– Okłamałaś mnie! – wykrzyczał Piotr, stojąc pośrodku salonu, czerwony ze złości. – W jakim sensie okłamałam? – Wiedziałaś! Wiedziałaś, iż nie możesz mieć dzieci, a i tak za mnie wyszłaś! – Będziesz najpiękniejszą panną młodą – mama poprawiła welon, a Antonina uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze. Biała suknia, koronki na rękawach, Piotr w eleganckim garniturze. Wszystko tak, jak marzyła od piętnastego roku życia: wielka miłość, ślub, dzieci. Wiele dzieci. Piotr chciał syna, ona córkę, więc ustalili kompromis – trójkę, żeby nikt nie czuł się pokrzywdzony. – Za rok to już będę niańczyć wnuki – powtarzała mama przez łzy. Antonina wierzyła w każde słowo. Pierwsze miesiące małżeństwa upłynęły w szczęśliwej mgle. Piotr wracał z pracy, ona witała go kolacją, zasypiali przytuleni, a każdego ranka Antonina sprawdzała kalendarz z nadzieją. Opóźnienie? Nie, znów nic. Jeszcze jeden miesiąc. Jeszcze. I jeszcze. Zimą Piotr przestał pytać z nadzieją w głosie „i co?”. Teraz tylko patrzył, gdy Antonina wychodziła z łazienki. – Może powinniśmy pójść do lekarza? – zaproponowała w lutym, niemal po roku. – Już dawno trzeba było – odburknął Piotr, nie odrywając oczu od telefonu. Klinika pachniała wybielaczem i beznadzieją. Antonina siedziała w kolejce z kobietami o zgaszonych oczach, przeglądała kolorowy magazyn o szczęśliwym macierzyństwie. Myślała, iż to na pewno pomyłka. Przecież z nią wszystko w porządku. Po prostu się nie udało – na razie. Badania. USG. Kolejne analizy. Nazwy zabiegów zlewały się w jeden bezkresny strumień chłodnych kozetek i obojętnych twarzy pielęgniarek. – Szanse na naturalne poczęcie to około pięciu procent – powiedziała lekarz, patrząc w kartę. Antonina kiwała głową, robiła notatki i zadawała pytania. Ale w środku wszystko zamarzło. Leczenie zaczęło się w marcu. Razem z nim przyszły zmiany. – Znowu płaczesz? – Piotr stał w drzwiach sypialni, w jego głosie było więcej irytacji niż współczucia. – To hormony. – Trzeci miesiąc? Może wystarczy już udawania? Mam dość! Antonina chciała wytłumaczyć, iż terapia tak właśnie działa, trzeba czasu, lekarze obiecywali efekt dopiero za pół roku, może rok. Ale Piotr już wyszedł, trzaskając drzwiami. Pierwsza próba in vitro została wyznaczona na jesień. Dwa tygodnie Antonina niemal nie wstawała z łóżka, bojąc się wystraszyć cud. – Negatywny wynik – powiedziała lakonicznie pielęgniarka przez telefon. Antonina osunęła się na podłogę i siedziała tak do wieczora, aż wrócił Piotr. – Ile już na to wydaliśmy? – zapytał zamiast „jak się czujesz?”. – Nie liczyłam. – A ja tak. Prawie milion. I co z tego? Nie odpowiedziała. Bo nie było odpowiedzi… Druga próba. Piotr wracał po północy, pachniało od niego obcymi perfumami, ale Antonina nie pytała. Już nie chciała wiedzieć. Znowu nieudana. – Może już dość? – Piotr kręcił w dłoniach pusty kubek przy stole. – Ile można? – Lekarze mówią, iż trzecia próba często się udaje. – Lekarze mówią to, za co im płacą! Trzecią próbę przeszła niemal samotnie. Piotr „zostawał po godzinach” każdego wieczoru. Koleżanki przestały dzwonić – były zmęczone pocieszaniem. Mama płakała w słuchawce i lamentowała, iż taka młoda, ładna – dlaczego ją to spotkało. Gdy pielęgniarka po raz