Umówmy się, nikt nie spodziewa się po kinie Paula Schradera, iż będzie bezpieczne i przewidywalne. 80-letni reżyser i scenarzysta w ostatnich latach eksperymentował w równym stopniu z filmową formą, co ze źródłami finansowania bardziej niż niejeden debiutant. Twórca "Pierwszego reformowanego" odnajduje się w erze cyfrowego kina i streamingu, szukając budżetowych cięć, ulg podatkowych i inwestorów gotowych wyłożyć pieniądze na niezależne i ryzykowne projekty, które nie miałyby szans na zielone światło w większych studiach (w końcu nie każdy ma winnicę do sprzedania, kiedy chce zrealizować projekt marzeń). Dlatego każdy jego nowy film, choćby nieudany, to jednak obietnica czegoś nieszablonowego.
Podobnie jest w przypadku "The Basics of Philosophy". Reżyser przetwarza tematy, które przewijają się przez całą jego twórczość. Silnikiem kina Schradera są rozważania na temat grzechu oraz seksualności i związanych z nimi poczuciem winy i wstydem. John Jorrisen (Jack Huston) to kolejny, po Travisie Bicklu z "Taksówkarza", Johnie LeTourze z "Marginesu życia" czy pastorze Tollerze z "Pierwszego reformowanego" samotny mężczyzna chowający się za maską swojej profesji. Wykładowca filozofii skrywa mroczny (a choćby bardzo mroczny) sekret. Mężczyzna wydaje się mieć uporządkowane, choć na pozór mało bogate życie. Pracuje na uczelni, spotyka się z koleżanką z pracy, która wychowuje nastoletniego syna, po godzinach pisze książkę o Spinozie. Twarda skóra bohatera kruszy się momentalnie po śmierci dominującego i kontrolującego ojca (Bill Pullman). Pozbawiony jego wsparcia John zastyga w strachu przed własną przeszłością, która po latach wtargnęła do jego życia.
O ile fabularny punkt wyjścia wydaje się interesujący, o tyle niestety od momentu zawiązania akcji gwałtownie staje się jasne, iż wkraczamy do świata wyświechtanych klisz i schematów. Reżyser kompletnie nie panuje nad materiałem, a w niektórych momentach choćby spójnością swoich inscenizacyjnych wyborów. Boli to tym bardziej, iż za zdjęcia odpowiada Sean Price Williams, stały współpracownik Alexa Rossa Perry'ego, operator m.in. w "Good Time" braci Safdie i "Harvest" Athiny Rachel Tsangari. Interakcje między postaciami są tak sztuczne i pozbawione życia, iż stają się niezamierzenie śmieszne, a dialogi mocno deklaratywne, za to mało subtelne. "Kiedy łączysz sekrety z pieniędzmi, dostajesz więcej pieniędzy" wykłada swoją metodykę biznesu jeden z bohaterów.,"Jesteś filozofem, za dużo myślisz" (żebyśmy nie zapomnieli, skąd się bierze skłonność Johna do ruminacji). Po nieudanej próbie szantażu ktoś mówi, "no dobra, to idę pokręcić moim tyłeczkiem" po czym oddala się w stronę parkietu w klubie. Jest w tych scenach coś tak nienaturalnego, iż momentami sprawiają wrażenie, jak gdyby kosmita próbował zrobić film o ludziach mając wyłącznie jakieś podstawowe wyobrażenie na temat ich zachowań i codzienności. Każda sekwencja wydaje się wyreżyserowana w innym stylu i tonie, poszczególne postaci, wątki są porzucane w przypadkowych miejscach. W pewnym momencie, już mocno za połową filmu, pojawia się znienacka oniryczny fragment rozmowy ze Johna ze Spinozą spotkanym na ławce w parku. Trudno powiedzieć, czemu on służy, twórca ani wcześniej, ani później już więcej do niego nie nawiązuje.
