– Oszukałaś mnie! – grzmiał Michał, stojąc pośrodku salonu, czerwony ze złości. – W jakim sensie oszukałam? – Wiedziałaś! Wiedziałaś, iż nie możesz mieć dzieci, a mimo to za mnie wyszłaś! – Będziesz najpiękniejszą panną młodą – mama poprawiła welon, a Antonina uśmiechnęła się do swojego odbicia. Biała suknia, koronkowe rękawy, Michał w eleganckim garniturze. Wszystko miało być dokładnie tak, jak marzyła od piętnastego roku życia: wielka miłość, ślub, dzieci. Dużo dzieci. Michał chciał syna, ona córkę – więc umówili się na troje, aby nikt nie był pokrzywdzony. – Za rok już będę niańczyć wnuki – powtarzała mama, ocierając łzy. Antonina wierzyła w każde słowo. Pierwsze miesiące małżeństwa minęły w szczęśliwej mgle. Michał wracał z pracy, ona witała go kolacją, zasypiali przytuleni, a każdego ranka ze ściśniętym sercem sprawdzała kalendarz. Opóźnienie? Nie, tylko się wydawało. Kolejny miesiąc. I następny. I znów nic. Do zimy Michał przestał pytać „no i co?” z nadzieją w głosie. Teraz już tylko milczał, kiedy Antonina wychodziła z łazienki. – Może pojedziemy do lekarza? – zaproponowała w lutym, gdy minął już prawie rok. – Najwyższy czas – mruknął Michał, nie odrywając wzroku od telefonu. Klinika pachniała chlorem i beznadzieją. Antonina siedziała w kolejce wśród kobiet o przygaszonych oczach, przekładała magazyn o szczęśliwym macierzyństwie i myślała, iż to jakaś pomyłka. U niej przecież wszystko dobrze. Po prostu nie miała jeszcze szczęścia. Badania. USG. Znów badania. Nazwy zabiegów zlewały się w jeden niekończący się potok zimnych leżanek i obojętnych spojrzeń pielęgniarek. – Szanse na naturalne poczęcie – około pięciu procent – oznajmiła lekarka, patrząc w kartę. Antonina kiwała głową, notowała coś w zeszycie, zadawała pytania. A w środku wszystko zamarzło. Leczenie zaczęło się w marcu. Razem z nim przyszły zmiany. – Znowu płaczesz? – Michał stał w drzwiach sypialni, a w jego głosie było więcej złości niż współczucia. – To hormony. – Trzeci miesiąc? Może przestań już udawać? Mam dość! Antonina chciała wytłumaczyć, iż tak wygląda terapia, iż trzeba czasu, iż lekarze obiecali wynik za pół roku – rok. Ale Michał już wyszedł, trzaskając drzwiami. Pierwsze in vitro wyznaczono na jesień. Przez dwa tygodnie Antonina prawie nie wstawała z łóżka w obawie, żeby nie spłoszyć cudu. – Negatywny wynik – oznajmiła oschle pielęgniarka przez telefon. Antonina osunęła się na podłogę w przedpokoju i siedziała tam do wieczora, aż wrócił Michał. – Ile już na to wydaliśmy? – zapytał zamiast „jak się czujesz?”. – Nie liczyłam. – Ja liczyłem. Prawie sto tysięcy. I co z tego? Nie odpowiedziała. Nie było odpowiedzi… Druga próba. Michał teraz wracał po północy, czuć było od niego obce perfumy, ale Antonina nie pytała. Wiedziała, iż nie chce znać prawdy. Znów negatywny wynik. – Może już dość? – Michał siedział naprzeciw niej w kuchni, kręcąc pusty kubek. – Ile można? – Lekarze mówią, iż trzecie podejście często bywa udane. – Lekarze mówią to, za co im płacą! Trzecia próba minęła prawie samotnie. Michał „zostawał dłużej w pracy” każdego wieczoru. Przyjaciółki przestały dzwonić – były zmęczone pocieszaniem. Mama płakała do słuchawki i lamentowała, iż taka młoda, taka ładna, dlaczego właśnie ona. Kiedy pielęgniarka po raz trzeci powiedziała „niestety”, Antonina choćby nie płakała. Łzy