Zaledwie kilka dni temu z Nottinghamshire nadeszła depesza z informacją o obumarciu dębu, będącego wizytówką hrabstwa. Wyrosłe w lesie Sherwood drzewo przeżyło Wilhelma Zdobywcę, Olivera Cromwella i Elżbietę II, kwitło mimo klęsk i wojen, aż w końcu po tysiąc dwustu latach jego rozłożysta korona zazieleniła się po raz ostatni. Podpierany ze wszystkich stron „Major” będzie dalej trwał jako pomnik przyrody, choć martwej.
Na śmierci da się zarobić. Nie chodzi choćby o sam przemysł funeralny, ale pewien sposób handlowania pamięcią. Choćby wszystkie te napisane naprędce teksty in memoriam artystów, byle popularnych, które powstają nie tyle z potrzeby serca, co z wytycznych SEO. Wieść o obumierającym dębie niemal zbiegła się w czasie z premierą „Robin Hooda: Końca legendy”, zatytułowanej w oryginale „Śmierć Robin Hooda” („The Death of Robin Hood”). Łebski adept marketingu, który słyszał co nieco o RTM-ie, mógłby to wykorzystać. Samograj: drzewo, wokół którego zbierał się słynny banita i jego kompani, uschło ostatecznie z tęsknoty. Zapłacz nad nim i jego patronem w kinie.
Taka strategia z pewnością zbiłaby widzów z pantałyku, bowiem jedno z pytań, które zadaje Michael Sarnoski, brzmi: Czy Robina w ogóle należy opłakiwać? W „Końcu legendy” filmowiec stojący za udaną „Świnią” interpretuje historię angielskiego awanturnika w sposób tyleż rewizjonistyczny, co pierwotny. Rewizjonistyczny, bo szargający świętość postaci kanonizowanej w „Przygodach Robin Hooda” (1938). Pierwotny, bo znajdujący punkty styczne z najwcześniejszymi przekazami, zaskakująco różnymi od zbiorowych wyobrażeń.
Owo imaginarium w dużej mierze zaprogramował wzorcowy film Williama Keighleya i Michaela Curtiza z 1938 roku. To właśnie za nimi twórcy w obiegu kultury popularnej powtarzają legendę sir Robina z Locksley – saskiego szlachcica stającego na czele rewolty „obciążonych podatkami, przepracowanych i opłacanych nożem, pałką lub sznurem” chłopów. W klasyku kina płaszcza i szpady obdarzony wdziękiem Errola Flynna wichrzyciel z szelmowskim uśmiechem i ciętym językiem drwi z zepsutych, przekupnych elit, nawołując do odbierania bogatym i dawania biednym. W pamięci został mieniący się jaskrawą zielenią technicoloru kostium: tunika, rajtuzy oraz charakterystyczna czapka z dziobem na przodzie.
Motywy oraz ikonografia utrwalone przez Keighleya i Curtiza powracały między innymi w disnejowskiej adaptacji z 1973 roku, w której zatracał się młodziutki Sarnoski. Przyszły filmowiec zdumiewał się, iż kreskówkowe przygody zawadiackiego lisa z Sherwood mogą współistnieć obok melancholijnej ballady „Robin Hood, jego śmierć” (ang. „The Death of Robin Hood”). „Koniec legendy” narodził się na styku obu utworów. Sarnoski wyjrzał poza opromienione wskutek dziesiątek przetworzeń dzieje angielskiej ikony, chcąc nie tyle dojść do wspólnego sedna, ile stematyzować nawarstwiające się różnice.
W pierwszych tekstach Robin Hood nie był szlachcicem, tylko – w dużym uproszczeniu – kimś na kształt wolnego chłopa. Nie namawiał do ludowego buntu, co więcej, nie dawał po sobie poznać, by wielce obchodziła go sprawiedliwość społeczna. Choć przebąkiwano, iż „wiele ludziom ubogim uczynił dobro”, powodował nim raczej partykularny interes. Walczył z urzędnikami i klerem, ale nie było mowy o oddawaniu zrabowanych bogactw biednym. Było natomiast o przemocy. Co prawda relatywizowanej, bo stosowanej wyłącznie w celu obrony własnej lub usprawiedliwionej zemsty, wciąż jednak brutalnej – krwawy koniec czekał Guya z Gisbourne, którego głowę Robin ściął, a potem triumfalnie nadział na koniec łuku.
