Paleface Swiss: „Bardzo udany eksperyment” #wywiad

rockmetalnews.pl 4 godzin temu

Paleface Swiss to młoda, szwajcarska grupa grająca muzykę deathcore/hardcore. Młodzi muzycy prężnie się rozwijają, a już w czerwcu zaprezentują się po raz kolejny przed polską publicznością na Summer Punch Festival w Warszawie. Naszym rozmówcą był Yannick Lehmann, który opowiedział o genezie powstania grupy, muzycznych inspiracjach i tworzeniu muzyki.

Jak doszło do powstania Paleface Swiss?

Yannick: Zaczęło się tak, iż Zelli (Marc Zellweger, wokalista, red.) i ja poznaliśmy się przez pewną dziewczynę. Spotkaliśmy się razem na koncercie, wypiliśmy piwo i zostaliśmy przyjaciółmi. On zapytał, czy nagrałbym gitary do jego nowego projektu, a ja się zgodziłem. Napisaliśmy razem kilka utworów i tak narodził się materiał na naszą debiutancką EP-kę, „Chapter 1: From The Gallows”. Wtedy pomyślałem, iż chyba już jestem częścią zespołu i tak wystartowaliśmy.

Jakie zespoły najbardziej inspirowały cię na twojej muzycznej drodze?

W pierwszej kolejności wymieniłbym Kreator, Bullet For My Valentine, Trivium oraz Judas Priest. Zasadniczo w każdym gatunku muzyki metalowej znajduję coś dla siebie.

A jak zapatrujesz się na muzykę metalcore i deathcore? Chodzi mi o zespoły typu Lorna Shore, Parkway Drive, Bring Me The Horizon albo Architects?

Lubię te zespoły, ale nie należą do moich ulubionych. Z tych zespołów, które wymieniłeś chyba najbardziej doceniam muzykę Parkway Drive.

Kontynuując temat zespołów: Pochodzicie ze Szwajcarii, kraju, który dał światu takie grupy jak Eluveitie, Samael, Hellhammer czy Celtic Frost. Czy te zespoły miały na ciebie wpływ?

Eluveitie było jednym z pierwszych zespołów, których słuchałem jako dziecko. Bardzo lubiłem ich melodie i krzykliwe wokale. Nie spodobali mi się jednak od razu. Musiało minąć trochę czasu, ale od lat jestem ich fanem. I to oni w dużej mierze wciągnęli mnie w świat metalu.

Jako Paleface Swiss jesteście bardzo młodym zespołem, ponieważ powstaliście w 2017 roku. Czy jesteś w stanie wskazać jakiś moment przełomowy w waszej dotychczasowej karierze?

O cholera. Ciężkie pytanie. Myślę, iż jednym z takich momentów było wydanie utworu „Please End Me”. Ten utwór sprawił, iż staliśmy się znacznie bardziej rozpoznawalni. Takim momentem było też wydanie naszego pierwszego teledysku do „Curse Us”.

A jeżeli chodzi o koncerty?

Przełomowym koncertem był nasz występ na Sick New World w Las Vegas w 2024 roku. Myślę, iż był to jeden z większych festiwali jakie zagraliśmy do tej pory.

Czy jest jakiś utwór, który wyzwala w was najwięcej energii podczas grania na żywo?

Takim utworem jest „Love Burns”, ponieważ na początku jest bardzo ciężki, a później staje się melodyjny. To bardzo piękna i zarazem smutna piosenka.

To samo chciałem powiedzieć o utworze „Everything is Fine”, jednym z moich ulubionych. Jak go skomponowaliście?

Powstała podczas trasy koncertowej do albumu „Cursed”. Wszystko działo się wtedy tak intensywnie, iż poczuliśmy się zainspirowani do tworzenia nowej muzyki. Woziliśmy ze sobą mobilne studio i pewnego dnia napisałem pierwszy riff do tego utworu. Systematycznie dokładaliśmy kolejne części, aż w końcu powstała całość. Uwielbiamy eksperymentować, próbować nowych rzeczy. I ten utwór to bardzo udany eksperyment.

Przez ostatnie lata bardzo wiele się u was dzieje. Wydajecie nowy materiał regularnie, dużo koncertujecie. Pojawia się zatem pytanie, czy już pracujecie nad czymś nowym?

Oczywiście, iż tak. Tworzymy cały czas materiał na nowe wydawnictwo. Mamy już kilka demówek, ale to zbyt wczesna faza, aby mówić o konkretach.

W takim razie pozostaje mi życzyć wam powodzenia w kolejnych, muzycznych przedsięwzięciach. Dzięki za rozmowę.

Dziękuję również. Wszystkiego dobrego.

Idź do oryginalnego materiału