Właśnie tak miło moglibyśmy odpoczywać, gdyby mniej twórców nas ragebaitowało / Źródło: fot. V31S70 (Antti T. Nissinen) / commons wikimedia / https://creativecommons.org/licenses/by/2.0/deed.enUwielbiam stwierdzenie, które przewija się często w kontekście omawiania filmów klasy B i innych reprezentantów nizin alfabetu, jakim jest „tak zły, iż aż dobry”. Fraza ta jest na tyle niesamowita, bo dla wszystkich oznacza coś zupełnie innego. „Dobry” może być zarówno synonimem zabawnego, jak i sentymentalnego czy przynoszącego nadzieję, po prostu budzącego pozytywne emocje mimo słabej jakości. Tu jednak pojawia się istotne pytanie – jak określić film, który jest po prostu, zwyczajnie zły?
„Mumia: Film Lee Cronina” w reżyserii, tak, zgadliście, nikogo innego jak Lee Cronina, od 17 kwietnia podbija szturmem wszystkie formaty kinowe, jakie tylko multipleksy mają w swojej ofercie. Można obejrzeć ją, tejże mumię, w salach IMAX czy ScreenX dla odblokowania pełni potencjału egipskich paździerzowych przygód, trwających ponad dwie godziny, czyli o mniej więcej dwie i pół godziny za długo (wliczając reklamy i dojazd do kina). Czego jednak dotyczą same filmowe wydarzenia i dlaczego już od samego początku powinno podchodzić się do nich z całkiem sporym dystansem? Głównie dlatego, iż skrócony opis fabuły można by zamknąć w zdaniu brzmiącym: „zaginiona przed ośmioma laty dziewczynka zostaje odnaleziona zmumifikowana w pancernym sarkofagu i prawie natychmiastowo zwrócona do rodzinnego domu w USA”. Może mój sceptycyzm wynika z tego, iż jestem już po seansie samego filmu i wiem, dokąd finalnie zaszła ta idea, dużo dziwniejsze pomysły broniły się przecież wielokrotnie, czy to w kinie niezależnym, czy tym stricte mainstreamowym. Przypadek „Mumii” (której nie należy mylić z przygodowym klasykiem z 1999 roku, bo, jak się okazuje, są one ze sobą kompletnie niepowiązane) jest jednak na tyle beznadziejny, iż nie oferuje widzowi kompletnie niczego w zamian za zaufanie w ten absurdalny zamysł fabularny.
Problemem, który chyba najbardziej rzuca się w oczy w kontekście nowego filmu Lee Cronina, jest to, jak bardzo prowokatorski stara się on być. Przywołując pojęcie z języka angielskiego, które w dyskursie okołointernetowym funkcjonuje już od lat, czyli „ragebait”, da się je idealnie odnieść do omawianego utworu. Mianem „ragebaitu” określa się najczęściej dzieło kultury lub zachowanie, które w swoim założeniu mają na celu wywołanie bardzo silnej, negatywnej reakcji odbiorcy. To treść, o której po prostu ma się mówić, bo to właśnie sama ta reakcja, niezależnie od treści, jest najistotniejsza dla nadawcy lub twórcy takiego komunikatu. W „Mumii” głównymi źródłami odbiorczych frustracji mogą być zarówno absurdalna warstwa fabularna, jak i aspekty bardziej „techniczne”. Wchodzą w to sztywne aktorstwo i dialogi brzmiące, jakby były czytane z kartki, efekty (te praktyczne i te komputerowe, wszystkie równie złe), chaotyczna praca kamery oraz ogólny brak spójnej, przemyślanej estetyki. jeżeli dodamy do tego fakt, iż film naprawdę nie wie, kiedy powinien się już po prostu skończyć, frustracja z obcowania z takim dziełem wyraźnie wzrasta. Nie można pominąć też tego, co dzieje się w samej fabule, gdyż to choćby nie jej niedorzeczność stanowi najlepszy przykład na „ragebait” w „Mumii”, a jej sztucznie wytworzona kontrowersyjność. Cronin w swojej ponad dwugodzinnej tyradzie nie stroni od korzystania z naprawdę niesmacznych, wulgarnych nawiązań do kazirodczych stosunków, martwiąco intensywnego skupienia na dziecięcych stopach oraz kompletnie pozbawionego finezji, wręcz prostackiego gore.
Dlaczego film aż tak zły wciąż opłaca się oglądać? Kino przez cały czas służy nam za przestrzeń do spotkań towarzyskich, a nie ma nic tak wartościowego, jak zabranie swoich najdroższych znajomych na prawdopodobnie najgorszy film roku. Nasze pokolenie sprawia, iż kina odżywają, kiedy wszyscy mówią nam, iż AI zniszczy cały przemysł filmowy, a streamingi doprowadzają do całkowitego upadku kin jako instytucji. My natomiast, wciąż wygłodniali po pandemicznym zakazie wychodzenia z domów i korzystania z ukochanych rozrywek czy miejsc kultury, nie pozwalamy, by znów nam je odebrano. W mediach społecznościowych pojawia się ostatnio coraz więcej treści typu „chodzimy na randki do kina, bo ratowanie przemysłu filmowego jest sexy”, które nie są podszyte pustym syndromem zbawcy, a faktycznymi wynikami liczbowymi. Statystyki mówią, iż około 87% przedstawicieli pokolenia Z odwiedziło kino przynajmniej raz w zeszłym roku. To znacznie więcej niż pokolenia starsze. „Zetki” wyprzedzają millenialsów o 5%, pokolenie X o 17%, a baby boomers o aż 29%. Nasze pokolenie, coraz częściej proklamujące palącą potrzebę wyjścia z późnokapitalistycznego matrixa, nastawionego jedynie na kulturę wiecznej produktywności, właśnie w miejscach takich jak kino dopiero czuje, iż może odetchnąć. To przestrzeń, w której wręcz należy, wypada pozostać offline, schować mały ekranik głęboko do kieszeni, aby oddać się magii, którą od ponad 130 lat zachwyca ten wielki ekran i robi to nieustannie, bez pudła.
I chociaż po wyjściu z „Mumii” czułam, iż można zadzwonić do badaczy historii kina i dać im znać, iż mogą spokojnie przejść na emeryturę, bo film był tak zły, iż głęboko całą tę magię pogrzebał i kino jako takie właśnie się skończyło, po czasie uważam, iż w tamtym momencie po prostu dałam się ponieść negatywnym emocjom. Bo czy był to jeden z absolutnie najgorszych filmów, jakie w życiu widziałam? Tak, jak najbardziej. Jednak czy dostrzegam jego potencjał oraz wartość, jaką on i podobne utwory mają w kwestii kreowania kinowego doświadczenia towarzyskiego, a także spełniania eskapistycznych potrzeb pokolenia Z? Po namyśle – oczywiście, iż tak. Mumifikujmy więc nieustannie to, co dla nas najważniejsze i nigdy nie pozwalajmy odejść magii stojącej za potężnym zażenowaniem spowodowanym okropnym horrorem.
Maria PILARSKA














