Obczyzna

filmweb.pl 2 dni temu
Zdjęcie: plakat


Okna mojego canneńskiego pokoju wychodzą na morze, choć z piątego piętra zamiast fal liżących piasek widzę dwie palmy kiwające głowami na wietrze. Kino potrafi imitować znajome obrazy, nie sądziłem jednak, iż "Ojczyzna" już w pierwszej scenie przeniesie na ekran akurat ten. W filmie Pawła Pawlikowskiego wszystko zaczyna się jednak gdzie indziej; niby niedaleko, ale długo przede mną i nie aż tak długo przed nim. Chyba tylko 700 metrów stąd, a może aż 77 lat.

W czasach dawnych, bo czarno-białych i z telefonami na długim zakręcanym kablu, brat dzwoni do siostry – choć dzielą widok na morze, dzieli ich ocean. Brat to Klaus Mann (August Diehl), wrażliwy pisarz, który niemal dokładnie 77 lat temu zmarł tragiczną samobójczą śmiercią po długotrwałym piekle choroby psychicznej i uzależnienia od morfiny. Siostra to Erika Mann (Sandra Hüller), która niemal dokładnie 77 lat temu odebrała od niego ostatni telefon, a kilka dni później jeszcze jeden – już nie od niego, ale w jego sprawie. Gdy zadzwonił ten pierwszy, pakowała walizki w podróż do Europy, którą kiedyś, kiedy Europa stanowiła jeszcze centrum wszechświata, nazywała swoim domem. W krótkiej rozmowie zachęcała brata, by pojechał tam razem z nią oraz ojcem, może licząc na zakopanie wyrwy w rodzinnych połączeniach, a może tych tożsamościowych. Tak, tak, przemyślę to, ale dla ciebie, nie dla niego, kocham cię i tęsknię za tobą – powiedział. Kocham cię i tęsknię za tobą – odpowiedziała.

  • Agata Grzybowska


Gdy zadzwonił ten drugi, razem z ojcem meldowała się do hotelu w niemieckim Weimarze, choć był to już inny Weimar i inna niemieckość, niż te, które szesnaście lat wcześniej zostawili za sobą. Tym razem numer wybierała matka. Pogrzeb odbędzie się w Cannes tego dnia i o tej porze, przedawkował środki nasenne, nie zostawił choćby żadnego listu – zapłakała. Pisał je całymi latami, dlatego nie zostawił – zapłakała w odpowiedzi.

Tomasz Mann (Hanns Zischler) nie zapłakał. Zaaferowany przygotowaniami do wykładów udzielanych z okazji odebrania dwóch Nagród Goethego (tej z Zachodniego Frankfurtu i tej konkurencyjnej, ze Wschodniego Weimaru) nie był zainteresowany żałobą. Klaus był rozpuszczonym dzieckiem i narkomanem – usprawiedliwi swój dystans, tak jakby za rozpuszczonym dzieckiem i narkomanem nie powinno się płakać; tak jakby syn sam był sobie winny, jakby śmiercią zebrał zasiany przez siebie plon, logiczną konsekwencję własnych wyborów.

Pisarz długo też nie chciał pozwolić sobie na postawienie stopy na niemieckiej ziemi, po tym, gdy opuścił ją w 1933 roku. To koszmar […]Ci tam, na miejscu, ci "wewnątrz" wierzą, iż przeszli przez bardzo wiele, a my, rzekomi uchylający się, nie — podczas gdy jest dokładnie odwrotnie: to my wyjechaliśmy i zobaczyliśmy świat, a oni nie doświadczyli tych dwunastu lat – pisał do Paula Amanna w roku zakończenia wojny. Cztery lata zajęło mu dojście do wniosku, iż jego obowiązkiem jako urodzonego w Niemczech intelektualisty może okazać się wyjaśnienie rodakom, co tak naprawdę wydarzyło się przez te dwanaście lat. I wcześniej; jak faszyzm wyrastał z gleby rodzimej kultury, jak rósł podlewany międzywojennym kryzysem i upokorzeniem oraz jak zakwitł w 1933 roku dojściem Hitlera do władzy. Jak przekwitł później w czasie wojennego horroru i jak ostatecznie nie wypleniono go przecież całkowicie.

