„Opus” (2025

horror-buffy1977.blogspot.com 6 godzin temu
Po trzydziestoletniej przerwie gwiazda popu lat 90. XX wieku, Alfred Moretti, zapowiada wydanie nowego albumu i rozsyła nieliczne zaproszenia na imprezę odsłuchową w odizolowanej osadzie w stanie Utah. Zaszczyt spędzenia weekendu z bożyszczem nieprzebranych tłumów ma spotkać młodą, ambitną dziennikarkę prasową Ariel Ecton, jej toksycznego przełożonego Stana Sullivana, prowadzącą popularny talk-show Clarę Armstrong, influencerkę Emily Katz, paparazzo Biancę Tyson oraz prezentera radiowego Billa Lotto. Zintegrowana społeczność, której najważniejszym członkiem jest Moretti od początku budzi podejrzenia Ariel. Wiele wskazuje na sektę, ale niekoniecznie groźną. Ludzie tytułujący się levelistami wydają się żyć w szczęściu i harmonii, a gości traktują niemal jak pełnoprawnych członków wspólnoty. Niemal, bo każdemu przybyszowi zostaje przydzielony konsjerż: stały mieszkaniec tego zagadkowego kompleksu, który przez cały pobyt ma pilnować przydzielonego mu gościa. Wszędzie za nim chodzić...

Plakat filmu. „Opus” 2025, A24, MACRO, Makeready

Owoc sześcioletniej pracy Marka Anthony'ego Greena, byłego dziennikarza i redaktora Gentlemen's Quarterly, pochodzącego z Kansas City w stanie Missouri filmowca, który debiutował w 2017 roku krótkometrażową komedią „Trapeze, U.S.A.”. Nakręcony w dziewiętnaście dni w Nowym Meksyku - mieście Albuquerque i jednostce osadniczej Pojoaque - w listopadzie 2023 roku, thriller satyryczny pt. „Opus” o dynamice władzy we współczesnym świecie, w którym można dopatrzeć się odniesień do pierwszego horroru obejrzanego przez Greena: kultowego kilkunastominutowego filmu „Thriller” i zarazem teledysku do utworu Michaela Jacksona pod tym samym tytułem. Budżet produkcji oszacowano na dziesięć milionów dolarów. Światowa premiera „Opus” odbyła się w drugiej połowie stycznia 2025 roku na Sundance Film Festival, a szeroka dystrybucja kinowa ruszyła niecałe dwa miesiące później. Głównym dystrybutorem pierwszego pełnometrażowego filmu Marka Anthony'ego Greena jest renomowana amerykańska firma niezależna A24.

