W „Ołowianych dzieciach” Jolanta Wadowska-Król walczy nie tylko z ołowicą i partyjnym aparatem, a również mieszkańcami Szopienic, którzy jej pomocy wcale nie chcą. Jak było naprawdę?
„Ołowiane dzieci” układają losy lekarki Jolanty Wadowskiej-Król (Joanna Kulig) w prawdziwą drogę przez mękę. Obok ołowicy – na którą zapada choćby ona sama – „doktórka” mierzy się z komunistyczną władzą i Ślązkami, którzy nieufnie podchodzą do jej badań. W rzeczywistości wyglądało to inaczej.
Ołowiane dzieci – jak rodzice reagowali na lekarkę?
Jak w przypadku wielu innych kwestii w serialu „Ołowiane dzieci”, podejście rodziców do działań nowo przybyłej do Szopienic lekarki to owoc artystycznej wizji – i nie ma wiele wspólnego z tym, jak to wyglądało naprawdę. W istocie, sama Wadowska-Król nie była outsiderką, bo pracowała w przychodni na długo przed zdemaskowaniem epidemii – i wcale nie nie została przeniesiona do innej placówki po przejściu kluczowej fazy leczenia zatrutych dzieci.
— W serialu mieszkańcy Szopienic rzucają kamieniami, popychają i wyzywają Doktórkę, kiedy ta próbuje badać dzieci. Okazują jej otwartą niechęć. To również fikcja stworzona na podstawy serialu. Doktor Jolanta Wadowska-Król w rozmowach ze mną wspominała, iż wszyscy, absolutnie wszyscy rodzice zgłosili się z dziećmi na badania, traktowali ją z ogromnym szacunkiem i zaufaniem. Wierzyli w to, iż skoro Doktórka mówi, iż należy badać i leczyć dzieci, to tak po prostu jest. Stosowali się do jej zaleceń, stawiali się w wyznaczonych terminach na badania i wizyty, stali za nią murem.
A Doktórka nie była „nowa”, spoza Śląska. Kiedy zaczęła swoje badania, pracowała już od lat w tej przychodni. Mało tego, została w niej do emerytury! Wadowska-Król była dla ludzi z Szopienic bardzo ważna, była po prostu Ich Doktórką, a nie wywyższającą się intelektualistką z zewnątrz – wyjaśnia tę kwestię Magdalena Majcher, autorka książki o śląskiej lekarce.
Również reakcja władzy na działania Wadowskiej-Król wyglądała inaczej. Wyjaśnialiśmy już, iż lekarka nie została nigdy aresztowana, ale zerknijcie, jak rysowały się okoliczności związane z zapowiadaną w serialu wizytą Breżniewa.
— W rzeczywistości Wadowska-Król rozpoczęła badania na początku września 1974 roku. W serialu jest to czerwiec, ponieważ wówczas Górny Śląsk odwiedził Breżniew. Myślę, iż zmiana była celowa, aby podkręcić temat w związku z planowaną wizytą radzieckiego polityka. Wiadomo, przygotowują się do odwiedzin wielkiego towarzysza Breżniewa, a tu jakaś Doktórka zaczyna mieszać.
W serialu jest taka scena, która dowodzi, iż władze wcześniej wiedziały o problemie i z premedytacją wysyłały dzieci do różnych szpitali, aby nikt się nie zorientował. Nic takiego nie miało miejsca. Z opowieści doktor Wadowskiej-Król jasno wynikało, iż zanim wykryła skalę zachorowań na ołowicę wśród dzieci z Szopienic, ołowica była uważana za chorobę wyłącznie zawodową i nikt nie łączył problemów zdrowotnych dzieciaków z sąsiedztwem huty.
Warto dodać, iż rozbieżność z prawdziwą historią zwróciła uwagę nie tylko ekspertów, a również osób z osobistym zaangażowaniem w przebieg śląskiej epidemii. W mediach społecznościowych głos zabrał wnuk jednej z ważnych postaci.
Mimo kontrowersji (a może dzięki nim?) serial okazał się ogromnym hitem Netfliksa – wiemy już, jak wypadł w porównaniu do „Heweliusza”.
A jak rzeczywiste inspiracje wpisują się w ogólne wrażenia z nowego serialu Netfliksa? Opinię Serialowej odnajdziecie w tym miejscu: Ołowiane dzieci – recenzja serialu.
