Sarnoski podąża śladami okrucieństwa pierwszych ballad – z tą różnicą, iż dotarłszy do granicy wytyczonej przez poprzedników, bezceremonialnie ją przekracza. Robin Hood bezlitośnie rozprawiał się z nieprzyjaciółmi, jednocześnie unikał niepotrzebnej zwady i nie wchodził w drogę ludziom uczciwym. Tymczasem już pierwsze sceny „Końca legendy” udobitniają, iż tytułowemu bohaterowi bliżej do bandyty niż szlachetnego rabusia. Podstarzały Robin (Hugh Jackman) rozmawia tu przy ognisku z nieznajomym, poszukującym legendarnego łucznika. Nie wyjawiając swojej tożsamości, pyta dzieciaka, co o nim wie, a ten wymienia rozdawanie srebrna biednym, gorliwe modlitwy i romans z piękną Lady Marion. Banita jednak wszystkie te odpowiedzi wkłada między bajki. Dodaje: „Nie był bohaterem. Rabował i zabijał dla przyjemności, nic więcej”.
Gdy Robin spotyka po latach Małego Johna (Bill Skarsgård), nie towarzyszą temu fanfary. Zamiast wybuchu emocji przejście do porządku rzeczy, w końcu dawny kompan potrzebuje pomocy w odbiciu gospodarstwa. Rzecz w tym, iż nie należy do niego – osiadł na nim po zamordowaniu właściciela i kradzieży jego tożsamości. Teraz rodzina ofiary przyszła upomnieć się o swoje. Robin godzi się mu pomóc, skuszony wizją śmierci w walce, to jest śmierci „godnej”. Wszczęta przez nich wojna nie rymuje się jednak z godnością, uczciwością i szacunkiem. Sarnoski akcentuje to dzięki inscenizacji starć: usytuowanych na antypodach popisów fechtunku z filmów płaszcza i szpady, brutalnych i upodlonych, sprowadzających się do desperackiej walki o przeżycie, podpatrzonej u Michôda i Eggersa.
Robin Jackmana w niczym nie przypomina wizerunku Errola Flynna. Gdy na początku filmu siwa długa broda i skołtunione włosy niemal przesłaniają mu twarz, ubrany w skóry i futra jawi się niemal jako zwierzę. Nie ma w nim jednak dzikości wygłodniałego drapieżnika. Od podstarzałego banity biją przygnębienie i apatia, w jego podkrążonych oczach, opadających polikach i głębokich bruzdach rysuje się obraz wyczerpania pełnym przemocy życiem. Prezencja Jackmana jest znakomita, choćby jeżeli za dużo tu emfazy, jakby w kontrze do będącej popisem minimalizmu roli Nicolasa Cage’a w „Świni” (co zabawne, jego bohater nazywał się Robin Feld).
Zresztą „Koniec legendy” ciekawie pracuje z debiutem Sarnoskiego zarówno na płaszczyźnie podobieństw, jak i różnic. Na najbardziej podstawowym poziomie oba filmy można czytać jako opowieść o przemijaniu. Natomiast wartość tego porównania kryje się tam, gdzie nie docierają oczywistości. Z jednej strony w „Świni” Robin Feld zaszył się w lesie w wyniku głębokiej żałoby, z drugiej – w zgentryfikowanym Portland skazany byłby na usługiwanie krezusom, gustującym nie tyle w dobrej kuchni, ile prestiżu i trendach, żyłby w świecie banalnego performowania statusu. Debiut Sarnoskiego podszyty jest więc klasową refleksją, co czyni go filmem bardziej „robinhoodowskim” niż sam „Koniec legendy”, w którym współczesna ikona walki o sprawiedliwość społeczną „rabuje i zabija dla przyjemności”. Możliwe, iż w czasach postępującej koncentracji bogactw i władzy potrzebujemy więcej bohaterów jak u Keighleya i Curtiza.
Tego typu zarzuty są jednak wpisane w grę, w którą wciąga odbiorców Sarnoski. Koniec końców jego film jest jedynie kolejną wersją legendy. Pieśń „Robin Hood i Guy z Gisbourne” nie różni się od „Facetów w rajtuzach” Brooksa bardziej, niż disnejowski „Robin Hood” od „Końca legendy”. Sarnoski sprawdza, jak narracje zmieniają się w czasie, jak wczorajsi złoczyńcy mogą stać się bohaterami i vice versa. Rozprzestrzeniające się po królestwie pieśni zakłamują historię, stawiając Robina w roli wzoru cnót – zupełnie jakby potrzeba posiadania autorytetu, jednostki, która uporządkuje chaos, była silniejsza. Kiedy bohaterowie zawodzą, trzeba ich po prostu wymyślić na nowo (przypomnijcie sobie finał „Mrocznego Rycerza”).