Porównywany do „Midsommar. W biały dzień” Ariego Astera „teledyskowy dreszczowiec” o charakterze prześmiewczo-ostrzegającym. Reżyser, scenarzysta i współproducent „Opus”, Mark Anthony Green, w centralnym punkcie umieścił przedstawicielkę zawodu, w którym sam się realizował. Można założyć, iż od podszewki poznał wymagającą, niewdzięczną branżę dwudziestoparoletniej przewodniczki po intrygującym, acz nieco chaotycznym świecie przedstawionym w „Opus”. Ariel Ecton (przyzwoita kreacja Ayo Edebiri) poznajemy jako sfrustrowaną dziennikarkę muzyczną, traktującą tę pracę jako trampolinę do wymarzonej kariery pisarskiej – od jakiegoś czasu bezskutecznie próbuje wyrobić sobie renomę, zyskać rozpoznawalność, która zagwarantuje wysoką sprzedaż jej jeszcze nienapisanych książek. Krótko mówiąc: goni za sławą. Redaktor naczelny magazynu o sławnych i bogatych, współczesnych bogach i pomniejszych celebrytach, Stan Sullivan (rozczarowująco zmarginalizowana, wręcz zmarnowana postać powierzona Murrayowi Bartlettowi; niezłe wcielenie w typowego karierowicza bezwstydnie wykorzystującego ciężką pracę podwładnych) pochwał jej nie szczędzi, ale powierza jedynie tak zwane zapychacze szpalty. Ariel często też zbiera informacje do najważniejszych artykułów, może choćby przeprowadza wywiady, pod którymi zwykle podpisuje się sam Sullivan. W każdym razie można śmiało powiedzieć, iż kobieta od jakiegoś czasu ciężko pracuje na sukces obłudnego Stana. Spore nadzieje wiąże jednak z imprezą odsłuchową Alfreda Morettiego (jak zwykle widowiskowy występ Johna Malkovicha, m.in. „Mary Reilly” Stephena Frearsa, „Cień wampira” E. Eliasa Merhige'a, „Wiecznie żywy” Jonathana Levine'a, „Nie otwieraj oczu” Susanne Bier, „Podły, okrutny, zły” Joe Berlingera”, „Velvet Buzzsaw” Dana Gilroya), legendarnego wokalisty pop, którego szczyt popularności przypadł na lata 90. XX wieku. W tym samym okresie „rozpłynął się w powietrzu”; nagle zakończył działalność muzyczną, usunął się z życia publicznego, a trzydzieści lat później obwieścił nowinę o swoim świeżutkim albumie. Ariel jest jedną z sześciu osób zaproszonych do królestwa Morettiego w związku ze zbliżającą się wielką premierą w świecie muzycznym. I zdecydowanie najmniej znaną. Onieśmieloną towarzystwem tych wszystkich „mieszkańców Olimpu”. Gwiazda telewizji Clara Armstrong (magnetyczna kreacja Juliette Lewis; m.in. „Przylądek strachu” Martina Scorsese, „Kalifornia” Dominica Seny, „Urodzeni mordercy” Olivera Stone'a, „Od zmierzchu do świtu” Roberta Rodrigueza, „Czwarte piętro” Josha Klausnera, „Cold Creek Manor” Mike'a Figgisa, „Ma” Tate'a Taylora), gwiazda internetu Emily Katz (niewielka rola Stephanie Suganami), gwiazda radia Bill Lotto (mikroskopijny udział Marka Sivertsena, m.in. „Wampiry” Johna Carpentera), znana fotoreporterka sław Bianca Tyson (prawie niewidoczna, przewijająca się w tle Melissa Chambers) i istna zmora głównej bohaterki filmu, przeklęty Stan Sullivan, zwyczajowo pilnujący, by jego podwładna nie dostała choćby okruszków z pańskiego stołu. Ariel ma skrzętnie notować i trzymać się z boku. Może, a wręcz powinna przepytywać współmieszkańców Morettiego, ale rozmowy z ekscentrycznym bogiem popu ma zostawić Sullivanowi. Szef oczekuje, że w drodze powrotnej Ariel przekaże mu wszystkie notatki sporządzone w pustynnym kompleksie, jak zakładają ważni goście, założonym przez Alfreda Morettiego. Utopijnej krainie, która tylko w Ariel od początku budzi nieokreślony niepokój. Pierwsze sygnały ostrzegawcze instynkt wysyła jej najpóźniej u bram tego „królestwa niebieskiego” (pewnie dlatego nie podziękowała za dary mieszkańców), ale pragnienie sławy jest silniejsze. I presja grupy? Tak czy inaczej, Ariel jak owieczka podąża za podnieconymi kukiełkowymi szczurami.