trzeci powiedziała: „niestety”, Antonina już nie płakała. Łzy skończyły się gdzieś między drugim cyklem leczenia a kolejną awanturą o pieniądze. – Okłamałaś mnie! Piotr stał pośrodku salonu, czerwony ze wściekłości. – Co masz na myśli? – Wiedziałaś! Wiedziałaś, iż jesteś bezpłodna, a i tak za mnie wyszłaś! – Nie wiedziałam! Diagnozę usłyszeliśmy rok po ślubie, sam byłeś u lekarza… – Nie kłam! – ruszył na nią, Antonina odruchowo się cofnęła. – Specjalnie to zaplanowałaś! Znalazłaś frajera, który się z tobą ożeni, a potem – niespodzianka! Dzieci nie będzie! – Piotrusiu, proszę… – Dosyć! – Chwycił wazon ze stołu i rzucił w ścianę. – Zasługuję na normalną rodzinę! Z dziećmi! A nie to wszystko! Wskazał ją palcem, jakby była czymś obrzydliwym, błędem natury. Awantury stały się codziennością. Piotr wracał rozzłoszczony, milczał wieczorami, potem wybuchał z byle powodu: pilot leżał nie tu, przesolona zupa, za głośno oddychasz. – Rozwiedziemy się – oznajmił pewnego ranka. – Co? Nie! Piotrze, możemy przecież adoptować dziecko, czytałam… – Nie chcę cudzego dziecka! Chcę swoje! I żonę, która je urodzi! – Daj mi jeszcze jedną szansę! Proszę. Kocham cię. – A ja już nie. Powiedział to spokojnie, patrząc jej prosto w oczy. I to bolało bardziej niż wszystkie wcześniejsze wrzaski razem. – Pakuję się – oznajmił w piątek wieczorem. Antonina siedziała na kanapie, owinięta kocem, patrzyła jak wrzuca koszule do walizki. Ale nie potrafił pakować się w milczeniu. – Odchodzę, bo jesteś „pustakiem”. Do końca wbijał jej nóż w serce. – Znajdę sobie normalną kobietę. Antonina milczała… Drzwi się zamknęły. W mieszkaniu zapadła cisza. Dopiero wtedy zapłakała – pierwszy raz od miesięcy, naprawdę, wyła do ochrypnięcia. Pierwsze tygodnie po rozwodzie zlały się w jedną szarą plamę. Wstawała, piła herbatę, kładła się. Czasem nie jadła, czasem nie pamiętała, jaki to dzień. Przychodziły przyjaciółki, przynosiły jedzenie, sprzątały mieszkanie, próbowały rozmawiać – zgadzała się ze wszystkim, a potem znów zawinięta w koc, gapiła się w sufit. Ale czas mijał. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Pewnego ranka Antonina obudziła się z myślą: dość. Wstała, wzięła prysznic, wyrzuciła wszystkie leki z lodówki, zapisała się na siłownię. W pracy poprosiła o nowy projekt – wymagający, na trzy miesiące. W weekendy zaczęła jeździć na wycieczki: Kraków, Toruń, Bieszczady. Życie się nie skończyło. Dawida poznała w księgarni, oboje sięgnęli po ostatni egzemplarz nowej książki Remigiusza Mroza. – Proszę, pani pierwsza – uśmiechnął się, ustępując. – A jeżeli oddam panu, zaprosi mnie pan na kawę? – wypaliła zaskoczona sama sobą. On się zaśmiał – zrobiło jej się wtedy ciepło przy sercu. Przy kawie opowiadał o Zosi – siedmioletniej córce, którą samotnie wychowywał od pięciu lat, odkąd zabrakło jej mamy. O tym, jak ciężko było przez pierwsze miesiące, jak Zosia wołała mamę po nocach, o lekcjach zaplatania warkoczy z YouTube. – Jesteś świetnym tatą – powiedziała Antonina. – Staram się. Nie chciała go okłamywać. Na trzeciej randce, gdy zrozumieli, iż to coś poważnego – nie tylko przelotna znajomość – powiedziała wszystko. – Nie mogę mieć dzieci. Oficjalna diagnoza, trzy nieudane in vitro, mąż odszedł. o