Najlepiej przeanalizował to branżowy magazyn „Variety”. „Jest takie powiedzenie często powtarzane w czarnej społeczności: trzeba pracować dwa razy ciężej – czasem dziesięć razy ciężej – by zyskać takie samo uznanie. Czy Coogler nie dokonał tego, a choćby nie zrobił jeszcze więcej? Zrealizował film, który pobił oscarowy rekord, przyciągnął ogromne rzesze widzów i pokazał, jaką siłę rażenia może mieć oryginalna, czarnoskóra historia – a mimo to reżyser okazał się niegodny Oscara”.
Nasi komentatorzy: Katarzyna Czajka-Kominiarczuk oraz Jakub Demiańczuk, w rozmowie z Januszem Wróblewskim próbują przeanalizować, co tak naprawdę mówi oscarowy werdykt i czy było więcej niespodzianek.
Zdziwienie mogła budzić powściągliwość nominowanych w wyrażaniu niezadowolenia z powodu chaotycznej polityki prowadzonej przez Trumpa, czego bez wątpienia w naszych trudnych czasach od nich oczekiwano. Zamiast tego najwięcej dowcipów padło na temat niefortunnych słów Chalameta krytykującego operę i balet.
Chalamet posiada charyzmę i łatwość wcielania się w każdą rolę, a jego występ jako amerykańskiego mistrza tenisa stołowego w „Wielkim Martym” zwala z nóg. To była jego trzecia nominacja, po „Tamtych dniach, tamtych nocach” oraz „Kompletnie nieznanym”, co świadczy o trwałym szacunku Akademii dla rozwoju aktora. Przeciwko niemu – poza czarnym piarem – przemawiało to, iż wciąż jest bardzo młody jak na oscarowe kryteria. W wieku 30 lat został drugim najmłodszym (po Adrienie Brodym) kandydatem na najlepszego aktora. Poza tym gra postać Marty’ego Mausera tak moralnie odpychającą, iż polubić jej się nie da. A to niemała przeszkoda, gdyż często szalę przeważa zwykła sympatia, jaką budzi postać.














