(...)
Na końcu gimnazjum uczniowie pisali sprawdziany, a w szkołach średnich egzaminy maturalne. Obowiązującą zasadą było, aby w każdej, trzyosobowej komisji egzaminacyjnej jeden z jej członków był nauczycielem z innej szkoły, nieuczący danego przedmiotu. Placówki oświatowe wymieniały się więc własnymi pracownikami na zasadzie „ja dam nauczycieli tobie, ty dasz mnie”.
U nas mieliśmy wieczorowe, publiczne liceum dla dorosłych, przeznaczone głównie dla własnych absolwentów gimnazjum. Część uczniów przystępowała do matury. Wymienną współpracę przy egzaminach dojrzałości nawiązaliśmy z prywatnym liceum wieczorowym.
Zostałem wyznaczony do komisji maturalnej z pisemnego języka angielskiego w tamtej szkole, jako „wzorcowy przedstawiciel”, gdyż nie znałem tej mowy. czasu w pisanie abiturienci mieli pełne dwie godziny zegarowe. Po rozdaniu arkuszy egzaminacyjnych miało nastąpić sto dwadzieścia minut pełnej ciszy na sali, a dla członków komisji… rozciągający się niemiłosiernie czas nudy, przerywany ukradkowym zerkaniem na zegarek. „Ile jeszcze zostało”? Kto był w takiej komisji, ten wie…
Na szczęście nie zostałem wyznaczony do komisji na języku polskim, z którego egzamin trwał aż cztery godziny. Tak iż pocieszającym był fakt, iż „szklanka jednak jest w połowie pełna”. Mimo tego po pierwszej półgodzinie ledwie opanowywałem narastające ziewanie. W nocy normalnie spałem, ale ta bezczynność... Jedynym pocieszeniem było, iż nie dolegał mi zespół nadpobudliwości psychoruchowej ADHD.
W pewnym momencie jeden z abiturientów podniósł do góry rękę. Spojrzałem na zegarek. Ledwie godzina. Już napisał? Może chodzi o co innego? Podszedłem do ucznia:
– Co się stało? – zagadnąłem cicho. – Chcesz do toalety?
– Niee. Już napisałem – odszepnął i podał mi arkusz egzaminacyjny.
„No proszę, choćby w szkole wieczorowej dla dorosłych znajdują się zdolniachy” – pomyślałem z uznaniem. Odebrałem papier, a uczeń wyszedł z sali.
Czas przez cały czas rozciągał się jak bardzo elastyczna guma. Aby czymś się zająć, odruchowo wziąłem ze stołu odebrany arkusz egzaminacyjny i zacząłem go przeglądać. Przeglądać, a nie czytać, gdyż podobny efekt osiągnąłbym przy patrzeniu na hieroglify albo chińskie pismo.
Pierwsze kartki arkusza wypełnione były pytaniami i ramkami na krótkie odpowiedzi. Ostatnie dwie strony zawierały puste miejsce do wypełnienia i wreszcie mogłem oprzeć wzrok na mnie znajomym języku, gdyż pytanie sformułowano po polsku. Abiturient miał opisać jakieś zdarzenie w angielskim zapisie. Zostałem olśniony – opowiadanie, które napisał uczeń na tych dwóch stronach, było dla mnie całkowicie zrozumiałe, bez najmniejszych wahań „co piszący chciał przekazać”. Czyżbym we śnie minionej nocy wchłonął znajomość języka angielskiego na poziomie tłumacza przysięgłego?! I kto przysłużył mi się taką bardzo miłą niespodzianką?!
Zaskoczenie nie trwało choćby pięciu sekund. Z chwilowej stratosferycznej wysokości szczęścia, z tak niespodziewanego nabycia przydatnej umiejętności lingwistycznej, spadłem z hukiem na poziom sali egzaminacyjnej. Hałas był donośny, ale odbył się wyłącznie w mojej głowie; poza własnym jestestwem na zewnątrz przez cały czas panowała absolutna cisza.
…Cały tekst abiturient napisał w języku polskim, a nad kilkunastoma wyrazami nadpisał słowa po angielsku. Widocznie te, które znał…
* * *
Po kilku latach to prywatne liceum wieczorowe zostało rozwiązane przez władze oświatowe. W czasie przeprowadzonej kontroli okazało się, iż „wieczorowymi uczniami”, którzy powinni uczęszczać na zajęcia przynajmniej trzy razy w tygodniu, byli dorośli mieszkańcy Rybnika. Wszyscy, co do jednego. Wystarczyło rzucić okiem na mapę Polski – odległość drogowa między naszymi miastami wynosiła prawie 500 kilometrów. W dokumentach szkolnych, w dziennikach lekcyjnych i zapisanych zrealizowanych tematach, w odnotowaniu obecności uczniów i ich ocenach – wszystko było w porządku. Tylko ta odległość zwróciła uwagę członków kontroli przysłanych z nadrzędnych władz oświatowych. Trochę dziwnie się przyczepili tylko do tej odległości… adekwatnie nie powinni, gdyż nie była ona wymieniana w kontrolnych zagadnieniach do sprawdzenia i oceny funkcjonowania szkoły. A jednak podległą placówkę oświatową rozwiązali, pozbawiając wielu dorosłych Polaków możliwości zdobycia potrzebnego w ich pracy wykształcenia.
Czyżby członkowie komisji nie uważali na lekcjach historii ze starożytności w swoich własnych, uczniowskich czasach, na których powinni usłyszeć, iż już rzymski cesarz Wespazjan stwierdził „pecunia non olet”? Chodziło mu o opodatkowanie publicznych latryn, a teraz była mowa o współczesnym liceum. Prywatnym, więc też „opodatkowanym” dla uczniów. Ich własne pieniądze na opłacenie nauki też przecież nie śmierdziały…
* * *
Kilka lat wcześniej, w połowie ostatniego dziesięciolecia XX wieku, w lokalnej prasie rozpisywano się o zamknięciu filii politechniki szczecińskiej we Włocławku. Zaoczni studenci też opłacali czesne za naukę. Odległość nie przeszkadzała, gdyż wszyscy byli mieszkańcami Włocławka i okolic, do tego zajęcia mieli tylko co dwa tygodnie. Niestety, komisji kontrolującej wpadły w oczy świadectwa końcowe ze szkół średnich tych studentów. Nie było w nich żadnego szachrajstwa, wszyscy ukończyli te szkoły, ale część nie miała matury. Znowu drobny szczegół. Komisji podpadły też obowiązkowe zajęcia, które tylko na rozpoczęcie prowadzili wykładowcy z tytułami doktora i wyższymi, a później większość zajęć magistrowie. Ale za to zaliczenia i egzaminy końcowe były podpisane przez utytułowanych naukowców, więc adekwatnie wszystko było w porządku. Znowu nadrzędne władze oświatowe przeszkodziły w dalszym zdobywaniu wiedzy przez grono chętnych Polaków… a przecież "pieniądze nie śmierdzą".
Statystyki: autor: Hardy — 13 maja 2026, 11:41