Jednakże „Koniec legendy” w mniejszym stopniu dotyczy polityki pamięci niż samej pamięci. Jest taka scena, w której Mały John wspomina spotkanie z garncarzem (to temat jednego z szesnastowiecznych rękopisów). Mimo wysiłków nie jest w stanie z pełnym przekonaniem stwierdzić, czy zostawili go na drodze nagiego. Robin kwituje, iż to wyłącznie bajda, gdyż w rzeczywistości garncarz nie uszedłby z życiem. Sarnoski zastanawia się nad tym, jak zapamiętujemy, ale również, co zapamiętujemy. W pamięci wspomnienia prawdziwe kotłują się z fałszywymi, autobiograficzne nibyfakty nieustannie zniekształcane są przez czas i dopowiadane poniewczasie informacje. Choćby przez dynamikę wspomnień historia przeistoczyć się może w legendę.
W drugiej połowie filmu Sarnoski dokonuje radykalnego zwrotu. Ranny Robin Hood trafia do opactwa św. Klemensa, gdzie opiekuje się nim siostra Brigid (Jodie Comer). Wtedy też szerokie ujęcia surowych, chłodnych wzgórz ustępują miejsca rozświetlonym zbliżeniom – ze świata agresji i wrogości, trafia do miejsca, w którym może uwierzyć, iż lepsze, bardziej wspólnotowe życie jest możliwe. Niestety droga do odkupienia pełna jest kłód rzucanych przez pamięć – świadomość przewinień należy bowiem do najtrwalszych wspomnień, tych jątrzących się i przeżywanych na nowo.
Zestawiając polski tytuł filmu Sarnoskiego z angielskim, można by dojść do wniosku, iż mowa o dwóch zupełnie różnych utworach. „Śmierć Robin Hooda” nie oznacza przecież „Końca legendy” – ona będzie trwać, przeistaczać się, odkrywać przed odbiorcami nowe sensy na długo po śmierci jej bohatera, rozrastać się, jak dąb z Sherwood, który obumarł, ale w zbiorowej pamięci przez cały czas będzie rozkwitał.
Na śmierci da się zarobić. Nie chodzi choćby o sam przemysł funeralny, ale pewien sposób handlowania pamięcią. Choćby wszystkie te napisane naprędce teksty in memoriam artystów, byle popularnych, które powstają nie tyle z potrzeby serca, co z wytycznych SEO. Wieść o obumierającym dębie niemal zbiegła się w czasie z premierą „Robin Hooda: Końca legendy”, zatytułowanej w oryginale „Śmierć Robin Hooda” („The Death of Robin Hood”). Łebski adept marketingu, który słyszał co nieco o RTM-ie, mógłby to wykorzystać. Samograj: drzewo, wokół którego zbierał się słynny banita i jego kompani, uschło ostatecznie z tęsknoty. Zapłacz nad nim i jego patronem w kinie.
Taka strategia z pewnością zbiłaby widzów z pantałyku, bowiem jedno z pytań, które zadaje Michael Sarnoski, brzmi: Czy Robina w ogóle należy opłakiwać? W „Końcu legendy” filmowiec stojący za udaną „Świnią” interpretuje historię angielskiego awanturnika w sposób tyleż rewizjonistyczny, co pierwotny. Rewizjonistyczny, bo szargający świętość postaci kanonizowanej w „Przygodach Robin Hooda” (1938). Pierwotny, bo znajdujący punkty styczne z najwcześniejszymi przekazami, zaskakująco różnymi od zbiorowych wyobrażeń.
Owo imaginarium w dużej mierze zaprogramował wzorcowy film Williama Keighleya i Michaela Curtiza z 1938 roku. To właśnie za nimi twórcy w obiegu kultury popularnej powtarzają legendę sir Robina z Locksley – saskiego szlachcica stającego na czele rewolty „obciążonych podatkami, przepracowanych i opłacanych nożem, pałką lub sznurem” chłopów. W klasyku kina płaszcza i szpady obdarzony wdziękiem Errola Flynna wichrzyciel z szelmowskim uśmiechem i ciętym językiem drwi z zepsutych, przekupnych elit, nawołując do odbierania bogatym i dawania biednym. W pamięci został mieniący się jaskrawą zielenią technicoloru kostium: tunika, rajtuzy oraz charakterystyczna czapka z dziobem na przodzie.
