do życia? Po której stronie ostatecznie opowie się jego syn? I o adekwatnie chodzi z tytułową nieśmiertelnością?

Przed upływem dwóch godzin wszystko stanie się jasne, a w międzyczasie Steven Knight i reżyser Tom Harper dorzucą Tommy’emu kilka nowych traum, a Duke’owi kilka powodów, by mieć ambiwalentne uczucia wobec ojca, jednocześnie przedstawiając kluczową postać – Romkę imieniem Kaulo, w którą wciela się Rebecca Ferguson („Silos”). I ona sama, i korzenie Tommy’ego odgrywają kluczową rolę, nie tylko nadając filmowy charakterystyczny klimat, mocno obecny w końcówce serialu, ale także stając się zapalnikiem do działania. W „Nieśmiertelnym” nie brakuje spektakularnych, rzeczywiście filmowych scen, począwszy od dosłownie wybuchowej sekwencji otwarcia, ale myślę, iż wielu fanów za swój ulubiony moment uzna ten, w którym Tommy Shelby wsiada ponownie na czarnego konia i, tym razem zmęczony, sponiewierany i cały w błocie, jedzie przez miasto, witany jak król, którym jest. Oczywiście w rytmie „Red Right Hand” w zupełnie nowej wersji, w wykonaniu Nicka Cave’a i Hunting The Wren.

Peaky Blinders: Nieśmiertelny – Tommy Shelby kontra syn

„Peaky Blinders: Nieśmiertelny” sprawnie prowadzi wojenną fabułę z dodatkiem heist movie, oferując widzom liczne twisty i niespodzianki, a także dużo efektownej akcji po drodze. Ale to nie filmowe ujęcia, podkręcane rockową muzyką – obok Cave’a są tu jeszcze m.in. Fontaines D.C., mclusky, covery Massive Attack – stanowią o sile filmu. Nie, to wielka miłość Knighta i jego ekipy do Tommy’ego Shelby’ego, jednego z najbardziej uwielbianych telewizyjnych antybohaterów, obdarowanego na koniec jeszcze większymi demonami, ale też szansą na odkupienie, a może i pokój. Cillian Murphy tradycyjnie już niesie opowieść, nie pozwalając oderwać się od ekranu przede wszystkim w cichych momentach, kiedy oglądamy jego postać pośród mgły na cmentarzu, w skromnym domu pośrodku niczego czy wreszcie we własnej głowie.

„Peaky Blinders: Nieśmiertelny” (Fot. Netflix)

W przeciwieństwie do serialu film ma jednak dwóch bohaterów, a relacja synowsko-ojcowska staje się jego sercem, zanim w ogóle Tommy i Duke będą mogli spotkać się po latach. Podczas gdy tata spędza życie z duchami, syn szuka siebie pośród ognia, przemocy i kozackich zagrywek jak z 1. sezonu „Peaky Blinders”. Fenomenalnie obsadzony Keoghan łączy w sobie dawną energię Tommy’ego z własnymi ambicjami, podlewanymi toną żalu i nierozwiązanych problemów z gatunku tych, o których dziś byśmy rozmawiali na terapii. „Nieśmiertelny” to historia tego duetu, ich pojedynku na szczycie, ale i zmagań z własnymi uczuciami. To walka o duszę i Tommy’ego, i przede wszystkim Duke’a, niemal do końca nieoczywistego, nieodgadnionego i zaskakującego.

Jakich wyborów dokona jeden i drugi; jaka przyszłość ich czeka i czy jakakolwiek? Jak bardzo poturbowani będą obaj, zanim do niej dotrą? Steven Knight i Tom Harper oferują widzom mroczną, ciężką i – cóż, przynajmniej jak na film – skomplikowaną psychologicznie przeprawę, w której pośród błota, wojennego chaosu i moralnych szarości rozgrywa się stara jak świat walka dobra ze złem. A wszystko to na przestrzeni niecałych dwóch godzin. I tutaj dochodzimy do największej słabości „Nieśmiertelnego”.

Peaky Blinders: Nieśmiertelny – czy warto obejrzeć film?

Syndrom pt. „Miałem być serialem, jestem filmem” to niestety spora bolączka takich powrotów po latach, które służą przede wszystkim ostatecznemu zamknięciu fabuły, i „Peaky Blinders” nie jest od tego wolne. Kiedy chciałoby się głębiej, jest szybciej. Kiedy wydaje się, iż więcej czasu w cmentarzu z Tommym byłoby dobrym pomysłem, Knight i spółka robią cięcie i przechodzą do akcji. Kiedy miło byłoby zatrzymać się na dłużej przy jakiejś rozmowie – albo choćby i, tak symbolicznej przecież, sekwencji z Tommym jadącym na koniu przez Birmingham, trzeba łapać za karabin/granat i lecieć do przodu. Sześć godzin w miejsce dwóch wydaje mi się optymalne dla takiej historii, gdzie mamy i wyjaśnienia, i masę pożegnań, i złożoną psychologię postaci, i jeszcze wojenną intrygę. Tego już nie dostaniemy – w zamian mamy sprawnie zrealizowany, zgrabnie zapakowany i przewiązany kokardką finał, który jest… no cóż, bardzo dobry.

„Peaky Blinders: Nieśmiertelny” (Fot. Netflix)

„Kiedyś miałem prawie wszystko. Ale prawie się nie liczy” – mówi pod koniec filmu Tommy z offu, co moja wrodzona złośliwość od razu przekuła w metakomentarz, każąc stwierdzić, iż przypadku „Nieśmiertelnego” „prawie wszystko” jednak będzie musiało nam wystarczyć. Ale też umówmy się, „prawie wszystko” to akurat tutaj bardzo, bardzo dużo. „Peaky Blinders: Nieśmiertelny” to jeden z najmocniejszych filmowych finałów seriali – zdecydowanie inna liga niż chociażby płaski, pozbawiony adekwatności filmowy „Luther”, też od Netfliksa. Od imponujących sekwencji akcji, przez życiowe rozkminy naszego ulubionego gangstera i klimatyczne cygańskie sceny, aż po aktorski masterclass Murphy’ego i Keoghana – zdecydowanie jest co tu podziwiać i uwielbiać.

Steven Knight zakończył kultową rodzinną sagę w więcej niż godny sposób, a ja – zwykle będąc antyfanką wszelkich rebootów, prequeli, sequeli czy innych spin-offów – czekam na wszystko, co jeszcze wymyśli w tym uniwersum. Tommy Shelby był, jest i pozostanie nieśmiertelny. Świat „Peaky Blinders” może trwać i rozwijać się dalej.

Peaky Blinders: Nieśmiertelny – film dostępny na Netfliksie

Idź do oryginalnego materiału