Brakuje też konsekwentnego prowadzenia aktorów. Huston jest tu bardziej drewniany niż w "Zakazanym imperium", gdzie grał weterana pierwszej wojny światowej z protezą zasłaniającą pół twarzy. Sama filozofia stanowi wytrych, który pozwala scenarzyście przemycać zbyt dosłowne i banalne przemyślenia na temat przebaczenia, nadziei, możliwości zmiany. Przede wszystkim profesja daje Johnowi przestrzeń do nieustannego usprawiedliwiania swojego zachowania, a Schrader nie wydaje się wystarczająco niuansować motywacji swojego bohatera. Dlaczego John szuka rozgrzeszenia i wybaczenia? Czy kieruje nim szczera skrucha czy wyłącznie strach przed konsekwencjami? Parafrazując (trafną!) mikrorecenzję Schradera "Czasu krwawego księżyca" Scorsesego (który jest tutaj jednym z producentów wykonawczych), spędzenie dwóch godzin w towarzystwie użalającego się nad sobą idioty to też za dużo. Nie zdradzę tu sekretu Johna, ale muszę zwrócić uwagę, iż spojrzenie Schradera na popełnione przez jego bohatera przestępstwo jest, delikatnie mówiąc, mocno oderwane od rzeczywistości i po prostu nieetyczne. Dużo ciekawszym bohaterem wydaje się grany przez Daniela Zovatto Miguel, który wraca do życia protagonisty po latach. Mężczyzna przekonująco wygrywa targające jego bohaterem sprzeczności. W jego spojrzeniu ból miesza się z agresją, smutek jest przełamywany rezygnacją. Chętnie obejrzałabym ten film opowiedziany z jego perspektywy.
Kolejnym grzechem "The Basics of Philosophy" jest sposób, w jaki Schrader portretuje kobiece postaci. Nie wymagam od 80-letniego reżysera cudów, ale twórca wydaje się szczególnie mocno zakleszczony w opozycji "madonna-dziwka". Tutaj mężczyzna musi inwestować w edukację i fachu w ręku, by móc zarabiać i być samodzielny, kobieta natomiast potrzebuje... zmywarki i lodówki. Bohaterki są piękne, zmartwione i pozbawione jakiejkolwiek sprawczości. Mimo iż na papierze mają jakieś zawodowe zobowiązania, sprawy i bliskich, funkcjonują wyłącznie jako dopełnienie przypisanego im w scenariuszu mężczyzny. Sofia Boutella wcielająca się w partnerkę Johna, znosi jego wahania nastroju i niedojrzałe zachowanie i z naiwnością i biernością, która jest po prostu mało wiarygodna u współczesnej 40-letniej atrakcyjnej kobiety o jej statusie społecznym i zawodowym.
Najnowszy tytuł autora "Pierwszego reformowanego" jest wyłącznie cieniem jego najlepszych i najbardziej oryginalnych pomysłów sprzed lat. Przewrotna puenta filmu mogłaby wynagrodzić w pewnym stopniu rozczarowanie całą prowadzącą do niej rozbiegówką, ale ostatecznie wydaje się raczej efekciarskim gestem, trochę smutnym w swojej desperacji. Wygląda na to, iż Schrader tak bardzo skupił się na podstawach filozofii, iż zapomniał o podstawach filmowego rzemiosła.
Podobnie jest w przypadku "The Basics of Philosophy". Reżyser przetwarza tematy, które przewijają się przez całą jego twórczość. Silnikiem kina Schradera są rozważania na temat grzechu oraz seksualności i związanych z nimi poczuciem winy i wstydem. John Jorrisen (Jack Huston) to kolejny, po Travisie Bicklu z "Taksówkarza", Johnie LeTourze z "Marginesu życia" czy pastorze Tollerze z "Pierwszego reformowanego" samotny mężczyzna chowający się za maską swojej profesji. Wykładowca filozofii skrywa mroczny (a choćby bardzo mroczny) sekret. Mężczyzna wydaje się mieć uporządkowane, choć na pozór mało bogate życie. Pracuje na uczelni, spotyka się z koleżanką z pracy, która wychowuje nastoletniego syna, po godzinach pisze książkę o Spinozie. Twarda skóra bohatera kruszy się momentalnie po śmierci dominującego i kontrolującego ojca (Bill Pullman). Pozbawiony jego wsparcia John zastyga w strachu przed własną przeszłością, która po latach wtargnęła do jego życia.