ile to dla ciebie ważne, lepiej wiedzieć teraz. Dawid długo milczał. – Mam Zosię – powiedział w końcu. – Potrzebuję ciebie, choćby jeżeli nie będziemy mieć wspólnych dzieci. – Ale… – Dasz radę – przerwał jej niespodziewanie. – Co masz na myśli? – Być mamą. Dasz radę, jeżeli tylko będziesz chciała. Mojej mamie też stawiano taką diagnozę. I co? Siedzę tu przed tobą. Czasem zdarzają się cuda. Zosia zaakceptowała ją zaskakująco szybko. Na pierwszym spotkaniu patrzyła spode łba, odpowiadała zdawkowo, ale gdy Antonina zapytała o ulubioną książkę, rozgadała się o „Harrym Potterze”. Na drugim spotkaniu sama wzięła ją za rękę. Na trzecim poprosiła o zaplecenie „takich warkoczy jak Elsa”. – Podobasz jej się – stwierdził Dawid. – Jeszcze nikogo tak gwałtownie nie polubiła. Dwa lata minęły nie wiadomo kiedy. Antonina wprowadziła się do Dawida, nauczyła się smażyć naleśniki w soboty, znała każdą serię „Psi Patrol” na pamięć i znów odnalazła w sobie siłę, by kochać – prawdziwie, bez lęku i podejrzliwości. W sylwestrową noc, gdy zegar wybił północ, w myślach wypowiedziała życzenie. Usta same wyszeptały: „Chcę dziecka”. Natychmiast się wystraszyła – po co rozdrapywać stare rany? – ale życzenie już poleciało w kosmos. Po miesiącu pojawiło się opóźnienie. – Niemożliwe – szepnęła patrząc na dwie kreski. – To wadliwy test. Drugi test. Znów dwie kreski. Trzeci! Czwarty! Piąty! – Dawidzie, – wyszła z łazienki na miękkich nogach – Ja… chyba… nie wiem jak to możliwe… On zrozumiał szybciej niż ona zdążyła dokończyć. Uniósł ją w ramionach, wirował po pokoju, całując w czoło, w nos, w usta. – Wiedziałem! – powtarzał. – Mówiłem ci – dasz radę! Lekarze w klinice patrzyli na nią jak na zjawisko. Wyciągali stare karty, powtarzali badania, robili nowe. – To niemożliwe – kręcił głową lekarz. – Z pani diagnozą… W dwadzieścia lat praktyki nie widziałam takiego przypadku. – Ale jestem w ciąży? – W ciąży. Ósmy tydzień. Wszystko w normie. Antonina się roześmiała. Cztery miesiące później przypadkiem spotkała kolegę Piotra w sklepie. – Słyszałaś o Piotrze? – zapytał, spoglądając na jej zaokrąglony brzuch. – Trzeci raz się ożenił. I wciąż nic. Z żadną nie wychodzi. – Nie wychodzi? – No tak. Dzieci. Ani z drugą żoną, ani z trzecią. Lekarze mówią, iż to u niego jest problem. Wyobrażasz sobie? A wszystko zwalał na ciebie. Antonina nie wiedziała, co powiedzieć. W środku nie poczuła nic – ani satysfakcji, ani żalu. Po prostu pustka tam, gdzie kiedyś było uczucie… …Synek urodził się w sierpniu, w słoneczny poranek. Zosia siedziała z Dawidem na korytarzu i martwiła się najbardziej. – Mogę potrzymać go na rękach? – spytała, zerkając do sali. – Ostrożnie – przekazała jej Antonina maleńki pakunek. – Podtrzymuj główkę. Zosia patrzyła na braciszka okrągłymi oczami, potem spojrzała na Antoninę. – Mamo, a on zawsze będzie taki czerwony? Mamo… Antonina się rozpłakała, Dawid przytulił oboje, a Zosia zdezorientowana przenosiła wzrok z rodziców na braciszka, nie wiedząc, czemu wszyscy płaczą. Antonina zrozumiała wtedy coś ważnego. Czasem wystarczy, iż obok pojawi się adekwatna osoba, żeby uwierzyć w niemożliwe… A Wy? Co o tym sądzicie? Zostawcie swoje opinie w komentarzach i wesprzyjcie autora polubieniem!

