Nie jeździj nocą. Uważaj na znaki. Nie zatrzymuj się na drodze. Bo on czyha. To zestaw zasad, które poznają bohaterowie filmu Pasażer André Øvredala, nowego horroru o tym, jak niebezpieczna jest samotna podróż autem. Motyw znany i popkulturowo ograny, ale wciąż potrafiący wywołać emocje – jak choćby w Zwierzętach nocy Toma Forda, który jeżył włos na głowie. Jak do tematu podszedł reżyser niezłej Autopsji Jane Doe? Sprawdziłem i oceniam.
Utarte schematy i kilka dobrych scen
Norweski reżyser nie miał takich ambicji, jak twórca Nocturnal Animals. Pasażer ma straszyć i bawić, a nie stawiać egzystencjalnych pytań o siłę traumy i zbawczej mocy opowieści. Tu chodzi o jump-scare’y i szybką reakcję organizmu. Øvredal to raczej sprawny rzemieślnik niż wizjoner, który potrafi ze znanych składników stworzyć nową potrawę, a Pasażer to typowy straszak, bez głębszej myśli przewodniej.

Na szczęście jest w tym filmie kilka fajnych motywów. Najlepszymi sekwencjami są: nocny seans w lesie, wymiana koła na drodze i scena na parkingu, z oddalającym się samochodem za każdym razem, gdy bohaterka się obraca. W tych chwilach czuć odrobioną pracę domową, zabawę z oczekiwania widza i celowe przedłużanie momentu, gdy coś wyskoczy na nas z ekranu.
Szczególnie podobał mi się moment w lesie i motyw wykorzystania rzutnika jako źródła światła. Jest coś magicznego w seansie w takich warunkach, a wykorzystanie projektora jako latarki sprawia, iż postaci filmowe pojawiają się na różnych fragmentach drzew i krzewów, co zwyczajnie świetnie wygląda. W lepszym filmie można by ten moment czytać także jako kulturę, wyciągającą nas z mroku, ale tutaj pozostaje jedynie euforia z oglądania kreatywnego ogrania Rzymskich wakacji.

Scena na parkingu to czysta zabawa przestrzenią i postępującym poczuciem paranoi, a moment z pulsującymi czerwonymi światłami awaryjnymi to najprostszy horrorowy mechanizm. W filmie pojawia się kilka podobnych sekwencji, ale ta jest najbardziej skuteczna. Jest coś porażającego w tej powtarzalności, co każe widzowi być niczym deer in the headlights i jedynie wpatrywać się w migające kolory w oczekiwaniu na impakt.
Bezpieczny strach
Mimo tych kilku momentów, film Øvredala jest bezpieczny i zachowawczy. Brakuje tu grozy odosobnienia na pustej drodze, poczucia bezradności znalezienia się w miejscu, do którego nie przyjdzie pomoc, czy stale narastającego napięcia. Po jump-scare’ach zbyt gwałtownie następuje rozluźnienie. Twórca przedłuża moment przed, ale nie potrafi pociągnąć grozy o krok dalej, by niepokój został z widzem na dłużej. Zbyt gwałtownie daje scenę à la komediową. Warto tu jednak pochwalić lżejszą sekwencję na kempingu, gdy grupa szykuje się do ucieczki przed potworem niczym do ewakuacji przed huraganem. Moment rodem z Twisters, silnie kontrastuje z resztą obrazu i właśnie dlatego działa.

Jest coś prostolinijnego i pokrzepiającego w takich klasycznych straszakach, co pokazał ostatnio równie banalny Szympans. Jeden koncept, ograny do bólu, ale dający oglądać się z uśmiechem. Takie filmy wchodzą bezboleśnie, ale w ostatnich latach to już dla mnie za mało, żeby czuć kinową satysfakcję. Już więcej przerażenia zapewniło mi viralowe wideo z początków internetu – gdy w reklamie samochodu nagle na ekranie wyskakiwał Obcy, co powodowało palpitacje serca. Aż dziw, iż reżyser nie skorzystał z podobnego motywu tutaj.
Oceniam horror Pasażer
Dobrym pytaniem przy ocenie horroru jest to czy straszy, wywołuje niepokój lub dreszcze, a ty boisz się wracać sam nocą do domu. Dobre horrory zostają z tobą na długo. Po Talk to me sprawdzałem czy ktoś nie stoi za rogiem, a po Smile i Obsesji obracałem się za siebie na parkingu i bałem ciemnych kątów własnego pokoju. Przy Pasażerze nie miałem ani jednej z tych rzeczy. O filmie zapomniałem już wychodząc z kina. Bazuje bowiem na tak prostych mechanizmach operowania napięciem, iż nie było żadnego elementu, który mógłby kołatać się w głowie. A szkoda. Pasażer to prościutki straszak na raz. Typowy, bezbolesny przeciętniaczek. Można, ale zdecydowanie nie trzeba.















