Wystawa czasowa „Córki czasu. Słowianki, Wielkopolanki, Europejki”, towarzysząca stałej ekspozycji „Tajemnice początków Polski – Ostrów Lednicki”, robi coś bardzo prostego, a zarazem zaskakująco potrzebnego: dopowiada historię Wielkopolski głosem kobiet.
Dziewięć postaci, dziewięć doświadczeń
Nie jest to dopisek na marginesie „wielkiej historii” ani galeria zasłużonych pań. Wybrano dziewięć postaci i dziewięć różnych doświadczeń.
Świętosława prowadzi ku niepewnościom i fascynującym zagadkom wczesnego średniowiecza, błogosławiona Jolenta ku religijności i kulturze dworu, kobiety z Gorzuchowa oskarżone o czary ku ciemniejszej stronie dawnego porządku prawnego i społecznego. Później pojawiają się Emilia Sczaniecka, Helena Modrzejewska, Maria Konopnicka, Jadwiga Zamoyska, Maria Dąbrowska i Wanda Błeńska. Razem tworzą opowieść, której siłą jest różnorodność perspektyw.
To właśnie tu wystawa staje się szczególnie wielkopolska. Nie tylko dlatego, iż bohaterki są związane z regionem, a historie układają się w panoramę od X do XX wieku.
Pod warstwą chronologicznej narracji pojawia się bowiem myśl, bez której trudno mówić o nowoczesnej tożsamości Wielkopolski: przekonanie, iż wspólnotę buduje się pracą. Nie jednym gestem, nie chwilowym uniesieniem, ale codziennym działaniem, edukacją, odpowiedzialnością, organizacją, opieką, gospodarnością i cierpliwym wzmacnianiem tego, co wspólne.
Ciągłość postaw
Oczywiście byłoby historycznym nadużyciem dopisywanie Świętosławie czy Jolencie dziewiętnastowiecznego programu pracy organicznej. Wystawa tego nie robi. Jej konstrukcja pozwala jednak dostrzec ciągłość pewnych postaw. Gdy narracja dochodzi do XIX wieku, wielkopolski kod staje się już bardzo czytelny.

Obiekty związane z dr Wandą Błeńską, fot. Emilian Prałat
Emilia Sczaniecka, nazywana przez powstańców „generałową”, nie dowodziła oddziałem, ale organizowała zaplecze medyczne i opiekę nad rannymi. Jadwiga Zamoyska budowała system wychowania, w którym nauka miała łączyć się z praktyką, obowiązkiem i odpowiedzialnością za wspólnotę. Maria Konopnicka pokazuje z kolei niezależność osiąganą pracą intelektualną, a późniejsza Wanda Błeńska – służbę rozumianą nie jako jednorazowy gest, ale jako konsekwentne, wieloletnie działanie połączone z edukacją i tworzeniem trwałych struktur opieki.
I tu dochodzimy do jednego z największych atutów „Córek czasu”. Praca organiczna, gdy opowiada się o niej w szkolnym skrócie, ma najczęściej męskie twarze. Marcinkowski, Cegielski, Libelt, Wawrzyniak – nazwiska bezspornie ważne, które zbudowały kanon wielkopolskiej historii.
W jego cieniu znacznie słabiej widoczna jest praca kobiet. Tymczasem bez ich działalności edukacyjnej, społecznej, opiekuńczej, dobroczynnej, organizacyjnej i kulturalnej ten sam program byłby niepełny. Kobiety prowadziły domy i majątki, organizowały pomoc, zakładały szkoły i stowarzyszenia, wspierały rannych, wychowywały kolejne pokolenia, tworzyły kulturę, zdobywały samodzielność zawodową.
Część tej pracy przez dziesięciolecia traktowano jako oczywiste tło, nie jako pełnoprawny składnik historii społecznej. Lednicka wystawa tę proporcję koryguje bez manifestu i bez uproszczeń.
Zabieg edukacyjny
Muzeum Pierwszych Piastów mogło pozostać przy opowieści o władzy, dynastii, chrystianizacji i archeologii. Obok niej zdecydowano się jednak umieścić opowieść biegnącą zupełnie innym rytmem: od dworu do domu, od religii do edukacji, od literatury do medycyny, od przedmiotów codziennych do biografii. Dzięki temu początki polskiej państwowości nie zostają zamknięte w X czy XI wieku. Stają się punktem wyjścia do pytania, co późniejsze pokolenia zrobiły z odziedziczoną wspólnotą i jak ją współtworzyły.
To bardzo dobry zabieg edukacyjny. Zwiedzający przyjeżdża po pierwszych Piastów, a otrzymuje przypomnienie, iż historia państwa to nie tylko moment jego narodzin, ale także setki lat budowania społeczeństwa, instytucji, pamięci i regionalnej tożsamości.

