OPOWIADANIA • Trzysetka, cz.2/3

osme-pietro.pl 6 godzin temu
(cd. fragmentu wspomnień z nowo pisanej książki)

cd.
W Nieszawie kursował prom przez Wisłę. Pogoda troszkę się popsuła, zaciągnęły chmury i przed Ciechocinkiem spadł mały deszczyk, ale bardziej był orzeźwiający niż dokuczliwy. Po dojechaniu do promu niebo znowu się rozchmurzyło. Na przystani choćby długo nie czekaliśmy na niego. „Kiedy to ostatni raz przeprawiałem się promem? Chyba na Wyspę Sobieszewską” – próbowałem sobie przypomnieć z przeszłości.

Po zejściu na prawy, wschodni brzeg Wisły, skończyliśmy „zjazd w dół globusa” i mogliśmy obrać kierunek powrotny, w stronę Bieguna Północnego. Na szczęście aż tak daleko nie planowaliśmy jechać. Wycieczka przez cały czas była bardzo przyjemna, zwłaszcza iż Bartek potwierdził pozostałym trzem harpaganom, iż jedyny dłuższy podjazd będą mieli tylko pod zamek w Golubiu-Dobrzyniu.

To ich podbudowało na duchu, do tego nikt nie narzekał na zmęczenie. Kilometry nawijały się pod koła, pogoda piękna, rozmowy skracały nam czas jazdy. Niedaleko już było do odbicia w bok, w stronę Torunia, dla naszej dwójki „odprowadzającej”, kiedy zobaczyliśmy przed sobą dość długi podjazd. Na szczęście nie wyglądał groźnie. Po dwustu-trzystu metrach dojechaliśmy do szczytu wzniesienia, tylko lekko zdyszani.

Szczyt nie okazał się najwyższym wzniesieniem, tylko zakrętem, za którym był dalszy ciąg podjazdu. Sacrebleu! Nikt nie lubi takich niespodzianek, zwłaszcza iż nie miało być „żadnych wzniesień aż do Golubia-Dobrzynia”, a liczniki wskazywały już przejechane dwieście kilometrów.

– Bartek, kurde, to jest płaskie? – Trochę zdyszany, ale przede wszystkim lekko przybity widokiem dalszego podjazdu, podpedałowałem do naszego kierownika wyprawy. – A może jesteśmy już pod zamkiem w Golubiu, co?

– Cholera, nie miało tego być – odparł, wyraźnie zaskoczony. – Kiedy planowałem trasę, pisałem do Wiśniaka, bo już kiedyś tędy jechał. Nic nie napisał o tym, iż przed Golubiem będzie jeszcze podjazd.

– No i tak to z planowaniem – podsumowałem i skończyliśmy rozmowę. Dalszy ciąg był nieefektywny; musieliśmy wytężyć siły na podjeżdżanie…

Prawie ostatkiem sił dojechałem, jako trzeci, do szczytu i za wierzchołkiem wzniesienia zobaczyłem stojącą, odpoczywającą dwójkę poprzedników. Ja też, z wrażenia, zatrzymałem się, głęboko oddychając. Poczekaliśmy na pozostałą trójkę, która również z wielką ulgą zatrzymała się na odpoczynek. Ta euforia z dojechania gwałtownie im się zmieniła w bardzo niemiłe zaskoczenie, podobnie jak chwilkę wcześniej przeżyła to pierwsza dwójka a następnie ja. Widok, który ujrzeliśmy za zakrętem, wprawił nas w szok a co najmniej w silny wstrząs psychiczny – to przez cały czas nie był koniec wspinaczki, tylko drugi zakręt, który wcześniej skrywał przed naszymi oczami dalszy ciąg podjazdu. To nie było choćby najgorsze – aby już nas całkowicie dobić psychicznie i odebrać nadzieję na wyczekiwany odpoczynek „w czasie jazdy wreszcie po płaskim”, był on dużo dłuższy niż w sumie dwa poprzednie.

Sacrebleu!! Wciurności! A niech to! To jest ten zapowiedziany przez Bartka płaski odcinek trasy aż do Golubia?!

Jednak gderanie ani pretensje do organizatora – kierownika spokojnej wycieczki nic by nie zmieniły w naszej sytuacji. Nie było odwrotu, tylko nacierać, znaczy znowu podjeżdżać. Po krótkiej chwili odpoczynku ruszyliśmy ponownie w górę. Teraz już zmęczenie i tężejące od nadmiernego wysiłku mięśnie łydek gwałtownie zaczęły dawać się we znaki; odgłosy ciężkich oddechów współtowarzyszy niedoli przebijały się przez własne rzężenie. Podjeżdżanie z każdym naciśnięciem na pedały stawało się wolniejsze, jakby operator w kinie spowalniał przesuw taśmy filmowej a nasze charczenie przechodziło również w przeciągły odgłos buczenia. Jeszcze jedno naciśnięcie, jeeszczee raaz… „O maatkoo, czy ta góóraa się nie skoończyy?! Ile jeszcze, nie wyrobięę, chyba stanęę… niee, jeszcze trochę… nie wytrzyymaamm…”.

Wytrzymałem, dojechałem, a adekwatnie doczołgałem się na samą górę. „Szczyt czy kolejny zakręt? Byle nie to drugie!” – ta myśl kołatała się pewnie w głowach każdego z nas. „Jeśli znowu, to per pedes, nie jadę, będę podchodził!” – podjąłem dramatyczną dla cyklisty decyzję.

Matka Natura okazała się jednak wreszcie łaskawa i to był naprawdę już szczyt wzniesienia, a nie kolejny zakręt. Ze wszystkich ust wyrwał się słyszalny oddech wyraźnej ulgi; brakowało tylko chóralnego okrzyku „hurra!”. Koniec! „Ale niespodziewana niespodzianka – przemknęło mi przez głowę, kiedy tylko unormował mi się trochę oddech. – Dużo cięższy podjazd niż pod Starogród lub zaporę w Wiśle Malince. A może nie. Tu mamy przecież już dwieście kilosów w nogach, to może zniekształcać”.

cdn.

Statystyki: autor: Hardy — 30 sty 2026, 10:39


Idź do oryginalnego materiału