Odwiedzając Zachodnie Niemcy, na bankietach Mann spotyka dawnych znajomych, współpracowników i ludzi, których poznać nie chce; tych pozostałych w kraju i tych, którzy w służbie terroru wciągali ich na wysokie stanowiska akademickie i kulturalne, organizowali premiery, gale i – również – bankiety. Także takie jak ten, na którym zebrani witają pisarza po latach, a on zastanawia się, do ilu z dłoni, które właśnie ściska, wciąż klei się niedomyta krew. Albo takie jak ten, na którym Joanna Kulig w pięknej sukni śpiewa skomponowane w końcówce lat 30. "Musik! Musik! Musik!", goście tańczą swinga, a potem wracając chwiejnie do domu nucą żołnierskie pieśni nazistów.

  • Agata Grzybowska


Proszę, przyjedź jak najszybciej; spójrz w twarze poorane żałobą, zobacz niewypowiedziane cierpienie... przyjedź gwałtownie jak ten dobry lekarz, który widzi nie tylko objawy, ale i przyczynę choroby, i stara się przede wszystkim ją usunąć – krótko po wojnie apelował Walter von Molo, ale i wówczas Mann nie był zainteresowany żałobą. Do Niemiec przyjechał jako głos sumienia, nie pociechy – świadomy, iż aby kroczyć naprzód, należy przeszłość zrozumieć, a nie się od niej odwrócić. Właśnie dlatego wzdrygnął się pewnie na widok słów o usunięciu choroby – gdy tymczasem trzeba uczynić ją centrum dyskursu, bo historii, wbrew społecznej woli, nie da się zresetować. Pisarz odwraca się więc od traumy Niemiec, która – przybierając kształty zbombardowanych domów, rozbitych rodzin i zmarłych synów – również jest logiczną konsekwencją wyborów narodu. Narodu, który przecież jest sam sobie winny; który własną śmiercią i zniszczeniem zebrał zasiany przez siebie plon.

Pawlikowski widzi to jednak inaczej od pisarza – gdyby tak nie było, czemu w "Ojczyźnie" miałby zestawiać ze sobą te dwa porządki mannowskiego niewzruszenia? choćby jeżeli mózgiem filmu pozostaje ojciec głoszący odczyty o Goethem do pełnych audytoriów, jego sercem jest zdruzgotana śmiercią brata Erika. Męska racjonalność i kobieca emocjonalność, niemiecka myśl płodząca cierpiącą duszę – podobnie ostre opozycje reżyser kreśli na łamach całej trylogii powojennej Europy. Żydówka w habicie i Krwawa Wanda zostają w "Idzie" połączone więzami krwi. W "Zimnej wojnie" wschód i zachód Europy ubierają cielesne kostiumy kobiety i mężczyzny, niemogących żyć ani ze sobą, ani bez siebie. Trzy filmy łączy nie tylko format obrazu i czarno-biała perfekcja zdjęć Łukasza Żala, nie tylko poczucie wagi każdego ujęcia, historyczny namysł i Joanna Kulig śpiewająca do mikrofonu. To też porażająca precyzja opowiadania i budowania bohaterów: choćby jeżeli osadzonych na kartach historii, to większych od własnych biografii i zapisanych na stronach scenariusza psychologii. Literaturoznawcy i germaniści zwrócą uwagę na pewne przesunięcia: iż Mann w podróż do Niemiec wyruszył dopiero po śmierci syna. Że podczas trasy przez podzieloną ojczyznę odwiedził też Stuttgart, Monachium i Norymbergę, spędzając tym samym znacznie więcej czasu w RFN niż strefie radzieckiej. Że zmiany te przedstawiają pisarza trochę innym, niż był w rzeczywistości.