Plakat filmu. „Opus” 2025, A24, MACRO, Makeready

Dynamiczny montaż, nieśpieszny rozwój akcji. Szarpana narracja, krzykliwe barwy i charakterna ścieżka dźwiękowa opracowana przez muzyka, współzałożyciela zespołu disco o nazwie Chic, Nile'a Rodgersa i rapera występującego pod pseudonimem The-Dream (właściwie Terius Youngdell Nash) – z udziałem Danny'ego Bensiego i Saundera Jurriaansa, których miłośnicy kina grozy mogą kojarzyć chociażby z „Darem” Joela Edgertona, „Autopsją Jane Doe” André Øvredala, „Domkiem w górach” Severina Filaly i Veroniki Franz, „Countdown” Justina Deca, „Lokum” Dave'a Franco, „Egzorcyzmem” Joshui Johna Millera oraz „Nie mów zła” Jamesa Watkinsa – osobno wydana w marcu 2025 pod tytułem „Opus: The Moretti EP”. Niekonsekwentnie prowadzona opowieść o zachowaniach plemiennych w krajach wysoko rozwiniętych. O tragikomicznym konformizmie; ślepym podążaniu za niegenialnymi przywódcami, bezkrytycznym zapatrzeniu w rzekome gwiazd, bezrefleksyjnym dopasowywaniu się do ustalonego porządku świata, akceptowaniu absurdalnego status quo. Bo jak się nad tym zastanowić, to na szczycie drabiny społecznej mamy ludzi znanych z tego, iż są znani. Istoty rozumne, nie wiedzieć czemu, uznały, że najwyższym dobrem jest rozrywka, największy splendor należy się więc osobom, którzy dostarczają jej najwięcej. Talent nie jest wymagany, ale niektórym znacznie ułatwia wspinanie się po „drabince głupich”. IQ nie gra żadnej roli w tych zabawnych – na swój pokręcony sposób – zawodach. A przynajmniej tak odczytałam to ja, zwykła zjadaczka chleba (bez tytułów naukowych), przeświadczona, iż nie dotarła do jądra tego bałaganiarskiego scenariusza. Meritum sprawy wspólnoty podobno niereligijnej, której niekwestionowanym liderem jest szacowny reprezentant jednego z najbardziej wielbionych zawodów. Czarujący mistrz weekendowej ceremonii – specjalne pokazy w niezarejestrowanej jednostce osadniczej. Domniemanej siedzibie sekty poszukiwaczy pereł. Dla postronnego obserwatora to może być zupełnie bezsensowne, niedorzeczne zajęcie - w dodatku okupione własną krwią – ale dla ludzi nazywających siebie levelistami ma to głęboki sens. Mniej więcej taki, jak dla (niecałej?) reszty społeczeństwa gapienie się w telewizor i/lub surfowanie po internecie? Oglądanie odmóżdżających programów typu talk-show Clare Armstrong, słuchanie plotek przekazywanych przez spikerów takich jaki Bill Lotto, oglądanie nierzadko kompromitujących zdjęć trzaskanych przez ludzi pokroju Bianki Tyson, przeglądanie social mediów takich piękności jak Emily Katz i czytanie takiej „literatury”, jaką reprezentują Stan Sullivan i Ariel Ecton, niestabilna ostoja rozsądku w wariackiej rzeczywistości wykreowanej przez Marka Athony'ego Greena. Frustrująco powierzchownie odmalowanej komunie Alfreda Morettiego, niekoniecznie inicjatora tego innowacyjnego(?) projektu, ale niewątpliwie lidera szeroko uśmiechniętych mężczyzn, kobiet i dzieci zadających niedyskretne pytania. W każdym razie nasza zagubiona protagonistka będzie musiała wyspowiadać się z pielęgnacji miejsc intymnych (odwrócenie ról: dziennikarka karygodnie odpytywana przez jednostkę, z którą chciała przeprowadzić wywiad). I wziąć kęs z mokrych resztek pieczywa – nieapetyczne otwarcie wystawnej wieczerzy. UWAGA SPOILER W gruncie rzeczy nieśmiała przygrywka do makabrycznego przeboju o kobiecie „pęczniejącej z dumy” („sikające oko”). Inny „uroczy” moment zalicza Juliette Lewis, bezpardonowo ciągnięta za włosy, aż do rozdarcia skóry – niepełne skalpowanie, najwidoczniej wygenerowane komputerowo KONIEC SPOILERA. Ariel będzie też musiała znosić (albo i nie...) towarzystwo niejakiej Belle (ślicznie złowrogi występ Amber Midthunder, m.in. „14 Cameras” Setha Fullera i Scotta Hussiona), praktycznie ciągłą obecność „niemowy” z zaciętym wyrazem twarzy. Jako taką prywatnością Ariel i pozostali goście Morettiego mogą cieszyć się jedynie w przydzielonych im kwaterach. Całkiem przytulnych, jeżeli nie liczyć ukrytych kamer, jednoosobowych mieszkankach zaopatrzonych w jedyną słuszną muzę. W pamięci utkwiły mi jeszcze: surrealistyczny, kompletnie odjechany występ (teledysk na żywo) powracającego króla popu końca dwudziestego stulecia naszej ery (korespondujący z aluzyjnym prologiem i jednocześnie czołówką filmu) oraz teatrzyk wystawionych przez małoletnich członków wspólnoty, w tym ulubienicę Ariel, kruszącą najtwardsze serca małą Maude (cudna Aspen Martinez). Epilog według mnie zbędny - podobnie jak jakieś siedemdziesiąt procent dialogów...

Luźna wizja początkującego (w pełnym metrażu) filmowca, który chciał stworzyć coś, co byłoby stawiane w jednym rzędzie z takimi dziełami, jak „Zodiak” Davida Finchera, „Spotlight” Toma McCarthy'ego i „Wolny strzelec” Dana Gilroya. Ściślej rzecz biorąc, pragnął powołać do życia postać, która z otwartymi ramionami zostałaby przyjęta do jego panteonu filmowych dziennikarzy i kronikarzy. Nie mnie oceniać, czy Ariel Ecton zasługuje na to wyróżnienie, główny twórca „Opus” Mark Anthony Green wydaje się jednak pewien sukcesu przynajmniej na tym jednym polu. Tak czy owak, jego satyra na show biznes niespecjalnie do mnie przemówiła. Ot, znośny thriller z dziurawym, niedopracowanym drugim dnem. Wbrew pozorom nie dla fanów „Midsommar. W biały dzień” Ariego Astera” i „Menu” Marka Myloda... A może jednak?

Idź do oryginalnego materiału