Plan na Halloween jest banalnie prosty. Owieczki w sekrecie przed mało rozgarniętym rolnikiem hodują coraz dorodniej prezentujące się dynie, które mają uświetnić wieńczący październik bal przebierańcow. Farmer z kolei wzdycha do okolicznej pani weterynarz, a w zanadrzu ma dwa bilety na potańcówkę w pobliskiej miejscowości – nie ma przy tym pojęcia, iż jego uczucie jest odwzajemnione. Czy cokolwiek może pójść nie tak? Wszystko. Kruca fuks! Absolutnie wszystko.
Twórcy "Baranka Shauna i kudłatej bestii" wychodzą od urokliwej miniatury. Sielski poranek na brytyjskiej wsi, pomarańczowe jesiennie liście przemykają nam przed oczami popychane wiatrem, delikatne światło nadaje pastelowy charakter wnętrzom i otaczającemu pejzażowi. Przed Shaunem i jego kompanami – praca na farmie. Przed rolnikiem, notorycznym fajtłapą – kolejny dzień do przetrwania.
Wiecznie zaparowane okulary nie pomagają farmerowi w niedeptaniu lubiących się rewanżować ogrodniczych narzędzi: wrodzona niezdarność piętrzy przed nim kolejne wpadki. Jedną z nich jest doszczętne zniszczenie ukrytego poletka dyń. Shaun jednak nie rozpacza, bo ma dryg do eksperymentowania i tworzy magiczną miksturę wzrostu. Niestety: przypadkowo wpada ona w ręce rolnika, który wciera ją sobie we wstydliwą łysinę. Efekt jest piorunujący i całkowicie poza kontrolą. Włosy rosną błyskawicznie i farmer prędko zaczyna przypominać Wielką Stopę. I mamy "horror" jak się patrzy – do tego bez grama dialogu.
Pantomima "Kudłatej bestii" sprawdza się na więcej niż jednej płaszczyźnie. Przede wszystkim jest nośnikiem nieustannego slapsticku, komedii pomyłek i zabawnych niezręczności. Odgrywa też inne interesujące funkcje. Najnowsza animacja studia Aardman jest bowiem skierowana do najmłodszych widzów. I prowadzenie opowieści bez słów jest ukłonem właśnie w stronę tej publiczności: czysto wizualna narracja bowiem wciąga i angażuje mocniej. Inna sprawa, iż od strony realizacyjnej kino nieme jest wymagającym artystycznie wyzwaniem.
Na szczęście duet reżyserów, Steve Cox i Matthew Walker, jest precyzyjny i czytelny w inscenizacji: w wyrażaniu emocji i potrzeb bohaterów, w pokazywaniu ich niezrozumienia i nieśmiałości. Pierwsze spotkanie rolnika i pani weterynarz jest w tym aspekcie szczególnym osiągnięciem. Wnosi bowiem do całej produkcji nie tylko humorystyczny ton i żartobliwą umowność, ale też podbija emocjonalną stawkę. Czy dwójce ukochanym uda się na czas porozumieć? Proste, ale w zupełności wystarczające. Ciekawe: wizerunek Shauna ma przyciągać do zakupienia biletu, ale to rolnik jest centralną postacią. To jego pech i jego szczęście stanowią o dramaturgicznej osi "Kudłatej bestii".
Tymczasem Shaun najpierw wywołuje lawinę kłopotów, a potem, w coraz to bardziej ekwilibrystyczny sposób, stara się przywrócić sytuację do porządku. Perypetie farmera mają bardziej kameralny charakter i mogą przypominać niefortunne przypadki Jasia Fasoli – wątek tytułowej owieczki jest zaś okazją do snucia opowieści na większą skalę (oraz do większej eksploatacji filmowego budżetu). Widać to w skomplikowanej maszynerii do produkcji eliksiru, w scenach misji ratowniczych albo finałowej konfrontacji w zbożowym młynie. Ilość przeróżnych postaci, ruszających się na wielu planach obiektów, kontrastowość barw, gra światłem i cieniem sprawiają, iż animacja studia Aardman staje się plastycznym dziełem sztuki. Przedziwnym i osobliwym żyjącym światem.
Jeśli już miałbym się do czegoś przyczepić, to w "Kudłatej bestii" aż zanadto jednoznaczne wydają się intertekstualne odwołania do klasycznych monster movies, takich jak "Frankenstein" czy "King Kong". Studio Aardman wykształciło własny, charakterystyczny, niepodrabialny styl. I wybrzmiewa on najczyściej sam w sobie, bez odwołań i stylistycznych zapożyczeń. Tematyczna zbieżność z wymienionymi wyżej tytułami to marne usprawiedliwienie – bo przecież tytułowa "kudłata bestia" nie jest ani groźna, ani niebezpieczna. Straszne jest tylko nasze o niej wyobrażenie. A to akurat dobry morał filmu dla dzieci.
