Oscary 2026 – kogo nagrodziłyby redaktorki?

anywhere.pl 2 miesięcy temu

Oscary 2026 już za moment (dokładnie w nocy z 15 na 16 marca), więc Karka i Julia postanowiły wyprzedzić Akademię i stworzyć własne kategorie. Zdążyły choćby rozdać już nagrody! Co chwyciło je za serce, kogo warto obserwować, a jakich zachwytów nie potrafią zrozumieć?

Sprawdźcie!

  1. Oscar Bait

Karka: „Jedna bitwa po drugiej”

Nowy film Paula Thomas Andersona to film (bezpiecznie) polityczny, ale nie rewolucyjny. Niezły, ale nie przełomowy. Próbujący powiedzieć coś ważnego o rodzinie, ale ostatecznie niewychodzący poza znane nam kinowe schematy. Do tego z aktorami, którzy ledwo pojawiają się na ekranie, a już kradną całą uwagę widzów, czyli Leonardo DiCaprio, Seanem Pennem i Benicio del Toro. Akademia prawdopodobnie go pokocha. Ja – niekoniecznie.

Julia: „Hamnet”

Chloé Zhao to piekielnie uzdolniona reżyserka i nie zrozumcie mnie źle – „Hamnet” to naprawdę piękny film. Ma w sobie jednak wszystko, co Akademia kocha. Na papierze jest to idealny oscarowy kandydat. Czy został zrealizowany głównie pod kolejne nominacje i statuetki, czy może z artystycznej potrzeby serca? Nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale choćby o ile „Hamnet” powstał ku chwale oscarowego blichtru, i tak warto to zobaczyć – chociaż dla wspaniałej Jessie Buckley i uronić kilka łez.

2. Spakujcie chusteczki do kina

Karka: „Wartość sentymentalna”

Nie tak często się zdarza, by film skandynawski poniósł się takim echem jak nowy tytuł Joachima Triera. Poniósł się jednak, bo zaskakująco łatwo utożsamić się z nieprzepracowanymi, rodzinnymi krzywdami, które, czasem niczym podglądacze, obserwujemy w „Wartości sentymentalnej”. W aktorach od razu widzimy postacie, widzimy rodzinę. Nie czujemy gry, a ich emocje, nieraz sprzeczne, skomplikowane, ale zawsze wypadające bardzo naturalnie. Gdybym mogła, nagrodziłabym całą pierwszo- i drugoplanową obsadę i oczywiście Joachima Triera za bezbłędny scenariusz.

Julia: „Głos Hind Rajab”

Małe, wielkie kino. To historia wolontariuszy Czerwonego Półksiężyca, którzy otrzymują zgłoszenie dotyczące samochodu w Strefie Gazy i znajdującej się w nim 6-letniej dziewczynki. Mała Hind jest uwięziona i błaga o pomoc, która niestety nie może nadejść błyskawicznie. Akcja rozgrywa się w siedzibie Czerwonego Półksiężyca. Nie widzimy wybuchów, nie widzimy krwi, nie widzimy horroru. Słyszymy jednak rozpaczliwe błaganie dziecka o pomoc, okrucieństwo wojny i bezsilność organizacji wobec umów międzynarodowych. I to chyba jest największy koszmar.

Ta historia jest prawdziwa. W filmie słyszymy faktyczne, zarejestrowane nagrania rozmów Hind z wolontariuszami, którzy przez wiele godzin starają się ją uspokajać i sprowadzić pomoc. Uwaga, spoiler (chociaż pewnie domyślacie się, jak skończyła się ta historia) – ona nie nadchodzi. Ten film po prostu trzeba zobaczyć

3. Skąd te zachwyty?

Karka: „F1: Film”

Apeluję o wprowadzenie na kolejnym rozdaniu zasady, by jednego roku w kategorii Najlepszy film mógł być nominowany tylko jeden tytuł sportowy. Naprawdę, na „Wielkim Martym” w 2026 powinniśmy zdecydowanie poprzestać. Od „F1: Film” odbiłam się tak, jak niektórzy zawodowi kierowcy od bandy – bardzo gwałtownie i boleśnie. Doceniam sceny wyścigów, ale lubię, gdy film ma też na przykład sensowny scenariusz, niepopadający w banały. Tutaj tego zabrakło, a schematy fabularne kują w oczy. Być może seans w kinie to wynagradza.

Julia: Timothée Chalamet w „Wielki Marty”

Timothée stracił swój urok i nikt mnie nie przekona, iż jest inaczej. I chociaż „Wielki Marty” to naprawdę dobre i mocne kino, to ja po prostu nie wierzę bohaterowi. A raczej nie wierzę aktorowi – mam ciągle nieodparte wrażenie, iż Timothée nie gra, a po prostu taki jest. Może nie aż tak ekstremalny jak w „Marty Supreme”, ale intuicja podpowiada mi, iż ego i pretensjonalność zaczęły grać tam (nomen omen) pierwsze skrzypce. A jego ostatnie wypowiedzi dotyczące opery czy baletu tylko utwierdziły mnie w tym przekonaniu. Za dużo krzyku i chaosu, za mało prawdy. Albo za dużo.

4. Zaśpiewajmy to razem

Karka: „Grzesznicy”

Dostrzegam w tym filmie tak wiele, iż aż ciężko było mi przypisać „Grzeszników” do jednego kategorii, ale ostatecznie to TA muzyczna scena w knajpie siedzi we mnie do dziś. Piękna laurka dla muzyki, szalony miszmasz gatunkowy, twórcze wykorzystanie symboliki wampirów. Nie mogło mi się to nie spodobać.