skończyły się gdzieś między drugą turą leczenia a kolejną kłótnią o pieniądze. – Oszukałaś mnie! Michał stał na środku salonu, czerwony z wściekłości. – W jakim sensie oszukałam? – Wiedziałaś! Wiedziałaś, iż jesteś bezpłodna, a i tak za mnie wyszłaś! – Nie wiedziałam! Diagnozę postawili rok po ślubie, byłeś ze mną u lekarza… – Nie kłam! – ruszył w jej stronę, a Antonina cofnęła się instynktownie. – Wszystko zaplanowałaś! Znalazłaś frajera, który się z tobą ożeni, a potem – niespodzianka! Dzieci nie będzie! – Michał, proszę… – Dość! – chwycił wazon ze stołu i rzucił nim o ścianę. – Należy mi się normalna rodzina! Z dziećmi! A nie to wszystko! Wskazał ją, jakby była czymś obrzydliwym, pomyłką natury. Kłótnie stały się codziennością. Michał wracał zły, milczał cały wieczór, potem wybuchał z byle powodu: pilot nie na miejscu, zupa za słona, oddychasz za głośno. – Rozwiedziemy się – oznajmił pewnego ranka. – Co? Nie! Michał, możemy adoptować dziecko, czytałam… – Nie chcę cudzych dzieci! Chcę własne! I żonę, która mi je urodzi! – Daj mi jeszcze jedną szansę! Proszę! Ja cię kocham. – A ja już ciebie nie! Powiedział to spokojnie, patrząc jej prosto w oczy. Zabolało bardziej niż wszystkie wcześniejsze krzyki razem wzięte. – Pakuję się – rzucił w piątek wieczorem. Antonina siedziała na kanapie owinięta kocem i patrzyła, jak wrzuca koszule do walizki. Ale w milczeniu nie potrafił się spakować. – Odchodzę, bo jesteś pustakiem. Michał naciskał na najczulszy punkt. – Znajdę sobie normalną kobietę. Antonina milczała… Drzwi się zamknęły. Mieszkanie ogarnęła cisza. I dopiero wtedy Antonina zapłakała – pierwszy raz od miesięcy naprawdę, zawyła do utraty tchu. Pierwsze tygodnie po rozwodzie zlały się w jedną szarą plamę. Antonina wstawała, piła herbatę, kładła się. Czasem zapominała zjeść. Czasem zapominała, który jest dzień. Przychodziły przyjaciółki, przynosiły jedzenie, sprzątały mieszkanie, próbowały rozmawiać – kiwała głową, zgadzała się na wszystko, a potem znowu owijała się w koc i gapiła w sufit. Ale czas mijał. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem. Aż pewnego ranka Antonina obudziła się z myślą: dość. Wstała, wzięła prysznic, wyrzuciła wszystkie leki z lodówki i zapisała się na siłownię. W pracy poprosiła o nowy projekt – trudny, na trzy miesiące, wymagający pełnego zaangażowania. W weekendy zaczęła jeździć na wycieczki, potem – na krótkie wypady. Warszawa, Kraków, Gdańsk. Życie nie stanęło w miejscu. Dawida poznała w księgarni – oboje sięgnęli po ostatni egzemplarz nowej powieści Remigiusza Mroza. – Proszę, pani pierwsza – uśmiechnął się, cofając się krok. – A może ustąpię panu, jeżeli zaprosi mnie pan potem na kawę? – wypaliła Antonina, sama zaskoczona swoim śmiałym pytaniem. Roześmiał się, a ten śmiech ogrzał ją gdzieś głęboko. Przy kawie opowiedział o Zosi – siedmioletniej córce, którą sam wychowuje od pięciu lat, po śmierci żony. O tym, jak ciężko było pierwsze miesiące, jak Zosia budziła się w nocy i wołała mamę, jak uczył się zaplatać warkocze z YouTube’a. – Jesteś świetnym tatą – powiedziała Antonina. – Staram się. Nie chciała go oszukiwać. Na trzecim spotkaniu, gdy zrozumieli, iż to coś poważniejszego, iż Dawid to nie przypadkowa znajomość, powiedziała mu wszystko. – Nie mogę mieć dzieci. Oficjalna diagnoza, trzy nieudane in