Po
trzydziestoletniej przerwie gwiazda popu lat 90. XX wieku, Alfred
Moretti, zapowiada wydanie nowego albumu i rozsyła nieliczne
zaproszenia na imprezę odsłuchową w odizolowanej osadzie w stanie
Utah. Zaszczyt spędzenia weekendu z bożyszczem nieprzebranych
tłumów ma spotkać młodą, ambitną dziennikarkę prasową Ariel
Ecton, jej toksycznego przełożonego Stana Sullivana, prowadzącą
popularny talk-show Clarę Armstrong, influencerkę Emily Katz,
paparazzo Biancę Tyson oraz prezentera radiowego Billa Lotto.
Zintegrowana społeczność, której najważniejszym członkiem jest
Moretti od początku budzi podejrzenia Ariel. Wiele wskazuje na
sektę, ale niekoniecznie groźną. Ludzie tytułujący się
levelistami wydają się żyć w szczęściu i harmonii, a gości
traktują niemal jak pełnoprawnych członków wspólnoty. Niemal, bo
każdemu przybyszowi zostaje przydzielony konsjerż: stały
mieszkaniec tego zagadkowego kompleksu, który przez cały pobyt ma
pilnować przydzielonego mu gościa. Wszędzie za nim chodzić...
 |
Plakat filmu. „Opus” 2025, A24, MACRO, Makeready |
Owoc
sześcioletniej pracy Marka Anthony'ego Greena, byłego dziennikarza
i redaktora Gentlemen's Quarterly, pochodzącego z Kansas City
w stanie Missouri filmowca, który debiutował w 2017 roku
krótkometrażową komedią „Trapeze, U.S.A.”. Nakręcony w
dziewiętnaście dni w Nowym Meksyku - mieście Albuquerque i
jednostce osadniczej Pojoaque - w listopadzie 2023 roku, thriller
satyryczny pt. „Opus” o dynamice władzy we współczesnym
świecie, w którym można dopatrzeć się odniesień do pierwszego
horroru obejrzanego przez Greena: kultowego kilkunastominutowego
filmu „Thriller” i zarazem teledysku do utworu Michaela Jacksona
pod tym samym tytułem. Budżet produkcji oszacowano na dziesięć
milionów dolarów. Światowa premiera „Opus” odbyła się w
drugiej połowie stycznia 2025 roku na Sundance Film Festival, a
szeroka dystrybucja kinowa ruszyła niecałe dwa miesiące później.
Głównym dystrybutorem pierwszego pełnometrażowego filmu Marka
Anthony'ego Greena jest renomowana amerykańska firma niezależna
A24.
Porównywany
do „Midsommar. W biały dzień”
Ariego Astera „teledyskowy
dreszczowiec” o charakterze prześmiewczo-ostrzegającym. Reżyser,
scenarzysta i współproducent „Opus”, Mark Anthony Green, w
centralnym punkcie umieścił przedstawicielkę zawodu, w którym sam
się realizował. Można założyć, iż od podszewki poznał
wymagającą, niewdzięczną branżę dwudziestoparoletniej
przewodniczki po intrygującym, acz nieco chaotycznym świecie
przedstawionym w „Opus”. Ariel Ecton (przyzwoita kreacja Ayo
Edebiri) poznajemy jako sfrustrowaną dziennikarkę muzyczną,
traktującą tę pracę jako trampolinę do wymarzonej kariery
pisarskiej – od jakiegoś czasu bezskutecznie próbuje wyrobić
sobie renomę, zyskać rozpoznawalność, która zagwarantuje wysoką
sprzedaż jej jeszcze nienapisanych książek. Krótko mówiąc: goni
za sławą. Redaktor naczelny magazynu o sławnych i bogatych,
współczesnych bogach i pomniejszych celebrytach, Stan Sullivan
(rozczarowująco zmarginalizowana, wręcz zmarnowana postać
powierzona Murrayowi Bartlettowi; niezłe wcielenie w typowego
karierowicza bezwstydnie wykorzystującego ciężką pracę
podwładnych) pochwał jej nie szczędzi, ale powierza jedynie tak
zwane zapychacze szpalty. Ariel często też zbiera informacje do
najważniejszych artykułów, może choćby przeprowadza wywiady, pod
którymi zwykle podpisuje się sam Sullivan. W każdym razie można
śmiało powiedzieć, iż kobieta od jakiegoś czasu ciężko pracuje
na sukces obłudnego Stana. Spore nadzieje wiąże jednak z imprezą
odsłuchową Alfreda Morettiego (jak zwykle widowiskowy występ Johna
Malkovicha, m.in. „Mary Reilly” Stephena Frearsa, „Cień
wampira” E. Eliasa Merhige'a, „Wiecznie żywy” Jonathana