Twórcy "Baranka Shauna i kudłatej bestii" wychodzą od urokliwej miniatury. Sielski poranek na brytyjskiej wsi, pomarańczowe jesiennie liście przemykają nam przed oczami popychane wiatrem, delikatne światło nadaje pastelowy charakter wnętrzom i otaczającemu pejzażowi. Przed Shaunem i jego kompanami – praca na farmie. Przed rolnikiem, notorycznym fajtłapą – kolejny dzień do przetrwania.
Wiecznie zaparowane okulary nie pomagają farmerowi w niedeptaniu lubiących się rewanżować ogrodniczych narzędzi: wrodzona niezdarność piętrzy przed nim kolejne wpadki. Jedną z nich jest doszczętne zniszczenie ukrytego poletka dyń. Shaun jednak nie rozpacza, bo ma dryg do eksperymentowania i tworzy magiczną miksturę wzrostu. Niestety: przypadkowo wpada ona w ręce rolnika, który wciera ją sobie we wstydliwą łysinę. Efekt jest piorunujący i całkowicie poza kontrolą. Włosy rosną błyskawicznie i farmer prędko zaczyna przypominać Wielką Stopę. I mamy "horror" jak się patrzy – do tego bez grama dialogu.
Pantomima "Kudłatej bestii" sprawdza się na więcej niż jednej płaszczyźnie. Przede wszystkim jest nośnikiem nieustannego slapsticku, komedii pomyłek i zabawnych niezręczności. Odgrywa też inne interesujące funkcje. Najnowsza animacja studia Aardman jest bowiem skierowana do najmłodszych widzów. I prowadzenie opowieści bez słów jest ukłonem właśnie w stronę tej publiczności: czysto wizualna narracja bowiem wciąga i angażuje mocniej. Inna sprawa, iż od strony realizacyjnej kino nieme jest wymagającym artystycznie wyzwaniem.
Na szczęście duet reżyserów, Steve Cox i Matthew Walker, jest precyzyjny i czytelny w inscenizacji: w wyrażaniu emocji i potrzeb bohaterów, w pokazywaniu ich niezrozumienia i nieśmiałości. Pierwsze spotkanie rolnika i pani weterynarz jest w tym aspekcie szczególnym osiągnięciem. Wnosi bowiem do całej produkcji nie tylko humorystyczny ton i żartobliwą umowność, ale też podbija emocjonalną stawkę. Czy dwójce ukochanym uda się na czas porozumieć? Proste, ale w zupełności wystarczające. Ciekawe: wizerunek Shauna ma przyciągać do zakupienia biletu, ale to rolnik jest centralną postacią. To jego pech i jego szczęście stanowią o dramaturgicznej osi "Kudłatej bestii".
Tymczasem Shaun najpierw wywołuje lawinę kłopotów, a potem, w coraz to bardziej ekwilibrystyczny sposób, stara się przywrócić sytuację do porządku. Perypetie farmera mają bardziej kameralny charakter i mogą przypominać niefortunne przypadki Jasia Fasoli – wątek tytułowej owieczki jest zaś okazją do snucia opowieści na większą skalę (oraz do większej eksploatacji filmowego budżetu). Widać to w skomplikowanej maszynerii do produkcji eliksiru, w scenach misji ratowniczych albo finałowej konfrontacji w zbożowym młynie. Ilość przeróżnych postaci, ruszających się na wielu planach obiektów, kontrastowość barw, gra światłem i cieniem sprawiają, iż animacja studia Aardman staje się plastycznym dziełem sztuki. Przedziwnym i osobliwym żyjącym światem.
Jeśli już miałbym się do czegoś przyczepić, to w "Kudłatej bestii" aż zanadto jednoznaczne wydają się intertekstualne odwołania do klasycznych monster movies, takich jak "Frankenstein" czy "King Kong". Studio Aardman wykształciło własny, charakterystyczny, niepodrabialny styl. I wybrzmiewa on najczyściej sam w sobie, bez odwołań i stylistycznych zapożyczeń. Tematyczna zbieżność z wymienionymi wyżej tytułami to marne usprawiedliwienie – bo przecież tytułowa "kudłata bestia" nie jest ani groźna, ani niebezpieczna. Straszne jest tylko nasze o niej wyobrażenie. A to akurat dobry morał filmu dla dzieci.
