vitro, mąż odszedł. jeżeli to dla ciebie ważne – lepiej wiedzieć od razu. Dawid długo milczał. – Mam Zosię – powiedział w końcu. – Potrzebuję ciebie, choćby jeżeli nie będziemy mieć wspólnych dzieci. – Ale… – Dasz radę – przerwał jej z tajemniczym uśmiechem. – W jakim sensie? – Być matką. Dasz radę, jeżeli tylko będziesz chciała. Mojej mamie też postawili podobną diagnozę. A jednak jestem – siedzę tu przed tobą. Cuda się zdarzają. Zosia zaakceptowała ją zaskakująco szybko. Na pierwszym spotkaniu patrzyła spode łba, odpowiadała półsłówkami, ale kiedy Antonina spytała o jej ulubioną książkę, Zosia ożywiła się i przez pół godziny opowiadała o Harrym Potterze. Przy drugim spotkaniu sama chwyciła ją za rękę. Przy trzecim – poprosiła, żeby zaplotła jej warkocze „takie jak Elsa”. – Polubiła cię – stwierdził Dawid. – Jeszcze nigdy nikogo tak gwałtownie nie zaakceptowała. Dwa lata minęły niepostrzeżenie. Antonina przeprowadziła się do Dawida, nauczyła się smażyć naleśniki w soboty, znała już wszystkie odcinki „Psiego Patrolu” na pamięć i znowu potrafiła kochać – prawdziwie, bez lęku i podejrzliwości. W sylwestrową noc, kiedy zegar wybił północ, Antonina wypowiedziała życzenie. Szeptem: „Chcę dziecko”. Od razu się przestraszyła – po co rozdrapywać stare rany? – ale życzenie poleciało już gdzieś w kosmos. Po miesiącu pojawiło się opóźnienie. – Niemożliwe – myślała Antonina, patrząc na dwie kreski. – Wadliwy test. Drugi test. Dwie kreski. Trzeci! Czwarty! Piąty! – Dawidzie – wyszła z łazienki na miękkich nogach. – Ja… chyba… nie wiem, jak to możliwe… On zrozumiał, zanim Antonina dokończyła. Wziął ją na ręce, zakręcił nią po pokoju, całował w czoło, nos, usta. – Wiedziałem! Mówiłem ci – dasz radę! Lekarze w klinice patrzyli na nią jak na zagadkę. Wyciągali stare karty, czytali jeszcze raz wyniki, zlecili nowe badania. – To niemożliwe – kręcił głową lekarz. – Przy twojej diagnozie… Dwudziestoletnia praktyka i pierwszy taki przypadek. – Ale jestem w ciąży? – W ciąży. Ósmy tydzień! Wszystkie parametry prawidłowe. Antonina roześmiała się. Cztery miesiące później w supermarkecie wpadła przypadkiem na znajomego Michała. – Słyszałaś o Michale? – spytał, zerkając na jej zaokrąglony brzuch. – Trzeci raz się żenił. I dalej nic. Z żadną się nie udało. – Nie udało się? – No tak. Dzieci. Ani z drugą żoną, ani z trzecią. Lekarze mówią – to on ma problemy. Widzisz? A wszystko zrzucał na ciebie. Antonina nie wiedziała, co powiedzieć. W środku nic nie drgnęło – ani satysfakcja, ani żal. Po prostu pustka w miejscu, gdzie kiedyś było uczucie… …Syn przyszedł na świat w sierpniu, w słoneczny poranek. Zosia siedziała z Dawidem na korytarzu i martwiła się najbardziej. – Mogę go potrzymać? – zapytała, zaglądając do sali. – Ostrożnie – Antonina podała jej maleńką paczuszkę. – Podtrzymuj główkę. Zosia patrzyła na młodszego brata szeroko otwartymi oczami, potem spojrzała na Antoninę. – Mamo, a on zawsze będzie taki czerwony? Mamo… Antonina się popłakała, Dawid objął je obie, Zosia zdziwiona spoglądała to na rodziców, to na braciszka, nie rozumiejąc, czemu wszyscy płaczą. A Antonina zrozumiała jedno: czasami wystarczy mieć przy sobie odpowiednią osobę, by uwierzyć w niemożliwe… A Wy, co myślicie o tej historii? Podzielcie się swoją opinią w komentarzach i wesprzyjcie autorkę łapką w górę!

