Dziewiętnasta edycja katowickiego święta eklektycznej muzyki za nami. Wspominamy najlepsze koncerty!
Tegoroczna edycja z pewnością zostanie zapamiętana z przynajmniej dwóch powodów. Nie padało i pojawiły się nowe przenośne toalety (ze światłem, muszlą klozetową i spuszczaną wodą). Poza tym w strefie gastro nie było w tym roku Sztuki Śledzia… bolesny zawód. Unikatowe było też to, iż nie odwołano żadnego koncertu (nie wliczając odwołania setu robocika Warchockiego…) i iż rozwiązano problem z kolejkami do wymiany opasek/wejścia na teren. Nie było przez cały czas szans na dostanie się do namiotu (sauny) OFF N’Jazz Club, popyt przerasta tu podaż…podłogi. Ze zmian w samej infrastrukturze, w sobotę odpalono dodatkową, małą scenę Great September (zagrali lunar trips, Lia Sky i Kajzer), latało też nad Muchowcem trochę więcej samolotów – jeden choćby był niedaleko zahaczenia o nową trybunę mBanku, która finalnie była chyba potrzebna na głównej scenie jak kotu buty. Generalnie, po latach można stwierdzić, iż OFF ponownie przejęły gitary! A teraz przyjrzyjmy się 10 najlepszym koncertom OFF-a 2026.
10. Oklou
Francuskie objawienie alt-popu, przemieniło Scenę Orlen (Leśną) w totalnie osobną, intymną i silnie oniryczną projekcję. Zanurzona w dymie Marylou Vanina Mayniel głównie śpiewała swoje spogłosowane melodie, ale były też momenty, gdy grała je na świecącym się na czerwono flecie. Czuć w tym było jej klasyczne wykształcenie. Całość występu była kamerowana „z ręki” przez dwóch operatorów, którzy wciskali się we wszystkie zakamarki sceny i scenografii z centralnie umieszczoną huśtawką. Obraz przefiltrowany przez efekty rozmazania i zaparowania lądował w czasie rzeczywistym na telebimach. Twórczość Oklou w wersji na żywo pachnie świeżością, jest dogłębnie przemyślana i choćby jeżeli to nie „kogoś bajka” nie może jej odmówić oryginalności.
09. WITCH
Wydarzenie ze zbioru – „takie rzeczy tylko na OFF-ie”. We Intend To Cause Havoc, bo tak brzmi rozwinięcie akronimu nazwy tego zambijskiego zespołu, wrócili trzy lata temu po dekadach niebytu nowym albumem, ale brzmiącym jak znalezisko z lat 70., czyli ich prosperity. W Katowicach zagrali po prostu swoje, klasycznego rocka z silnym wpływem afro-beatu. Pomimo, iż niewątpliwą gwiazdą jest wokalista Emanyeo „Jagari” Chandi, co i rusz opowiadający historie piosenek, to jednak sporo tu było tu też czasu w instrumentalne zanurzenie się w groove’ie.

08. Los Thutanaka
Muzyka tajemniczego duetu bliźniaków Chuqimamani-Condori i Joshua’y Chuquimia Cramptona jest na tyle oryginalna, iż ich koncert od początku okrywał nimb zaintrygowania i tajemnicy. Muzycy faktycznie zagrali bezkompromisowo, mocno psychodelicznie, polirytmicznie i transowo, obsługując w podziale klawisze/samplery/automaty i gitarę. Tak jak sama muzyka ich jest skrajnie nietuzinkowa, taka samo były ich stroje-ukwiały oraz absurdalne animowane wizualizacje (, np. z martwą muchą). Panowie zamykali Scenę Orlen, a sama intensywność ich występu była tak duża, iż trudno mieć żal o ich przedwczesne zejście po 40 minutach. Przeżycie osobne.
07. Nu Genea
Cóż to była za impreza! Węży „weselnych” lub grupowych układów a la „Macarena” raczej, jeszcze na OFF-ie nie widziano. Taneczne święto rozkręcił neaopolitański duet Massimo Di Lena i Lucio Aquilina, wspomagany przez ośmioosobowy band (co za basista!), na którego czele stały trzy urocze frontmanki. Mariaż funku, disco, ejtisowych synthów oraz tradycyjnych włoskich melodii i wokali w rodzimym dialekcie neapolitańskim, sprawił, iż słuchacze tryskali czystą euforią i uśmiechem.
06. Deafheaven
Wrócili na OFF-a po 12 latach i wrócili w wielkim stylu. Siła z jaką od pierwszych dźwięków wjechali na jak zwykle najlepiej nagłośnioną Scenę Orlenu (Leśną) spowodowała, iż ludzie dosłownie płakali z emocji. Zagrali głównie ostatnią płytę „Lonely People with Power”, więc dostaliśmy silną proporcję blackgaze’owej miazgi i czystych wokali, shoegaze’owych przerywników. Cały zespół, który intensywnie się ruszał (gitarzyści niczym derwisze), ale przede wszystkim wokalista George Clarke zaprezentował formę „mutant”.

