Sześcioodcinkowy serial "Ołowiane dzieci" opowiada historię młodej lekarki, która dostrzega, iż dzieci z robotniczej dzielnicy Katowic masowo chorują na tajemniczą, groźną chorobę. Gdy próbuje dociec przyczyn i ratować swoich najmłodszych pacjentów, gwałtownie zderza się z opresyjnym aparatem państwowym. Władza nie jest zainteresowana prawdą – ważniejsza okazuje się huta, normy produkcyjne i polityczny spokój.
W głównej roli występuje Joanna Kulig, a partnerują jej m.in. Kinga Preis, Agata Kulesza, Michał Żurawski, Marian Dziędziel i Zbigniew Zamachowski. Za kamerą stanął Maciej Pieprzyca ("Chce się żyć", "Jestem mordercą"), a scenariusz napisał Jakub Korolczuk ("Niebo. Rok w piekle", "Kruk").
"Ołowiane dzieci" nie są fikcją. To serialowa reinterpretacja dramatu, który rozegrał się w katowickich Szopienicach w latach 70. XX wieku – jednego z największych skandali zdrowotnych w historii powojennej Polski.
"Ołowiane dzieci" to prawdziwa historia. Serial Netfliksa przypomina zapomniany dramat z lat 70.
Szopienice przez dekady były symbolem przemysłowej potęgi Górnego Śląska. Od XIX wieku działała tu Huta Metali Nieżelaznych "Szopienice", wcześniej znana jako huta cynku "Wilhelmina". Produkowano cynk, ołów i kadm, a zakład należał do największych tego typu w Europie. Po wojnie huta stała się ważnym elementem propagandowej narracji PRL – dowodem na rozwój, postęp i industrialny sukces regionu.
Problem polegał na tym, iż ten sukces miał swoją cenę. I to ogromną. W latach 60. i 70. huta emitowała do atmosfery gigantyczne ilości pyłów zawierających ołów. Filtry bywały wyłączane nocą, by zwiększyć wydajność produkcji. Pył opadał na domy, podwórka, glebę i wodę. Dzieci bawiły się na skażonych klepiskach, wkładały brudne ręce do ust, oddychały powietrzem, w którym unosił się toksyczny metal.
Jak wspominał po latach reżyser Kazimierz Kutz, kolor dymu unoszącego się nad dzielnicą zdradzał, co właśnie wytapiano: biały oznaczał ołów, niebieski cynk, a nad domami potrafiły wisieć fioletowe chmury, po których liście spadały z drzew jeszcze w środku lata. Ten obraz – przywoływany przez portal historia.org.pl – dziś brzmi jak literacka metafora, ale dla mieszkańców Szopienic był codziennością.
Na początku lat 70. zaczęło dziać się coś niepokojącego. Dzieci masowo trafiały do przychodni z podobnymi objawami: bólami brzucha, anemią, osłabieniem, problemami neurologicznymi i trudnościami w nauce. W szkołach brakowało uczniów – całe klasy trzeba było łączyć, bo dzieci "zniknęły".
Tajemnicza choroba dzieci z Szopienic i dr Jolanta Wadowska-Król walcząca z systemem
Oficjalnie nikt nie zadawał pytań, jednak jedna osoba zaczęła je zadawać. Była nią dr Jolanta Wadowska-Król, pediatra pracująca w rejonowej poradni w Szopienicach. To ona jako pierwsza połączyła objawy swoich pacjentów w przerażającą diagnozę: ołowicę, czyli zatrucie organizmu ołowiem. Chorobę, którą wcześniej kojarzono niemal wyłącznie z pracownikami przemysłu ciężkiego, a nie z dziećmi.
Jolanta Wadowska-Król nie była rewolucjonistką ani aktywistką. Była lekarką. I właśnie to okazało się najbardziej niebezpieczne dla systemu. Zaczęła prowadzić badania, dokumentować przypadki, zbierać kartoteki w swoim mieszkaniu. Przebadała ponad 4,5 tysiąca dzieci z Szopienic, Burowca i Dąbrówki Małej. Wyniki były porażające – stężenia ołowiu we krwi wielokrotnie przekraczały normy.
Dzieci miały trwałe uszkodzenia układu nerwowego. Chodziły charakterystycznie, "człapiąc jak bociany". Miały problemy z koncentracją, rozwojem intelektualnym i zdrowiem, których nie dało się już cofnąć. Wspierana przez prof. Bożenę Hager-Małecką, wojewódzką konsultantkę ds. pediatrii, Wadowska-Król próbowała nagłośnić problem. I wtedy zaczęły się naciski.
Władze PRL-u robiły wszystko, by sprawę wyciszyć. Publikacja wyników badań była blokowana, a rozprawa doktorska lekarki – mimo pozytywnych ocen – nigdy nie została dopuszczona do obrony. Wszystkie egzemplarze pracy… zaginęły. Zamiast nagród były rozmowy ostrzegawcze, presja i groźby.
Mimo to dr Jolanta Wadowska-Król nie przestała działać. Organizowała leczenie sanatoryjne dzieci, walczyła o przesiedlenia rodzin z najbardziej skażonych terenów. Dzięki jej determinacji tysiące dzieci trafiły do sanatoriów w Rabce i Istebnej, a część domów w pobliżu huty została wyburzona.