polregion.pl 1 dzień temu

Okłamałaś mnie! Krzysztof stał pośrodku salonu, twarz miał purpurową ze złości. Co masz na myśli, mówiąc „okłamałam”? Wiedziałaś! Wiedziałaś, iż nie możesz mieć dzieci, a jednak za mnie wyszłaś!

Będziesz najpiękniejszą panną młodą mama poprawiła welon, a Zuzanna uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze.

Biała suknia, koronki na rękawach, Krzysztof w eleganckim garniturze. Wszystko dokładnie tak, jak wyobrażała sobie od piętnastego roku życia: wielka miłość, ślub i dzieci. Dużo dzieci. Krzysztof marzył o synu, ona o córce przystali na troje, żeby nikomu nie było przykro.

Za rok już będę niańczyć wnuczęta powtarzała mama, ocierając łzy ze wzruszenia.

Zuzanna wierzyła w każde słowo.

Pierwsze miesiące małżeństwa upłynęły w szczęśliwej bańce. Krzysztof wracał z pracy, ona czekała z kolacją, zasypiali wtuleni w siebie. A każdego ranka Zuzanna z niepokojem sprawdzała kalendarz. Opóźnienie? Nie, tylko się wydawało. Kolejny miesiąc. Następny. I jeszcze jeden.

Gdy przyszła zima, Krzysztof przestał pytać no i co? z nadzieją w głosie. Teraz tylko patrzył w milczeniu, gdy Zuzanna wychodziła z łazienki.

Może pojedziemy do lekarza? zaproponowała w lutym, prawie rok po ślubie.

Już dawno powinniśmy byli, mruknął Krzysztof, nie odrywając wzroku od telefonu.

Klinika pachniała chloraminą i beznadzieją. Zuzanna czekała w kolejce z innymi kobietami o zgaszonych oczach, przeglądała kolorowy magazyn o szczęśliwym macierzyństwie i myślała, iż zaszła jakaś pomyłka. Przecież wszystko z nią w porządku. Po prostu jeszcze się nie udało.

Badania. USG. Znowu badania. Nazwy zabiegów zlewały się w jeden niekończący się potok zimnych kozetek i obojętnych spojrzeń pielęgniarek.

Szanse na naturalne poczęcie wynoszą około pięciu procent powiedziała lekarka, wpatrując się w kartę.

Zuzanna kiwała głową, notowała coś w zeszycie, zadawała pytania. W środku czuła, jak wszystko zamarza.

Leczenie zaczęło się w marcu. A wraz z nim zmiany.

Znowu płaczesz? Krzysztof stał w drzwiach sypialni, a w jego głosie było więcej złości niż współczucia.

To hormony.

Trzeci miesiąc? Może wystarczy tej szopki? Mam tego dość!

Zuzanna chciała wytłumaczyć, iż tak wygląda terapia, iż potrzeba czasu, iż lekarze obiecywali efekty za pół roku. Ale Krzysztof już wyszedł, trzaskając drzwiami.

Pierwsze in vitro zaplanowano jesienią. Przez dwa tygodnie Zuzanna prawie nie wstawała z łóżka, bojąc się zniechęcić los.

Wynik negatywny powiedziała krótko pielęgniarka przez telefon.

Zuzanna osunęła się na podłogę w korytarzu i siedziała tam do powrotu Krzysztofa.

ILE już na to wszystko wydaliśmy? zapytał, zamiast jak się czujesz.

Nie liczyłam.

A ja liczyłem. Prawie dwieście tysięcy złotych! I co z tego?

Nie odpowiedziała. Bo i co miała powiedzieć…

Druga próba. Krzysztof wracał teraz późno w nocy, pachniał obcymi perfumami. Zuzanna nie pytała. Nie chciała wiedzieć.

Znów wynik negatywny.

Może już wystarczy? Krzysztof siedział naprzeciw niej w kuchni i obracał pusty kubek w dłoniach. Ile można?

Lekarze mówią, iż trzecia próba często się udaje.

Lekarze mówią to, za co im płacą!

Trzeci raz przeszła prawie samotnie. Krzysztof zostawał w pracy co wieczór. Koleżanki przestały dzwonić zmęczyły się pocieszaniem. Mama płakała przez telefon, lamentując, czemu jej piękna, młoda córka tak cierpi.

Gdy pielęgniarka po raz trzeci powiedziała niestety, Zuzanna choćby nie uroniła łzy. Skończyły się gdzieś między drugim cyklem leczenia a kolejną awanturą o pieniądze.