newskey24.com 4 godzin temu

Okłamałaś mnie! wykrzyczał Kamil, stojąc pośrodku salonu, twarz miał czerwoną z gniewu.
O czym ty mówisz, Kamilu?
Wiedziałaś! Wiedziałaś, iż nie możesz mieć dzieci, i mimo to wyszłaś za mnie!

Będziesz najpiękniejszą panną młodą powiedziała mama, poprawiając welon, a Jagna uśmiechnęła się do swego odbicia w lustrze.

Biała suknia, koronka na rękawach, Kamil w eleganckim garniturze. Wszystko miało być dokładnie tak, jak marzyła od piętnastego roku życia: wielka miłość, ślub, dzieci. Dużo dzieci. Kamil chciał syna, ona córkę, więc umówili się na trójkę, żeby nikt nie czuł się pokrzywdzony.

Za rok będę niańczyć wnuki żartowała mama ze łzami w oczach.

Jagna wierzyła w każde słowo.

Pierwsze miesiące małżeństwa minęły im w szczęśliwym zamgleniu. Kamil wracał z pracy, ona czekała z kolacją, zasypiali w objęciach, a każdego ranka sprawdzała kalendarz z drżeniem serca. Spóźnienie? Nie, tylko się wydawało. Kolejny miesiąc. I znów. I jeszcze.

Gdy przyszła zima, Kamil przestał pytać z nadzieją: No i co?. Teraz patrzył milcząco, kiedy Jagna wychodziła z łazienki.

Może pojedziemy do lekarza? zaproponowała w lutym, prawie rok po ślubie.

Już dawno powinniśmy byli odburknął Kamil, nie odrywając wzroku od telefonu.

Klinika pachniała chlorem i beznadzieją. Jagna siedziała w kolejce wśród kobiet z martwym wzrokiem, kartkowała magazyn o szczęśliwym macierzyństwie i myślała, iż to jakaś pomyłka. Przecież z nią wszystko w porządku. Po prostu nie miała jeszcze szczęścia.

Badania. USG. Kolejne badania. Nazwy procedur zlewały się w jeden niekończący się potok chłodnych leżanek i obojętnych twarzy pielęgniarek.

Szansa na naturalne poczęcie to około pięć procent powiedziała lekarka, patrząc w papiery.

Jagna kiwała głową, notowała coś w zeszycie, zadawała pytania. Ale w środku poczuła, jakby wszystko zamarzło.

Leczenie zaczęli w marcu. Z terapią przyszły zmiany.

Płaczesz znowu? Kamil stanął w drzwiach sypialni; w jego głosie było już tylko rozdrażnienie.

To hormony

Trzeci miesiąc. Może przestań udawać? Mam dość!

Jagna chciała wytłumaczyć, iż tak działa terapia, iż potrzeba czasu, iż lekarze obiecywali efekty za pół roku, rok Ale Kamil już wyszedł, trzaskając drzwiami.

Pierwszą próbę in vitro zaplanowano na jesień. Przez dwa tygodnie leżała niemal cały czas w łóżku, bojąc się wystraszyć cud.

Niestety, wynik negatywny powiedziała pielęgniarka przez telefon, sucho, bez emocji.

Jagna zsunęła się na podłogę w korytarzu i siedziała tak do wieczora, aż wrócił Kamil.

Ile już wydaliśmy na to wszystko? spytał zamiast jak się czujesz?.

Nie liczyłam.

Ja liczyłem. Prawie dwieście tysięcy złotych. I co z tego?

Nie odpowiedziała. Nie było już odpowiedzi

Druga próba. Teraz Kamil wracał do domu po północy, czuć było od niego cudze perfumy, ale Jagna nie pytała. Nie chciała wiedzieć.

Znowu negatywny wynik.

Może to już wystarczy? zapytał Kamil, siedząc naprzeciw niej w kuchni i obracając pusty kubek w dłoniach. Jak długo jeszcze?

Lekarze mówią, iż za trzecim razem często się udaje.

Lekarze mówią to, za co im płacą!

Trzecią próbę Jagna przechodziła już adekwatnie sama. Kamil zostawał w pracy każdego wieczoru. Przyjaciółki przestały dzwonić były zbyt zmęczone pocieszaniem. Mama płakała przez telefon i rozpaczała, iż taka młoda, ładna, za co takie nieszczęście.

Kiedy pielęgniarka po raz trzeci powiedziała niestety, Jagna choćby nie płakała. Łzy skończyły się gdzieś między drugim a trzecim kursem leczenia i kolejną kłótnią o pieniądze.

Okłamałaś mnie!

Kamil stał pośrodku salonu, czerwony z wściekłości.

O czym ty mówisz?

Wiedziałaś! Wiedziałaś, iż nie możesz mieć dzieci, a mimo to wyszłaś za mnie!

Nie wiedziałam! Diagnozę postawiono rok po ślubie, sam byłeś wtedy u lekarza

Przestań kłamać! Przybliżył się o krok, a Jagna odruchowo się cofnęła. To wszystko było z premedytacją! Wyszukałaś frajera, żeby się z tobą ożenił, a potem niespodzianka! Dzieci nie będzie!

Kamilu, błagam

Dość! Chwycił wazon ze stołu i rzucił w ścianę. Zasługuję na normalną rodzinę! Z dziećmi! Nie na to!