Motywy oraz ikonografia utrwalone przez Keighleya i Curtiza powracały między innymi w disnejowskiej adaptacji z 1973 roku, w której zatracał się młodziutki Sarnoski. Przyszły filmowiec zdumiewał się, iż kreskówkowe przygody zawadiackiego lisa z Sherwood mogą współistnieć obok melancholijnej ballady „Robin Hood, jego śmierć” (ang. „The Death of Robin Hood”). „Koniec legendy” narodził się na styku obu utworów. Sarnoski wyjrzał poza opromienione wskutek dziesiątek przetworzeń dzieje angielskiej ikony, chcąc nie tyle dojść do wspólnego sedna, ile stematyzować nawarstwiające się różnice.
W pierwszych tekstach Robin Hood nie był szlachcicem, tylko – w dużym uproszczeniu – kimś na kształt wolnego chłopa. Nie namawiał do ludowego buntu, co więcej, nie dawał po sobie poznać, by wielce obchodziła go sprawiedliwość społeczna. Choć przebąkiwano, iż „wiele ludziom ubogim uczynił dobro”, powodował nim raczej partykularny interes. Walczył z urzędnikami i klerem, ale nie było mowy o oddawaniu zrabowanych bogactw biednym. Było natomiast o przemocy. Co prawda relatywizowanej, bo stosowanej wyłącznie w celu obrony własnej lub usprawiedliwionej zemsty, wciąż jednak brutalnej – krwawy koniec czekał Guya z Gisbourne, którego głowę Robin ściął, a potem triumfalnie nadział na koniec łuku.
Sarnoski podąża śladami okrucieństwa pierwszych ballad – z tą różnicą, iż dotarłszy do granicy wytyczonej przez poprzedników, bezceremonialnie ją przekracza. Robin Hood bezlitośnie rozprawiał się z nieprzyjaciółmi, jednocześnie unikał niepotrzebnej zwady i nie wchodził w drogę ludziom uczciwym. Tymczasem już pierwsze sceny „Końca legendy” udobitniają, iż tytułowemu bohaterowi bliżej do bandyty niż szlachetnego rabusia. Podstarzały Robin (Hugh Jackman) rozmawia tu przy ognisku z nieznajomym, poszukującym legendarnego łucznika. Nie wyjawiając swojej tożsamości, pyta dzieciaka, co o nim wie, a ten wymienia rozdawanie srebrna biednym, gorliwe modlitwy i romans z piękną Lady Marion. Banita jednak wszystkie te odpowiedzi wkłada między bajki. Dodaje: „Nie był bohaterem. Rabował i zabijał dla przyjemności, nic więcej”.
Gdy Robin spotyka po latach Małego Johna (Bill Skarsgård), nie towarzyszą temu fanfary. Zamiast wybuchu emocji przejście do porządku rzeczy, w końcu dawny kompan potrzebuje pomocy w odbiciu gospodarstwa. Rzecz w tym, iż nie należy do niego – osiadł na nim po zamordowaniu właściciela i kradzieży jego tożsamości. Teraz rodzina ofiary przyszła upomnieć się o swoje. Robin godzi się mu pomóc, skuszony wizją śmierci w walce, to jest śmierci „godnej”. Wszczęta przez nich wojna nie rymuje się jednak z godnością, uczciwością i szacunkiem. Sarnoski akcentuje to dzięki inscenizacji starć: usytuowanych na antypodach popisów fechtunku z filmów płaszcza i szpady, brutalnych i upodlonych, sprowadzających się do desperackiej walki o przeżycie, podpatrzonej u Michôda i Eggersa.
Robin Jackmana w niczym nie przypomina wizerunku Errola Flynna. Gdy na początku filmu siwa długa broda i skołtunione włosy niemal przesłaniają mu twarz, ubrany w skóry i futra jawi się niemal jako zwierzę. Nie ma w nim jednak dzikości wygłodniałego drapieżnika. Od podstarzałego banity biją przygnębienie i apatia, w jego podkrążonych oczach, opadających polikach i głębokich bruzdach rysuje się obraz wyczerpania pełnym przemocy życiem. Prezencja Jackmana jest znakomita, choćby jeżeli za dużo tu emfazy, jakby w kontrze do będącej popisem minimalizmu roli Nicolasa Cage’a w „Świni” (co zabawne, jego bohater nazywał się Robin Feld).