Okłamałaś mnie!

Krzysztof znów stał pośrodku salonu, czerwony ze złości.

Co masz na myśli?

Wiedziałaś! Wiedziałaś, iż nie możesz mieć dzieci, a i tak za mnie wyszłaś!

Nie wiedziałam! Rozpoznali to dopiero rok po ślubie, byłeś wtedy ze mną na wizycie, gdy lekarz…

Nie łżyj! Ruszył w jej stronę, Zuzanna odruchowo się cofnęła. Zaplanowałaś wszystko! Znalazłaś jelenia, który się z tobą ożeni, a potem niespodzianka! Dzieci nie będzie!

Krzysiu, proszę…

Dość! Chwycił stojącą na stole wazę i rzucił nią w ścianę. Zasługuję na normalną rodzinę! Z dziećmi! A nie na to!

Wskazał na nią jak na coś odrażającego, wypaczenie natury.

Kłótnie stały się codziennością. Krzysztof wracał rozdrażniony, milczał przez cały wieczór, a potem wybuchał o cokolwiek: pilot nie na swoim miejscu, przysolona zupa, za głośno oddychasz.

Rozwodzimy się ogłosił pewnego ranka.

Co? Nie! Krzysiu, możemy adoptować dziecko, czytałam…

Nie chcę cudzych dzieci! Chcę własne! I żonę, która może je urodzić!

Daj mi jeszcze jedną szansę! Kocham cię…

A ja już ciebie nie!

Powiedział to cicho, patrząc jej prosto w oczy. To bolało bardziej niż wszystkie wcześniejsze wyzwiska.

Pakuję się oznajmił w piątek wieczorem.

Zuzanna siedziała na kanapie otulona kocem i patrzyła, jak wrzuca koszule do walizki. Ale nie umiał wyjść w milczeniu.

Odchodzę, bo jesteś pustakiem.

Krzysztof wbijał jej kolejne gwoździe w serce.

Znajdę sobie normalną kobietę.

Zuzanna milczała…

Trzasnęły drzwi. W mieszkaniu zapadła głucha cisza. Dopiero wtedy się rozpłakała po raz pierwszy od wielu miesięcy, naprawdę, wyjąca, aż do ochrypnięcia.

Pierwsze tygodnie po rozwodzie zlewały się w jedną szarą mgłę. Zuzanna wstawała, piła herbatę, leżała. Czasem zapominała zjeść. Czasem nawet, jaki jest dzień tygodnia.

Koleżanki przychodziły, przynosiły zakupy, sprzątały mieszkanie, starały się rozmawiać kiwała głową, zgadzała się na wszystko, a potem znowu zwijała się w koc i wpatrywała w sufit.

Lecz czas płynął. Dzień po dniu, tydzień za tygodniem. Pewnego poranka Zuzanna obudziła się z myślą: już wystarczy.

Wstała, wzięła prysznic, wyrzuciła wszystkie leki z lodówki i zapisała się na siłownię. W pracy poprosiła o nowy projekt wymagający, na trzy miesiące, taki, któremu musiała poświęcić całą siebie.

W weekendy zaczęła jeździć na wycieczki, potem w krótkie podróże. Kraków, Wrocław, Zakopane. Życie się nie zatrzymało.

Marcina spotkała w księgarni obydwoje sięgnęli po ostatni egzemplarz nowej książki Remigiusza Mroza.

Proszę, pani pierwsza uśmiechnął się, cofając rękę.

A jeżeli oddam panu, zaprosi mnie pan na kawę? palnęła, sama się sobie dziwiąc.

Zaśmiał się, a ten śmiech rozgrzał ją od środka.

Przy kawie opowiedział o Mai siedmioletniej córce, którą samotnie wychowywał od pięciu lat, odkąd żona zmarła.

O trudnych pierwszych miesiącach, o tym, jak Maja nie spała nocami i wołała mamę, o tym, jak uczył się robić warkocze z tutoriali na YouTube.

Jesteś dobrym ojcem powiedziała Zuzanna.

Staram się.

Nie chciała go okłamywać. Na trzecim spotkaniu, kiedy już wiedzieli, iż to coś poważnego, powiedziała wszystko.