05. Joshua Idehen
Teraz już wiadomo, iż to faktycznie idealnie dobrany support Baxtera Dury’ego, spoken wordowiec nawijający na wyspiarskich house’ach szwedzkiego producenta, z którym przybył do Doliny Trzech Stawów. Wszystko prawda, ale przede wszystkim otworzył festiwal na Scenie Eksperymentalnej jako niebanalny wodzirej/stand-upowiec. Przerobił meksykańską falę, na falę nigeryjską (skąd pochodzi), czyli idącą od sceny do akustyka, a nie od prawej do lewej, sprowokował 30-sekundową wymianę znaku pokoju – jak go nauczono w Kościele (z którym teraz nie chce mieć nic wspólnego), czy finalnie crowd surfingował. Rozkręcił ponadto beztroską, uśmiechniętą i naznaczoną lekkością imprezę, pod tanecznym hasłem „depresja nie trafia w ruchomy cel”, oraz gdzie choćby poważne tematy ubrane są w dowcipny komentarz (patrz „Mum Does the Washing”).

04. Chat Pile
Połączenie dowcipu, erudycji i sludge-gitarowej bomby spod patronatu Helmet, RATM czy Sepultury. Kwartet z Oklahomy zaimponował bezpretensjonalnością, umiejętnościami i kreacją spójnego widowiska. Nie sposób nie być kupionym przez frontmana Rayguna Buscha (przypominał trochę Teda Lasso z „brzuszkiem”), który emanował energią ubrany jedynie w szorty, a między utworami wspominał obiad w katowickim Złotym Ośle lub, iż tydzień wcześniej oglądał „Podwójne Życie Weroniki” Kieślowskiego. PS. Ptaszki ćwierkają, iż za niedługo jest szansa na klubowy koncert tych gagatków, warto śledzić.

03. DAM
Z jednej strony nestorzy bliskowschodniego rapu (DAM to skrót od Da Arabian MCs, w języku arabskim oznacza „wieczność”, a po hebrajsku „krew”), mogli w wiadomych okolicznościach przerobić swój występ w jednoznacznie polityczny manifest, z drugiej sam koncert mógł też z racji stażu tria/kwartetu trącić myszką. Nie stało się nic z tych rzeczy. Ekipa zabrzmiała bardzo świeżo, łącząc zarówno podejście boom-bapowe z nowymi trendami w rapie i z tradycyjnymi brzmieniami oud czy darbuki. Był też czas na okazanie solidarności z Palestyną, chociażby przez momenty recytowania wierszy a cappella. Cudowne wyważenie zabawy i zaangażowania społecznego, kapitalny kontakt z publicznością, zwłaszcza gdy na finał wykrzaczył się dźwięk i po 3 próbach zagrania ostatniego numeru zespół ostatecznie zszedł ze sceny….
02. Vojdi
Bezdyskusyjne odkrycie tegorocznego OFF-a. Wysokoenergetyczne trio ze Słowacji, poszerzone festiwalowo o saksofonistę zarzuciło jakąś mocno autorską wizję kompletnie połamanych aranży z kosmologii Zappy, Mr. Bungle, Black Midi, a nade wszystko Primusa. Ponadprzeciętne skille wykonawcze w połączeniu z gitarową wściekłością, absurdalnym humorem, doopiekowanym ze sceny mosh pitem, czy graniem np. numeru leżąc na plecach wygenerowały poczucie uczestniczenia w jakimś jedynym w swoim rodzaju kameralnym przedstawieniu.

01. Einstürzende Neubauten
Niemieccy ojcowie industrialu z charyzmatycznym, choć posągowym Blixą Bargeldem zaskoczyli bardzo przemyślanym i poukładanym występem, który łączył unikatowe dźwięki precyzyjnie generowane z przedmiotów (blacha, wiertarka, rury, pistolet ze sprężonym powietrzem, wózek na zakupy) z potężnym brzmieniem przede wszystkim basu obsługiwanego przez zjawiskową Josefine Lukschy. Im dalej w koncert, tym napięcie w powietrzu gęstniało, paradoksalnie zwłaszcza, gdy zespół spuszczał z tonu i operował wyciszeniem, minimalizmem. Apogeum to sam finał, gdy wybitny berlińczyk pożegnał się z publicznością słowami „When you die and get to heaven, tell God that you saw his favorite band”.

Autorką wszystkich zdjęć jest one and only Beata Wencławek /