Mieszkańcy nazwali ją "Matką Boską Szopienicką", a polska pisarka Marta Fox ukuła choćby później określenie "śląska Erin Brockovich" – nawiązując do bohaterki głośnego filmu Stevena Soderbergha z 2000 roku, opartego na prawdziwej historii kobiety, która samotnie doprowadziła do ujawnienia jednej z największych afer ekologicznych w Stanach Zjednoczonych. Sama Wadowska-Król do końca pozostawała po prostu "dochtorką".
Wiele dzieci chorych na ołowicę nie dożyło pięćdziesiątki
W sanatoriach i szpitalach dzieci z Szopienic nazywano "ołowikami" i "ołowiankami" – określeniami, które miały porządkować dokumentację medyczną, a w rzeczywistości naznaczały je na całe życie. Dla wielu historia nie skończyła się wraz z opuszczeniem skażonych domów.
Ołów – w przeciwieństwie do wielu innych toksyn – nie znika z organizmu. Kumuluje się w kościach, wpływa na mózg, niszczy układ nerwowy. Ołowica powodowała trwałe opóźnienia rozwoju, upośledzenie intelektualne, zaburzenia mowy i pamięci, a u części dzieci prowadziła do agresji, depresji i problemów psychicznych.
Zatrucie osłabiało odporność, uszkadzało nerki i wątrobę, zwiększało ryzyko chorób serca, a u dorosłych kobiet – powikłań ciążowych. U niektórych skutki zatrucia ołowiem ujawniały się dopiero po latach: problemy z koncentracją, przewlekłe choroby, zaburzenia neurologiczne, przedwczesne zgony. Wielu dawnych pacjentów Jolanty Wadowskiej-Król nie dożyło pięćdziesiątki.
Co istotne, działania władz – choć ostatecznie podjęte – nie wynikały z realnej troski o zdrowie mieszkańców, ale z konieczności opanowania kryzysu, który stał się zbyt widoczny, by dało się go dalej ukrywać. Wyburzenia domów, przesiedlenia i leczenie były reakcją spóźnioną. Wielu szkód nie dało się już cofnąć.
Jak przypomina portal historia.org.pl, już we wrześniu 1974 roku ściśle tajny raport dotyczący skażenia Szopienic trafił na biurko Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach, w którym uczestniczył m.in. Edward Gierek. Dokument potwierdzał zagrożenie zdrowia dzieci, ale nie miał prawa zaistnieć w przestrzeni publicznej.
Historia "ołowianych dzieci" obnaża jeden z kluczowych mechanizmów funkcjonowania państwa autorytarnego: milczenie jako formę przemocy. PRL-owska władze nie musiała oficjalnie zaprzeczać istnieniu epidemii. Wystarczyło, iż blokowała publikacje, opóźniała decyzje i rozpraszała odpowiedzialność. Wiedza istniała, ale krążyła wyłącznie w zamkniętym obiegu partyjnym i urzędniczym – i to prze lata.
"Ołowiane dzieci" Netfliksa to nie jedyna taka historia
Przez lata dramat "ołowianych dzieci" funkcjonował głównie w lokalnej pamięci. Dopiero w ostatnich latach zaczęto mówić o nim głośniej. W 2013 roku powstały aż dwa reportaże dziennikarskie – "Matka Boska szopienicka" Małgorzaty Król i Karoliny Skibińskiej oraz "Ołowiane dzieci człapią jak bociany" Anny Malinowskiej w "Gazecie Wyborczej". Polska praktycznie dopiero wtedy dowiedziała się o dokonaniach Jolanty Wadowskiej-Król.
Kluczową rolę odegrała również książka Michała Jędryki "Ołowiane dzieci. Zapomniana epidemia" z 2020 roku, a niedawno powstał podcast Polskiego Radia o tym samym tytule, prowadzony przez Annę Kowalczyk.
Symbolicznym momentem było również przyznanie Jolancie Wadowskiej-Król tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Śląskiego w 2021 roku oraz Honorowego Obywatela Katowic cztery lata wcześniej – dekady po tym, gdy próbowano wymazać jej pracę z oficjalnej historii.
Serial Macieja Pieprzycy wpisuje się w szerszy proces przywracania pamięci. To opowieść nie tylko o zatruciu środowiska, ale także o samotnej walce z systemem, o granicach odpowiedzialności państwa i o cenie, jaką niemal zawsze płacą najsłabsi.
"Ołowiane dzieci" Netfliksa pojawiają się również w momencie, gdy coraz częściej mówimy o odpowiedzialności państwa za zdrowie obywateli, o katastrofach ekologicznych i o konflikcie między interesem gospodarczym a życiem ludzi. Na platformie można oglądać również brytyjski serial "Toksyczne miasto" Jacka Thorne'a ("Dojrzewanie"), oparty na prawdziwej sprawie składowania toksycznych odpadów w angielskim Corby – zaniedbaniach władz i wykonawców, które doprowadziły do skażenia środowiska i narodzin dzieci z ciężkimi wadami wrodzonymi.
Historia z Szopienic pokazuje, iż te mechanizmy działają od dekad – zanim trafiły na ekrany i zanim zaczęliśmy mówić o nich głośno. Zmieniają się miejsca, epoki i władze, ale rachunek niemal zawsze wystawiany jest zwyczajnym ludziom.