Nie mogę mieć dzieci. Lekarze potwierdzili, trzy nieudane in vitro, mąż odszedł. jeżeli to dla ciebie ważne lepiej wiedz od razu.

Marcin długo milczał.

Mam Maję powiedział wreszcie. Potrzebuję ciebie. choćby jeżeli nie będzie naszych wspólnych dzieci.

Ale…

Uda ci się przerwał jej te słowa.

W jakim sensie?

Możesz być matką. jeżeli będziesz chciała. Mojej mamie też mówili, iż nie urodzi i co? Siedzę tu przed tobą. Cuda się zdarzają.

Maja przyjęła ją zaskakująco szybko. Na pierwszym spotkaniu obserwowała posępnie, odpowiadała półsłówkami, ale kiedy Zuzanna spytała o jej ulubioną książkę, rozgadała się o Harrym Potterze na pół godziny. Przy drugim spotkaniu sama chwyciła ją za rękę. Przy trzecim poprosiła o warkoczyki jak u Elzy.

Podobasz się jej podsumował Marcin. Nigdy wcześniej nikogo tak gwałtownie nie zaakceptowała.

Dwa lata minęły niepostrzeżenie. Zuzanna przeprowadziła się do Marcina, nauczyła się piec naleśniki w soboty, znała na pamięć wszystkie odcinki Psiego patrolu i odnalazła w sobie odwagę, by pokochać raz jeszcze. Bez lęku, bez czekania na cios.

W Sylwestra, gdy zegar wybijał północ, Zuzanna pomyślała życzenie. Szeptem: Chcę mieć dziecko.

Od razu przestraszyła się własnych słów po co rozdrapywać blade blizny? ale życzenie już uleciało gdzieś w górę, w nieznane.

Po miesiącu pojawiło się opóźnienie.

To niemożliwe szeptała Zuzanna patrząc na dwie kreski. Uszkodzony test.

Drugi test. Dwie kreski.

Trzeci. Czwarty! Piąty!

Marcinie wyszła z łazienki na miękkich nogach. Ja… chyba… nie rozumiem, jak to możliwe…

On zrozumiał zanim dokończyła zdanie. Wziął ją na ręce, zakręcił po pokoju, całował w czubek głowy, w nos, w usta.

Wiedziałem! powtarzał. Mówiłem ci uda ci się!

Lekarze w klinice patrzyli na nią jak na fenomen. Przeglądali stare wyniki, zlecali nowe badania.

To niemożliwe kiwał głową ginekolog. Przy takim rozpoznaniu… Nie widziałem tego przez dwadzieścia lat praktyki.

Ale jestem w ciąży?

Jest pani. Ósmy tydzień! Wszystkie parametry książkowe.

Zuzanna zaśmiała się przez łzy.

Cztery miesiące później przypadkiem wpadła na kolegę Krzysztofa w sklepie.

Słyszałaś o Krzysiu? zagaił, rzucając okiem na jej zaokrąglony brzuch. Trzeci raz się żenił. I nic. Z żadną nie działa.

Nie działa?

No, wiesz dzieci. Ani z drugą żoną, ani z trzecią. Lekarze mówią, iż to z nim problem. Widziałaś? Wszystko zwalał zawsze na ciebie.

Zuzanna nie wiedziała, co odpowiedzieć. W środku nie poczuła nic ani satysfakcji, ani żalu. Po prostu pustka tam, gdzie kiedyś było uczucie…

…Syn urodził się w sierpniu, o poranku pełnym słońca. Maja siedziała z Marcinem w szpitalnym korytarzu, niespokojna jak nigdy.

Mogę go potrzymać? zapytała nieśmiało, zaglądając do sali.

Ostrożnie Zuzanna podała jej maleńki zawiniątek. Trzymaj główkę.

Maja patrzyła wielkimi oczami, potem spojrzała na Zuzannę.

Mamo, a on zawsze będzie taki czerwony? Mamooo…

Zuzanna rozpłakała się, Marcin objął obie, a Maja patrzyła z niedowierzaniem, nie rozumiejąc, czemu wszyscy płaczą.

Zuzanna zrozumiała wtedy coś ważnego. Czasem potrzeba po prostu adekwatnej osoby obok, by uwierzyć w niemożliwe…

A Ty? Co o tym myślisz? Daj znać w komentarzu, jeżeli ta opowieść cię poruszyła.

Idź do oryginalnego materiału