Levine'a,
„Nie otwieraj oczu”
Susanne Bier,
„Podły, okrutny, zły”
Joe Berlingera”,
„Velvet Buzzsaw”
Dana Gilroya),
legendarnego wokalisty pop, którego szczyt popularności przypadł
na lata 90. XX wieku. W tym samym okresie „rozpłynął się w
powietrzu”; nagle zakończył działalność muzyczną, usunął
się z życia publicznego, a trzydzieści lat później obwieścił
nowinę o swoim świeżutkim albumie. Ariel jest jedną z sześciu
osób zaproszonych do królestwa Morettiego w związku ze zbliżającą
się wielką premierą w świecie muzycznym. I zdecydowanie najmniej
znaną. Onieśmieloną towarzystwem tych wszystkich „mieszkańców
Olimpu”. Gwiazda telewizji Clara Armstrong (magnetyczna kreacja
Juliette Lewis; m.in. „Przylądek strachu” Martina Scorsese,
„Kalifornia”
Dominica Seny, „Urodzeni mordercy” Olivera
Stone'a,
„Od zmierzchu do świtu”
Roberta Rodrigueza,
„Czwarte piętro”
Josha Klausnera, „Cold Creek Manor” Mike'a Figgisa,
„Ma”
Tate'a Taylora), gwiazda internetu Emily Katz (niewielka
rola Stephanie Suganami), gwiazda radia Bill Lotto (mikroskopijny
udział Marka Sivertsena, m.in. „Wampiry” Johna Carpentera),
znana fotoreporterka sław Bianca Tyson (prawie niewidoczna,
przewijająca się w tle Melissa Chambers) i istna zmora głównej
bohaterki filmu, przeklęty Stan Sullivan, zwyczajowo pilnujący, by
jego podwładna nie dostała choćby okruszków z pańskiego stołu.
Ariel ma skrzętnie notować i trzymać się z boku. Może, a wręcz
powinna przepytywać współmieszkańców Morettiego, ale rozmowy z
ekscentrycznym bogiem popu ma zostawić Sullivanowi. Szef oczekuje,
że w drodze powrotnej Ariel przekaże mu wszystkie notatki
sporządzone w pustynnym kompleksie, jak zakładają ważni goście,
założonym przez Alfreda Morettiego. Utopijnej krainie, która tylko
w Ariel od początku budzi nieokreślony niepokój. Pierwsze sygnały
ostrzegawcze instynkt wysyła jej najpóźniej u bram tego „królestwa
niebieskiego” (pewnie dlatego nie podziękowała za dary
mieszkańców), ale pragnienie sławy jest silniejsze. I presja
grupy? Tak czy inaczej, Ariel jak owieczka podąża za podnieconymi
kukiełkowymi szczurami.
 |
Plakat filmu. „Opus” 2025, A24, MACRO, Makeready |
Dynamiczny
montaż, nieśpieszny rozwój akcji. Szarpana narracja, krzykliwe
barwy i charakterna ścieżka dźwiękowa opracowana przez muzyka,
współzałożyciela zespołu disco o nazwie Chic, Nile'a Rodgersa i
rapera występującego pod pseudonimem The-Dream (właściwie Terius
Youngdell Nash) – z udziałem Danny'ego Bensiego i Saundera
Jurriaansa, których miłośnicy kina grozy mogą kojarzyć chociażby
z
„Darem”
Joela Edgertona,
„Autopsją Jane Doe”
André
Øvredala,
„Domkiem w górach”
Severina Filaly i Veroniki Franz,
„Countdown” Justina Deca,
„Lokum”
Dave'a Franco,
„Egzorcyzmem”
Joshui Johna Millera oraz
„Nie mów zła”
Jamesa Watkinsa – osobno wydana w marcu 2025 pod tytułem „Opus:
The Moretti EP”. Niekonsekwentnie prowadzona opowieść o
zachowaniach plemiennych w krajach wysoko rozwiniętych. O
tragikomicznym konformizmie; ślepym podążaniu za niegenialnymi
przywódcami, bezkrytycznym zapatrzeniu w rzekome gwiazd,
bezrefleksyjnym dopasowywaniu się do ustalonego porządku świata,
akceptowaniu absurdalnego status quo. Bo jak się nad tym
zastanowić, to na szczycie drabiny społecznej mamy ludzi znanych z
tego, iż są znani. Istoty rozumne, nie wiedzieć czemu, uznały, że
najwyższym dobrem jest rozrywka, największy splendor należy się
więc osobom, którzy dostarczają jej najwięcej. Talent nie jest
wymagany, ale niektórym znacznie ułatwia wspinanie się po
„drabince głupich”. IQ nie gra żadnej roli w tych zabawnych –
na swój pokręcony sposób – zawodach. A przynajmniej tak
odczytałam to ja, zwykła zjadaczka chleba (bez tytułów
naukowych), przeświadczona, iż nie dotarła do jądra tego