Zresztą „Koniec legendy” ciekawie pracuje z debiutem Sarnoskiego zarówno na płaszczyźnie podobieństw, jak i różnic. Na najbardziej podstawowym poziomie oba filmy można czytać jako opowieść o przemijaniu. Natomiast wartość tego porównania kryje się tam, gdzie nie docierają oczywistości. Z jednej strony w „Świni” Robin Feld zaszył się w lesie w wyniku głębokiej żałoby, z drugiej – w zgentryfikowanym Portland skazany byłby na usługiwanie krezusom, gustującym nie tyle w dobrej kuchni, ile prestiżu i trendach, żyłby w świecie banalnego performowania statusu. Debiut Sarnoskiego podszyty jest więc klasową refleksją, co czyni go filmem bardziej „robinhoodowskim” niż sam „Koniec legendy”, w którym współczesna ikona walki o sprawiedliwość społeczną „rabuje i zabija dla przyjemności”. Możliwe, iż w czasach postępującej koncentracji bogactw i władzy potrzebujemy więcej bohaterów jak u Keighleya i Curtiza.
Tego typu zarzuty są jednak wpisane w grę, w którą wciąga odbiorców Sarnoski. Koniec końców jego film jest jedynie kolejną wersją legendy. Pieśń „Robin Hood i Guy z Gisbourne” nie różni się od „Facetów w rajtuzach” Brooksa bardziej, niż disnejowski „Robin Hood” od „Końca legendy”. Sarnoski sprawdza, jak narracje zmieniają się w czasie, jak wczorajsi złoczyńcy mogą stać się bohaterami i vice versa. Rozprzestrzeniające się po królestwie pieśni zakłamują historię, stawiając Robina w roli wzoru cnót – zupełnie jakby potrzeba posiadania autorytetu, jednostki, która uporządkuje chaos, była silniejsza. Kiedy bohaterowie zawodzą, trzeba ich po prostu wymyślić na nowo (przypomnijcie sobie finał „Mrocznego Rycerza”).
Jednakże „Koniec legendy” w mniejszym stopniu dotyczy polityki pamięci niż samej pamięci. Jest taka scena, w której Mały John wspomina spotkanie z garncarzem (to temat jednego z szesnastowiecznych rękopisów). Mimo wysiłków nie jest w stanie z pełnym przekonaniem stwierdzić, czy zostawili go na drodze nagiego. Robin kwituje, iż to wyłącznie bajda, gdyż w rzeczywistości garncarz nie uszedłby z życiem. Sarnoski zastanawia się nad tym, jak zapamiętujemy, ale również, co zapamiętujemy. W pamięci wspomnienia prawdziwe kotłują się z fałszywymi, autobiograficzne nibyfakty nieustannie zniekształcane są przez czas i dopowiadane poniewczasie informacje. Choćby przez dynamikę wspomnień historia przeistoczyć się może w legendę.
W drugiej połowie filmu Sarnoski dokonuje radykalnego zwrotu. Ranny Robin Hood trafia do opactwa św. Klemensa, gdzie opiekuje się nim siostra Brigid (Jodie Comer). Wtedy też szerokie ujęcia surowych, chłodnych wzgórz ustępują miejsca rozświetlonym zbliżeniom – ze świata agresji i wrogości, trafia do miejsca, w którym może uwierzyć, iż lepsze, bardziej wspólnotowe życie jest możliwe. Niestety droga do odkupienia pełna jest kłód rzucanych przez pamięć – świadomość przewinień należy bowiem do najtrwalszych wspomnień, tych jątrzących się i przeżywanych na nowo.
Zestawiając polski tytuł filmu Sarnoskiego z angielskim, można by dojść do wniosku, iż mowa o dwóch zupełnie różnych utworach. „Śmierć Robin Hooda” nie oznacza przecież „Końca legendy” – ona będzie trwać, przeistaczać się, odkrywać przed odbiorcami nowe sensy na długo po śmierci jej bohatera, rozrastać się, jak dąb z Sherwood, który obumarł, ale w zbiorowej pamięci przez cały czas będzie rozkwitał.