"Ojczyzna" interesuje się jednak Mannem nie tylko jako jednym z najwybitniejszych niemieckich pisarzy w historii; adekwatnie w ogóle nie interesuje się nim w ten sposób. Zamiast tego autor "Czarodziejskiej góry" jest tu raczej zapomnianą figurą przedwojennego intelektualisty, wierzącego w obraz świata zrównanego z ziemią pod naporem bomb; burżuazyjnym reliktem, jak sam powie o sobie w jednej ze scen. W zachodnim Frankfurcie jego wykładów słuchają tłumy pięknie ubranych pań i panów, które nie mają pojęcia, o czym ten starszy mężczyzna adekwatnie mówi do nich ze sceny. Potem zamiast esencji pytają o polityczną bieżączkę, podejrzliwi wobec jego planów wyjazdu do NRD. Wtedy (a może jeszcze wcześniej?) zaczyna czuć, iż do Ameryki już nigdy nie wróci – mimo, iż ostatnie lata spędził w Kalifornii jako obywatel USA. Gdzie jest dom? – pyta go dziennikarka. Mieszkam w Stanach Zjednoczonych, ale to, gdzie przynależę, jest znacznie bardziej skomplikowanym pytaniem – odpowiada.

Owszem, ojczyzną Manna są Niemcy, ale jego Niemiec już nie ma. Po zachodniej stronie czuje się intruzem: na recepcji hotelu Metropol zamiast pochwalnych listów czekają go pogróżki i wyzwiska: Komuch, czerwona świnia, nie chcemy Cię tutaj! Przez krótki czas patrzy przychylniej na Wschód, bo i Wschód przychylniej patrzy na niego. Przed przygraniczną restauracją kłania mu się dziecięcy chór partyjnej młodzieżówki. Witamy wielkiego pisarza Tomasza Manna, wiwat! Wiwat! – krzyczą jednym głosem, ale gwałtownie staje się jasne, iż komunistów też nie obchodzą jego słowa, wszystko jest tu częścią politycznego teatrzyku. Po wystąpieniu publiczność przegapia, iż odczyt zdążył dobiec już końca, dopiero po chwili jakby wybudzona zbiera się do gromkich oklasków na stojąco. Z kolei przy kolacji radziecki oficjel wchodzi z nim w filozoficzną polemikę: Nie uważa Pan, iż Goethemu bliżej jest do Marksa niż Hegla? Pod gruzami wojny poległa intelektualna Europa; myśl, jak i wszystko inne, stała się manifestacją politycznej intencji. Powrót do ojczyzny okazuje się nie być wcale powrotem do kraju ojców, choćby jeżeli miejsca noszą znajome nazwy, a ludzie witają się w znajomym języku.

Choć wojna skończyła się cztery lata wcześniej, konflikt wciąż nie dobiegł końca. Kontynent stał się polem walki dwóch światowych mocarstw, na zawsze tracąc swoją potęgę, sprawczość i godność. W "Ojczyźnie" przypomina o tym wszystko, choćby niewinna niczemu muzyka: pełna słów zagłuszający jej pierwotny sens, ale kiedyś niema i doskonała. Wykorzystywana przez komunistów i kapitalistów do powiększania strefy politycznych wpływów, ale kiedyś, jak ta tworzona przez Bacha czy Wagnera, zaprzężona w służbie czegoś większego. Pytanie, czy to "coś większego" naprawdę przepadło bezpowrotnie, poświstuje cichutko tam, gdzie nikt nie ma interesu go zagłuszyć; wokół pokrytych bluszczem rzeźb o zatartych twarzach i w sypiących się ruinach nieodbudowanych kościołów. Na zgliszczach europejskiej kultury, których i Mann, nie wybierając między Wschodem i Zachodem, w końcu stanie się częścią.
Idź do oryginalnego materiału