Wskazywał na nią, jakby była czymś odrażającym, pomyłką losu.

Awantury stały się codziennością. Kamil wracał rozdrażniony, milczał przez cały wieczór, a potem wybuchał o każdą drobnostkę: zły program w telewizji, za słona zupa, oddychasz za głośno.

Rozwiedźmy się oznajmił pewnego ranka.

Co? Nie! Kamilu, możemy adoptować dziecko, czytałam

Nie chcę cudzego dziecka! Chcę własne! I żonę, która będzie w stanie je urodzić!

Daj mi jeszcze jedną szansę Proszę cię, kocham cię.

A ja już ciebie nie!

Powiedział to spokojnie, patrząc jej prosto w oczy. To bolało bardziej niż dawne krzyki razem wzięte.

Pakuję się oświadczył w piątkowy wieczór.

Jagna siedziała na kanapie, owinięta kocem, patrząc, jak wrzuca koszule do walizki. Ale nie mógł spakować się w ciszy.

Odchodzę, bo jesteś pustakiem.

Kamil nie przestawał dogryzać.

Znajdę sobie normalną kobietę.

Jagna milczała.

Drzwi się zatrzasnęły. W mieszkaniu zapadła cisza. I dopiero wtedy pozwoliła sobie na płacz pierwszy raz od miesięcy, naprawdę, wyła aż zachrypnęła.

Pierwsze tygodnie po rozwodzie zlały się w szarą, lepką plamę. Wstawała, piła herbatę, kładła się. Czasem zapominała zjeść. Czasem zapominała, jaki to dzień.

Przyjaciółki przychodziły, przynosiły jedzenie, sprzątały mieszkanie, próbowały rozmawiać kiwała głową i zgadzała się na wszystko, a potem znów zawijała się w koc i wpatrywała się w sufit.

Ale czas płynął. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem. I pewnego poranka Jagna obudziła się z myślą: dosyć.

Wstała, wzięła prysznic, wyrzuciła z lodówki wszystkie leki i zapisała się na siłownię. W pracy poprosiła o nowy, trudniejszy projekt na trzy miesiące taki, który wymagał całkowitego zaangażowania.

W weekendy zaczęła jeździć na wycieczki, potem w krótkie podróże. Kraków, Wrocław, Mazury. Życie się nie skończyło.

Artura spotkała w księgarni sięgnęli równocześnie po ostatni egzemplarz nowej książki Olgi Tokarczuk.

Proszę, pani pierwsza uśmiechnął się, odsuwając się.

A może oddam panu, jeżeli zaprosi mnie pan na kawę? wypaliła Jagna sama nie wiedząc skąd.

Artur zaśmiał się, a od tego śmiechu coś jej się rozjaśniło w środku.

Przy kawie opowiadał o Oli siedmioletniej córce, którą wychowuje sam od pięciu lat po śmierci żony.

O trudnych pierwszych miesiącach, o tym, jak Ola budziła się w nocy i wołała mamę, jak uczył się robić warkocze z tutoriali na YouTube.

Jesteś dobrym ojcem powiedziała Jagna.

Staram się.

Nie chciała go okłamywać. Na trzecim spotkaniu, kiedy zrozumieli, iż to coś więcej, iż Artur nie jest przypadkiem, wyznała wszystko.

Nie mogę mieć dzieci. Mam oficjalną diagnozę, trzy nieudane IVF, mąż odszedł. jeżeli to dla ciebie ważne lepiej dowiedzieć się teraz.

Artur długo milczał.

Mam Olę powiedział w końcu. Potrzebuję ciebie, choćby jeżeli nie będziemy mieć wspólnych dzieci.

Ale

Uda ci się przerwał jej dziwnym tonem.

Co masz na myśli?

Być mamą. jeżeli będziesz tego chciała. Mojej mamie też mówili, iż nie da rady. I co? Siedzę tutaj przed tobą. Czasem zdarzają się cuda.

Ola przyjęła ją zaskakująco łatwo. Na pierwszym spotkaniu patrzyła spod byka i odpowiadała monosylabami, ale gdy Jagna spytała o ulubioną książkę, rozgadała się o Harrym Potterze przez pół godziny. Na drugim spotkaniu sama złapała ją za rękę. Na trzecim poprosiła, żeby zrobiła jej takie warkocze jak Elsa.

Podobasz się jej skomentował Artur. Nikogo wcześniej tak gwałtownie nie zaakceptowała.