Julia: „Grzesznicy”

Nie mogę nie zgodzić się z Karką i nie zamierzam być oryginalna na siłę – „Grzesznicy” to film, który jest muzyką od początku do końca. Od śpiewu przyciągającego złe demony aż po muzykę, która uzdrawia duszę. Muzyka to namiętność, muzyka to grzech, muzyka to życie, muzyka to dziedzictwo. Muzyka to także tożsamość, ale i przywłaszczenie kulturowe. No i tak, ta jedna scena to kwintesencja tego, co w kinie najwspanialsze. o ile jeszcze nie widzieliście filmu, to gwarantuje, iż w pewnym momencie seansu wstaniecie z sofy i zaczniecie się kołysać w rytm ścieżki dźwiękowej.

5. Dajcie jej Oscara

Karka: Rose Byrne w „Kopnęłabym cię, gdybym mogła”

Oczywiście, Jessie Buckley w „Hamnecie” była wspaniała i błyszczała zdecydowanie najjaśniej z całego filmu, ale Rose Byrne wspięła się o poziom wyżej. Kamera w „Kopnęłabym cię, gdybym mogła” nie opuszcza jej bohaterki, Lindy, ani na moment, dzięki czemu współodczuwamy z nią każdą kropelkę potu pojawiającą się na czole, każdy łyk wina po trudnym dniu, każde spięcie ciała wyczerpanego rodzicielstwem ponad siły. Byrne stworzyła kreację intensywną i ocierającą się o wybitność.

Julia: Inga Ibsdotter Lilleaas w „Wartość Sentymentalna”

Joachim Trier za kamerą równa się wspaniałe kobiece bohaterki. Po raz kolejny, po „Najgorszym człowieku na świecie”, reżyser opowiada nam historię przez kobiety – i robi to z taką uważnością i czułością, iż każda z bohaterek (mimo ciężkich przeżyć i emocji) rozkwita na ekranie. W „Wartości sentymentalnej” moje serce należy do Ingi Ibsdotter Lilleaas. Wyważona, ale z pełną paletą emocji – tam głęboko, w środku. Gdy patrzysz na jej Agnes, nie widzisz za wiele, ale wiesz wszystko. Ostoja i opoka, nie tylko dla swojej siostry, naszej głównej bohaterki Nory (również wspaniała Renate Reinsve), ale i dla całego filmu.

6. Ultimate Crush

Karka: Ryō Yoshizawa w „Kokuho”

Film zadebiutuje w polskich kinach dopiero po Oscarach, bo 27 marca, ale uwierzcie, iż warto poczekać. Dostał nominację za charakteryzację i fryzury – istotną rolę fabularną pełni japoński teatr Kabuki, więc tutaj nie ma, co się dziwić. Ale jak to jest zagrane! Zwłaszcza Ryō Yoshizawa, który wciela się w głównego bohatera Kikuo, hipnotyzuje. Śledzimy jego losy od 15 roku życia aż do starości, rzucając się razem z nim w bezkompromisowy pościg za marzeniem, by zostać najlepszym aktorem. I ważniejsze od pytania, czy mu się uda, jest pytanie: za jaką cenę? To trzygodzinne widowisko z pogranicza filmu i teatru aż prosi się o wielką salę kinową, by w pełni go doświadczyć.

Julia: kobiety w filmie

Długo zastanawiałam się, kogo wybrać do tej kategorii. Ostatecznie nie zdecydowałam się na nikogo konkretnego, a na kobiety w branży filmowej, które pokazały, iż twórczynie rządzą kinem. Pamiętam taką scenę z Oscarów w 2018 roku, kiedy odbierająca wówczas statuetkę Frances McDormand (za „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”) poprosiła wszystkie kobiety na sali o powstanie i wielki aplauz dla siebie nawzajem. Reżyserki, aktorki, scenografki, kostiumografki, montażystki i inne twórczynie związane z branżą są siłą napędową kinematografii. W tym roku aktorki stworzyły (moim zdaniem oczywiście) bardziej interesujące postacie niż aktorzy. Kobiety coraz mocniej zaznaczają swoją obecność w technicznych kategoriach i zdobywają w nich statuetki. Trzymam za nie kciuki i czekam na coraz więcej twórczyń, kobiecych historii oraz kobiecego punktu widzenia w kinie.

7. Musicie to zobaczyć, chociaż nie jest faworytem

Karka: „Sirât”

Rozumiem, dlaczego cześć widzów może poczuć wobec niego dystans. Ja jednak go pokochałam, chociaż z uwagi na ładunek emocjonalny nie wiem, czy kiedyś będę gotowa na ponowny seans. Ten film się bardziej czuje, niż ogląda, chociaż oczywiście i warstwa wizualna nie jest tu obojętna. W świecie, gdzie budzimy się do wiadomości o kolejnych wojnach (czy jednak kiedyś było inaczej?), „Sirat” boleśnie nas uziemia. Przypomina o kruchości życia, pokazuje, jak bierny bunt przemienia się w eskapizm. I tak, w tle leci ciężkie techno, ale fabularnie to przeciwieństwo beztroskiej zabawy.

Julia: „Idealna sąsiadka”

Czy jest to najlepszy film, jaki widziałam w tym roku? Zdecydowanie nie – o ile jednak macie wolny wieczór, seans „Idealnej sąsiadki” będzie naprawdę dobrym wyborem. Szczególnie w kontekście tego, co w tej chwili dzieje się w Stanach Zjednoczonych – zwłaszcza w kwestii ICE, polityki migracyjnej Donalda Trumpa i narastających napięć w społeczeństwie. Uprzedzenia, strach oraz narastający konflikt sąsiedzki doprowadzają tu do tragedii, która wstrząsa lokalną społecznością. To film o tym, jak nieporozumienie i niechęć do drugiego człowieka mogą przybrać przerażające rozmiary. Do zobaczenia i do przemyślenia.

Idź do oryginalnego materiału