O ile fabularny punkt wyjścia wydaje się interesujący, o tyle niestety od momentu zawiązania akcji gwałtownie staje się jasne, iż wkraczamy do świata wyświechtanych klisz i schematów. Reżyser kompletnie nie panuje nad materiałem, a w niektórych momentach choćby spójnością swoich inscenizacyjnych wyborów. Boli to tym bardziej, iż za zdjęcia odpowiada Sean Price Williams, stały współpracownik Alexa Rossa Perry'ego, operator m.in. w "Good Time" braci Safdie i "Harvest" Athiny Rachel Tsangari. Interakcje między postaciami są tak sztuczne i pozbawione życia, iż stają się niezamierzenie śmieszne, a dialogi mocno deklaratywne, za to mało subtelne. "Kiedy łączysz sekrety z pieniędzmi, dostajesz więcej pieniędzy" wykłada swoją metodykę biznesu jeden z bohaterów.,"Jesteś filozofem, za dużo myślisz" (żebyśmy nie zapomnieli, skąd się bierze skłonność Johna do ruminacji). Po nieudanej próbie szantażu ktoś mówi, "no dobra, to idę pokręcić moim tyłeczkiem" po czym oddala się w stronę parkietu w klubie. Jest w tych scenach coś tak nienaturalnego, iż momentami sprawiają wrażenie, jak gdyby kosmita próbował zrobić film o ludziach mając wyłącznie jakieś podstawowe wyobrażenie na temat ich zachowań i codzienności. Każda sekwencja wydaje się wyreżyserowana w innym stylu i tonie, poszczególne postaci, wątki są porzucane w przypadkowych miejscach. W pewnym momencie, już mocno za połową filmu, pojawia się znienacka oniryczny fragment rozmowy ze Johna ze Spinozą spotkanym na ławce w parku. Trudno powiedzieć, czemu on służy, twórca ani wcześniej, ani później już więcej do niego nie nawiązuje.
Brakuje też konsekwentnego prowadzenia aktorów. Huston jest tu bardziej drewniany niż w "Zakazanym imperium", gdzie grał weterana pierwszej wojny światowej z protezą zasłaniającą pół twarzy. Sama filozofia stanowi wytrych, który pozwala scenarzyście przemycać zbyt dosłowne i banalne przemyślenia na temat przebaczenia, nadziei, możliwości zmiany. Przede wszystkim profesja daje Johnowi przestrzeń do nieustannego usprawiedliwiania swojego zachowania, a Schrader nie wydaje się wystarczająco niuansować motywacji swojego bohatera. Dlaczego John szuka rozgrzeszenia i wybaczenia? Czy kieruje nim szczera skrucha czy wyłącznie strach przed konsekwencjami? Parafrazując (trafną!) mikrorecenzję Schradera "Czasu krwawego księżyca" Scorsesego (który jest tutaj jednym z producentów wykonawczych), spędzenie dwóch godzin w towarzystwie użalającego się nad sobą idioty to też za dużo. Nie zdradzę tu sekretu Johna, ale muszę zwrócić uwagę, iż spojrzenie Schradera na popełnione przez jego bohatera przestępstwo jest, delikatnie mówiąc, mocno oderwane od rzeczywistości i po prostu nieetyczne. Dużo ciekawszym bohaterem wydaje się grany przez Daniela Zovatto Miguel, który wraca do życia protagonisty po latach. Mężczyzna przekonująco wygrywa targające jego bohaterem sprzeczności. W jego spojrzeniu ból miesza się z agresją, smutek jest przełamywany rezygnacją. Chętnie obejrzałabym ten film opowiedziany z jego perspektywy.
Kolejnym grzechem "The Basics of Philosophy" jest sposób, w jaki Schrader portretuje kobiece postaci. Nie wymagam od 80-letniego reżysera cudów, ale twórca wydaje się szczególnie mocno zakleszczony w opozycji "madonna-dziwka". Tutaj mężczyzna musi inwestować w edukację i fachu w ręku, by móc zarabiać i być samodzielny, kobieta natomiast potrzebuje... zmywarki i lodówki. Bohaterki są piękne, zmartwione i pozbawione jakiejkolwiek sprawczości. Mimo iż na papierze mają jakieś zawodowe zobowiązania, sprawy i bliskich, funkcjonują wyłącznie jako dopełnienie przypisanego im w scenariuszu mężczyzny. Sofia Boutella wcielająca się w partnerkę Johna, znosi jego wahania nastroju i niedojrzałe zachowanie i z naiwnością i biernością, która jest po prostu mało wiarygodna u współczesnej 40-letniej atrakcyjnej kobiety o jej statusie społecznym i zawodowym.
Najnowszy tytuł autora "Pierwszego reformowanego" jest wyłącznie cieniem jego najlepszych i najbardziej oryginalnych pomysłów sprzed lat. Przewrotna puenta filmu mogłaby wynagrodzić w pewnym stopniu rozczarowanie całą prowadzącą do niej rozbiegówką, ale ostatecznie wydaje się raczej efekciarskim gestem, trochę smutnym w swojej desperacji. Wygląda na to, iż Schrader tak bardzo skupił się na podstawach filozofii, iż zapomniał o podstawach filmowego rzemiosła.



!["Dziady" w Rossoszu. Było klimatycznie [GALERIA ZDJĘĆ]](https://static2.slowopodlasia.pl/data/articles/xga-4x3-dziady-w-rossoszu-bylo-klimatycznie-galeria-zdjec-1788771531.jpg)













