Homerycka ekranizacja ugruntowała pozycję Nolana jako reżysera, który potrafi przyciągać tłumy choćby przy budzącej skrajne emocje, niemal trzygodzinnej produkcji, która nie jest częścią znanych franczyz. Jego „Odyseja” wywołała do tablicy historyków, ale sprowokowała do obejrzenia i zajęcia stanowiska także tych, którzy oryginału nie czytali, przyczyniając się do odrodzenia kina jako wspólnotowego rytuału, współczesnego odpowiednika dawnego zbiorowego recytowania i wysłuchiwania eposu.
Przy okazji zaroiło się od specjalistów od późnej epoki brązu, wojny trojańskiej i schyłku ery mykeńskiej. Tropiciele odstępstw od homeryckiego oryginału punktują w internecie dzieło Nolana za zbroje wyglądające jak „kostiumy cosplayowe” czy połączenie stroju Batmana z hełmem korynckim. Za wojowników nadużywających mieczy, podczas gdy w tamtym okresie podstawową bronią była włócznia, zresztą znacznie krótsza niż to, co widzimy na ekranie. Postaci noszą spodnie, których nie używano wtedy w basenie Morza Egejskiego, oraz skórzane buty, podczas gdy ówcześni żołnierze walczyli głównie boso. No i te drakkary wikingów z błędną liczbą wioślarzy na sekcję oraz niehistorycznymi nadbudówkami.
Nie podoba się też wybrana przez reżysera szara i ciemna kolorystyka, kłócąca się z historyczną wiedzą o barwnym świecie antycznym.










