Osiecka – recenzja spektaklu. Kto tam u ciebie jest

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

W tym roku świętujemy okrągłą 90. rocznicę urodzin Agnieszki Osieckiej. Na deskach teatru Ateneum 3. października miał premierę spektakl oparty na twórczości artystki.

Pianino. Barek. Okno z widokiem na knajpę, w której widać kilka osób siedzących wspólnie przy stoliku. Lampy. Stonowane, ciepłe oświetlenie. A w tym wszystkich dwie osoby na scenie: Katarzyna Łochowska i Mateusz Dębski (wymiennie w tej roli Franciszek Wajdzik). Jest kameralnie. Blisko. Intymnie. Wykreowana postać na scenie nie przedstawia samej Agnieszki Osieckiej. To kobieta stworzona z jej twórczości. Samotna. Zakochana. Zdradzona. Szalona. Smutna. Cierpiąca.

Autorką scenariusza, jak i reżyserką spektaklu, jest Ewa Telega. Muzyczna opowieść, którą zaproponowała, składa się z fragmentów dzienników, korespondencji i tekstów piosenek Agnieszki Osieckiej. Finalnie otrzymaliśmy bardzo emocjonalny i kameralny spektakl. Katarzyna Łochowska jest fenomenalna na scenie, ale trudno oprzeć się wrażeniu, iż całość została sprowadzona do lamentu porzuconej kobiety. Chociaż nie brakuje tu kilku momentów weselszych, to finalnie efekt jest dość ponury i przygnębiający. Ten nastrój, na szczęście, zostanie przełamany bisowym wykonaniem piosenki Niech żyje bal, który z jednej strony wzrusza, a z drugiej pozostawia widzów z nadzieją.

Zobacz również: Wnuczka Picassa – recenzja spektaklu. Masterclass manipulacji

Kadr ze spektaklu Osiecka, fot. Krzysztof Bieliński

Osoby, które nastawiają się na posłuchanie solidnych wykonań piosenek Agnieszki Osieckiej w nowych aranżacjach na pewno nie będą spektaklem zawiedzione. Jak wspomniałam wcześniej, Katarzyna Łochowska jest absolutnie rewelacyjna w swojej roli, a jej wokal w wielu utworach wzbudza ogromny podziw. Świetnie wypada również Mateusz Dębski w roli pianisty, który nie tylko jest muzycznym wsparciem, ale powiernikiem wyznań głównej bohaterki. Momentami choćby kojarzy się z głosem rozsądku, kiedy przypomina kobiecie, iż sama podjęła pewne decyzje. Duet na scenie wypada naprawdę dobrze i czuć między nimi delikatną chemię, która pogłębia intymną atmosferę. Dużym plusem Osieckiej jest też klimat, który twórcom udało się wytworzyć dzięki oszczędnej i przemyślanej scenografii.

Mimo, iż spektakl trwał raptem około 70 minut to zdążyłam poczuć się przytłoczona cierpieniem głównej bohaterki. Dla mnie zdecydowanie za dużo tutaj kobiety zdradzonej i zranionej. Rozumiem, iż te dwie emocje były główną osią napędową spektaklu. Zestawienie piosenek z fragmentami dzienników i korespondencji stworzyło jednak trudną do zniesienia postać, której rozpacz potrafi doprowadzić do szału. Każdy moment, w którym próbowano pokazać bohaterkę w innym świetle, bardzo gwałtownie zostaje wygaszony przez powrót do lamentu. A szkoda, bo teksty Agnieszki Osieckiej są dużo bardziej różnorodne i dało się zbudować tę bohaterkę nieco inaczej. W szerszym kontekście. Tutaj radosne sceny zostają sprowadzone do wspomnień czasów, w których kobieta była jeszcze szczęśliwa.

Zobacz również: American Beauty – sprostowanie – recenzja spektaklu. Amerykański sen do poprawki

Kadr ze spektaklu Osiecka, fot. Krzysztof Bieliński

W spektaklu Osiecka stara się też przebić wątek wolności i niezależności, które były dla mnie najbardziej interesujące. Niestety ginęły one w ogólnym rozrachunku, a główna bohaterka jak bumerang wracała do bezimiennego niego: jej miłości, kochanka i kłamcy. Tym samym pozostaje rozchwiana emocjonalne kobieta, na zakręcie, zagubina i bezradna. Całkowicie bez nadziei i bez szans na szczęście. Jest to mocno przytłaczające i ośmielę się stwierdzić, iż lepiej wypadłby sam recital, bez fragmentów dzienników i listów, a co za tym idzie bez tej pełnej lamentu i tęsknoty narracji. Może właśnie to tu popełniono błąd realizacyjny i najzwyczajniej w świecie źle dobrano fragmenty mówione.

Mam mieszane uczucia odnośnie bomby emocjonalnej z jaką wiąże się obejrzenie spektaklu Osiecka. Niemniej Ewie Teledze udało się stworzyć wyjątkową atmosferę, bardzo kameralną i intymną, w której można na chwilę zamknąć oczy i rozkoszować się piosenkami Agnieszki Osieckiej. Zakończenie widowiska jest z kolei prawdziwą petardą, a Niech żyje bal wybrzmiewa z pełną mocą. Właśnie dla tej kameralności oraz dla Katarzyny Łochowskiej warto zobaczyć ten spektakl.

Fot. główna: kadr ze spektaklu Osiecka, fot. Krzysztof Bieliński

Idź do oryginalnego materiału