”Córki czasu” – plansza otwierająca wystawę, fot. Emilian Prałat
W tym sensie „Córki czasu” są nieoczywistym, ale logicznym dopełnieniem „Tajemnic początków Polski”. Jedna ekspozycja pyta o fundament, druga o to, co na nim przez wieki wyrastało.
Dobrze służy temu sposób opowiadania. Zabytki archeologiczne sąsiadują z dziełami sztuki, archiwaliami, fotografiami i przedmiotami codziennego użytku. Pojawiają się historyczne stroje, multimedia, a choćby autorskie kompozycje zapachowe. Nie chodzi o mnożenie atrakcji. Te środki pozwalają wejść w kolejne epoki różnymi drogami i przypominają, iż o przeszłości mówią nie tylko daty i nazwiska, ale także drobny przedmiot, ubiór czy dokument.
Zmiana skali
Dobrze wypada zmiana skali. Świętosława uruchamia perspektywę dynastyczną i europejską, Jolenta łączy Wielkopolskę z szerokim kręgiem średniowiecznej kultury religijnej, Modrzejewska pokazuje karierę przekraczającą Atlantyk, Błeńska przenosi opowieść aż do Ugandy. Wielkopolskość jest tu punktem wyjścia, nie ograniczeniem. Bohaterki są Słowiankami, Wielkopolankami i Europejkami – zgodnie z tytułem – ale przede wszystkim osobami działającymi w konkretnych warunkach, często znacznie trudniejszych niż te, które podsuwa nam późniejsza pamięć.

Bransoleta ofiarowana Jadwidze Zamojskiej, fot. Emilian Prałat
Bardzo trafny jest finał ekspozycji. Zamiast kolejnego zabytku pojawia się lustro. Po dziewięciu historiach widz nie otrzymuje dziesiątej biografii, ale własne odbicie. Ten prosty gest przenosi ciężar z przeszłości na teraźniejszość.
Skoro wspólnota powstaje dzięki działaniu kolejnych pokoleń, pytanie o naszą rolę nie jest już retorycznym dodatkiem. W Wielkopolsce, gdzie idea pracy organicznej stała się jednym z najtrwalszych elementów regionalnej samoidentyfikacji, taki finał ma szczególną wymowę. Organiczność okazuje się nie tylko rozdziałem z XIX-wiecznego podręcznika, ale sposobem myślenia o odpowiedzialności.
Opowieść o pracy
Warto więc przyjechać na Lednicę nie tylko po Piastów. Warto zobaczyć, jak można opowiedzieć początki państwa, a przy okazji archeologii podjąć rozmowę o wielkopolskiej tożsamości i przywrócić kobietom należne miejsce bez dopisywania im ról, których nie pełniły. „Córki czasu” robią to spokojnie, przez źródła, przedmioty i biografie.
To wystawa potrzebna, ale również po prostu ciekawa. Ma dobry rytm, szeroką perspektywę i czytelną myśl. Pokazuje, iż między Ostrowem Lednickim a światem Emilii Sczanieckiej, Jadwigi Zamoyskiej czy Wandy Błeńskiej istnieje coś więcej niż następstwo dat.

Fragment wystawy pokazujący kostiumy, poprzez które prowadzona jest opowieść, fot. Emilian Prałat
Jest nim odpowiedzialność za wspólnotę, przyjmująca w każdej epoce inną postać. A jeżeli gdzieś opowieść o pracy, która wzmacnia społeczeństwo od podstaw, brzmi szczególnie naturalnie, to właśnie tutaj – w Wielkopolsce.
„Córki czasu. Słowianki, Wielkopolanki, Europejki” można oglądać w siedzibie Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy w Dziekanowicach do ⇒ 30 kwietnia 2027 roku. Dobrze zaplanować na nią czas obok nowej wystawy stałej.
Piastowie są początkiem. Reszta historii – także tej pisanej przez kobiety – dopiero się od nich zaczyna.







