Peaky Blinders: Nieśmiertelny – recenzja filmu. Wielki koniec Tommy’ego Shelby’ego

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

Wieloletnia historia rodziny Shelby dobiegła końca. Serial Peaky Blinders doczekał się ostatecznego zwieńczenia w postaci pełnometrażowego filmu Peaky Blinders: Nieśmiertelny. Należy więc zadać najważniejsze pytanie: czy twórcom udało się domknąć tę opowieść w satysfakcjonujący sposób?

Akcja filmu rozgrywa się kilka lat po wydarzeniach z finału serialu. Thomas Shelby żyje na dobrowolnym wygnaniu. Próbuje odciąć się od swojej przeszłości i odnaleźć spokój w zupełnie innym życiu. Jednym z jego zajęć staje się spisywanie własnej historii. Spokój ten nie trwa jednak długo. Jego najstarszy syn, Duke, zostaje uwikłany w niebezpieczną nazistowską intrygę, której konsekwencje okazują się dramatyczne. Tommy musi więc wrócić do Birmingham, a decyzje, które podejmie, wpłyną nie tylko na los jego rodziny, ale także na przyszłość całego kraju.

Zaskoczeniem może być to, jak prostolinijna okazuje się fabuła filmu. Peaky Blinders: Nieśmiertelny prezentuje nam klasyczną historię, w której bohater powraca na stare śmieci w celu dokonania zemsty. Dla niektórych może to być wada, jednak taka konstrukcja działa tu na korzyść całości. Prosta konstrukcja pozwoliła łatwo podsumować wszystkie prowadzone tutaj wątki. Dzięki niej twórcy unikają chaosu i mogą skupić się na bohaterach oraz emocjonalnym domknięciu ich wątków.

Fot. kadr z filmu Peaky Blinders: Nieśmiertelny

Największą siłą filmu pozostaje Thomas Shelby. Cillian Murphy po raz kolejny udowadnia, jak doskonale rozumie tę postać. W tej wersji jest najbardziej zmęczony i złamany do tej pory. Prawie cała jego rodzina nie żyje. Ci, którzy się ostali, są od niego zdystansowani. Te długie lata, jakie Thomas spędził na czele Peaky Blinders, ewidentnie nie dają mu spokoju. Wszystkie jego działania nieustannie ciągną się za nim. W końcu jednak zaczyna godzić się z własnym losem.

Na równie wysokim poziomie stoi reszta obsady. Szczególnie wyróżnia się Barry Keoghan jako Duke. Jego bohater wnosi do historii świeżość i energię, a jednocześnie stanowi interesujący kontrast dla swojego ojca. Jest bardziej impulsywny, mniej wyrachowany, co tworzy interesującą dynamikę między nim a Tommym. Chemia między aktorami sprawia, iż ich wspólne sceny – zarówno te pełne napięcia, jak i bardziej emocjonalne – ogląda się z dużym zaangażowaniem.

Gorzej wypada główny antagonista oraz wątek nazistowski. John Beckett okazał się być dosyć płaską postacią, która w porównaniu z innymi oponentami, jakich Thomas Shelby spotkał na swojej drodze, plasuje się raczej na dole stawki. Jego największą zaletą jest to, iż odgrywa go Tim Roth, który pomimo średniego scenariusza potrafi zaprezentować się naprawdę nieźle w kilku scenach.

Fot. kadr z filmu Peaky Blinders: Nieśmiertelny

Jeśli chodzi o wątek nazistów – ostatecznie wypada on jako przerysowany. Chwilami można odnieść wrażenie, jakby został wyjęty wprost z Indiany Jonesa. Zamiast pełnokrwistych przeciwników dostajemy raczej jednorodną, mało zniuansowaną grupę, której głównym zadaniem jest wzbudzenie w widzu natychmiastowej niechęci. To zabieg skuteczny, ale jednocześnie dość oczywisty – w końcu trudno o prostszy sposób na zbudowanie negatywnego wizerunku postaci niż uczynienie jej nazistą.

Peaky Blinders: Nieśmiertelny uważam za naprawdę satysfakcjonuje podsumowanie historii Tommy’ego Shelby’ego. Jego postać otrzymuję godne pożegnanie, pasujące do postaci. Przy okazji zaserwowaną nam prostą, ale przyjemną fabułę oraz postacie, które były naprawdę niezłym dodatkiem. Za Peaky Blinders będę tęsknić, ale cieszę się, iż Steven Knight pożegnał swoje dziecko w tak godny sposób.


Fot. główna: materiały prasowe

Idź do oryginalnego materiału