bałaganiarskiego scenariusza. Meritum sprawy wspólnoty podobno
niereligijnej, której niekwestionowanym liderem jest szacowny
reprezentant jednego z najbardziej wielbionych zawodów. Czarujący
mistrz weekendowej ceremonii – specjalne pokazy w
niezarejestrowanej jednostce osadniczej. Domniemanej siedzibie sekty
poszukiwaczy pereł. Dla postronnego obserwatora to może być
zupełnie bezsensowne, niedorzeczne zajęcie - w dodatku okupione
własną krwią – ale dla ludzi nazywających siebie levelistami ma
to głęboki sens. Mniej więcej taki, jak dla (niecałej?) reszty
społeczeństwa gapienie się w telewizor i/lub surfowanie po
internecie? Oglądanie odmóżdżających programów typu talk-show
Clare Armstrong, słuchanie plotek przekazywanych przez spikerów
takich jaki Bill Lotto, oglądanie nierzadko kompromitujących zdjęć
trzaskanych przez ludzi pokroju Bianki Tyson, przeglądanie social
mediów takich piękności jak Emily Katz i czytanie takiej
„literatury”, jaką reprezentują Stan Sullivan i Ariel Ecton,
niestabilna ostoja rozsądku w wariackiej rzeczywistości wykreowanej
przez Marka Athony'ego Greena. Frustrująco powierzchownie
odmalowanej komunie Alfreda Morettiego, niekoniecznie inicjatora tego
innowacyjnego(?) projektu, ale niewątpliwie lidera szeroko
uśmiechniętych mężczyzn, kobiet i dzieci zadających niedyskretne
pytania. W każdym razie nasza zagubiona protagonistka będzie
musiała wyspowiadać się z pielęgnacji miejsc intymnych
(odwrócenie ról: dziennikarka karygodnie odpytywana przez
jednostkę, z którą chciała przeprowadzić wywiad). I wziąć kęs
z mokrych resztek pieczywa – nieapetyczne otwarcie wystawnej
wieczerzy. UWAGA SPOILER W gruncie rzeczy nieśmiała
przygrywka do makabrycznego przeboju o kobiecie „pęczniejącej z
dumy” („sikające oko”). Inny „uroczy” moment zalicza
Juliette Lewis, bezpardonowo ciągnięta za włosy, aż do rozdarcia
skóry – niepełne skalpowanie, najwidoczniej wygenerowane
komputerowo KONIEC SPOILERA.
Ariel będzie też musiała znosić (albo i nie...) towarzystwo
niejakiej Belle (ślicznie złowrogi występ Amber Midthunder, m.in.
„14 Cameras”
Setha Fullera i Scotta Hussiona), praktycznie ciągłą obecność
„niemowy” z zaciętym wyrazem twarzy. Jako taką prywatnością
Ariel i pozostali goście Morettiego mogą cieszyć się jedynie w
przydzielonych im kwaterach. Całkiem przytulnych, jeżeli nie liczyć
ukrytych kamer, jednoosobowych mieszkankach zaopatrzonych w jedyną
słuszną muzę. W pamięci utkwiły mi jeszcze: surrealistyczny,
kompletnie odjechany występ (teledysk na żywo) powracającego króla
popu końca dwudziestego stulecia naszej ery (korespondujący z
aluzyjnym prologiem i jednocześnie czołówką filmu) oraz teatrzyk
wystawionych przez małoletnich członków wspólnoty, w tym
ulubienicę Ariel, kruszącą najtwardsze serca małą Maude (cudna
Aspen Martinez). Epilog według mnie zbędny - podobnie jak jakieś
siedemdziesiąt procent dialogów...
Luźna
wizja początkującego (w pełnym metrażu) filmowca, który chciał
stworzyć coś, co byłoby stawiane w jednym rzędzie z takimi
dziełami, jak „Zodiak” Davida Finchera, „Spotlight” Toma
McCarthy'ego i „Wolny strzelec” Dana Gilroya. Ściślej rzecz
biorąc, pragnął powołać do życia postać, która z otwartymi
ramionami zostałaby przyjęta do jego panteonu filmowych
dziennikarzy i kronikarzy. Nie mnie oceniać, czy Ariel Ecton
zasługuje na to wyróżnienie, główny twórca „Opus” Mark
Anthony Green wydaje się jednak pewien sukcesu przynajmniej na tym
jednym polu. Tak czy owak, jego satyra na show biznes niespecjalnie
do mnie przemówiła. Ot, znośny thriller z dziurawym,
niedopracowanym drugim dnem. Wbrew pozorom nie dla fanów „Midsommar.
W biały dzień” Ariego Astera” i
„Menu”
Marka Myloda... A
może jednak?