Dwa lata minęły niepostrzeżenie. Jagna przeprowadziła się do Artura, nauczyła się smażyć naleśniki na soboty, znała na pamięć wszystkie odcinki Psiego Patrolu i znalazła w sobie siłę, by znów kochać. Bez lęku, bez oczekiwania ciosu.

W sylwestrową noc, gdy zegar wybił północ, Jagna wypowiedziała życzenie. Usta same wyszeptały: Chcę mieć dziecko.

Natychmiast się przestraszyła po co rozdrapywać stare rany? ale życzenie już popłynęło w górę, gdzieś do gwiazd.

Po miesiącu pojawiło się spóźnienie.

To niemożliwe myślała Jagna, patrząc na dwie kreski na teście. Test jest wadliwy.

Drugi test. Dwie kreski.

Trzeci! Czwarty! Piąty!

Arturze, wybiegła z łazienki na drżących nogach. Ja chyba nie wiem, jak to możliwe

On zrozumiał, zanim dokończyła. Porwał ją na ręce, zakręcił po pokoju, całował po czole, po nosie, po ustach.

Wiedziałem! powtarzał. Mówiłem ci! Uda ci się!

Lekarze w klinice patrzyli na nią jak na przypadek z innej planety. Przeglądali stare karty, powtarzali badania, zlecili nowe.

To niemożliwe kręcił głową lekarz. Z takim rozpoznaniem… Czegoś takiego nie widziałam przez dwadzieścia lat pracy.

Ale jestem w ciąży?

Tak. Ósmy tydzień! Wszystko w normie.

Jagna się rozpłakała ze szczęścia.

Cztery miesiące później przypadkiem wpadła w sklepie na kolegę Kamila.

Słyszałaś o Kamilu? zagaił, patrząc na jej ciążowy brzuch. Trzeci raz się ożenił. I dalej nic. Z żadną mu nie wychodzi.

Nic?

No dzieci. Ani z drugą żoną, ani z trzecią. Lekarze mówią, iż to jego problem. Wyobrażasz sobie? A zwalał wszystko na ciebie.

Jagna nie wiedziała, co powiedzieć. W środku była pustka żadnej satysfakcji, żadnej złości. Po prostu miejsce, gdzie kiedyś było uczucie, zapełniła cisza.

Syn urodził się w sierpniu, w pogodny poranek. Ola siedziała z Arturem w korytarzu i przeżywała najbardziej ze wszystkich.

Mogę go potrzymać? spytała zaglądając do sali.

Ostrożnie podała jej Jagna zawiniątko. Podtrzymaj główkę.

Ola patrzyła wielkimi oczami na braciszka, potem spojrzała pytająco na Jagnę.

Mamo, czy on zawsze będzie taki czerwony? Mamo

Jagna się rozpłakała, Artur objął obie, Ola patrzyła zdziwiona raz na rodziców, raz na brata, nie rozumiejąc jeszcze łez.

A Jagna zrozumiała jedną rzecz. Czasem trzeba tylko znaleźć odpowiedniego człowieka, żeby uwierzyć w niemożliwePrzytuliła Olę i synka mocno do siebie, czując, jak wszystko w jej sercu układa się na nowo każda utrata, każda łza, każdy zaciekły świt, kiedy walczyła tylko po to, by przetrwać kolejny dzień. W tej jednej chwili wszystko nabierało sensu.

Spojrzała na Artura. Uśmiechał się przez łzy, ściskając ich dłonie, jakby bał się, iż jeżeli choć na moment puści, ten cud pryśnie.

Jesteśmy rodziną powiedział cicho, a Jagna przytaknęła, czując, jak noc odsuwa się ostatecznie, ustępując miejsca najjaśniejszemu porankowi w jej życiu.

Mamo, a kiedy nauczy mnie robić takie warkocze? spytała Ola, przytulając się do niej i brata.

Jagna uśmiechnęła się i pocałowała starszą córkę w głowę.

Jutro, kochanie. Teraz wszyscy musimy się od nowa nauczyć, jak być szczęśliwi.

I tego dnia, w zwykłej szpitalnej sali pachnącej środkiem odkażającym i budzącą się nadzieją, Jagna wiedziała już, iż to, co najważniejsze, naprawdę dopiero przed nimi.

Zamknęła oczy, pozwalając, by zapach maleństwa, ciepło Artura i dzieci, i spokój, o jakim nie śmiała już marzyć, rozgościły się w niej na zawsze.

Idź do oryginalnego materiału