Obcy Wśród Nas

newsempire24.com 8 godzin temu

Przybłuda powiedziała tak, jakby to była jedyna prawda. Starsza córka, Zosia, była taką zrzędliwą niewdzięczną, iż w wieku trzydziestu lat już nie mogła znieść żadnego faceta. Młodsza, Jola, pulchna i wesoła, tylko przytaknęła z uśmiechem. Mama, Halina, milczała, choć widać było, iż przyszła synowa też jej się nie podoba. Co w niej mogło podobać? Jedyny syn, Tomek, po służbie w Wojsku przywiózł ze sobą żonę. A tej żony nie było ani ojca, ani matki, ani grosza w kieszeni. Nikt nie wiedział, czy dorastała w domu dziecka, czy w rodzinie znajomych. Tomek milczał i żartował: Nie martw się, mamo, już się wzbogacimy. A co przywiózł do naszej rodziny? Może jakaś złodziejka, oszustka wiesz, jak się w te czasy wszystko miesza.

Walentyna Nikiticz, odkąd Przybłuda wpadła do domu, nie spała jedną noc. Półprzytomnie drzemnęła, cały czas czując, iż zaraz coś się stanie, gdy zacznie grzebać w szafach. Dzieciaki ją podburzały: Mamo, schowaj lepsze rzeczy w rodzinie, nie wiesz, co nam się przydarzy!. Szukali futra, złota. Bo co, jak się pewnego pięknego poranka obudzimy i zobaczymy, iż wszystko zniknęło?

A Tomek miał już dość. Kto wprowadził taką osobę do domu? Gdzie były jego oczy? Nie widać wcale.

Nie zostawało nic innego, jak żyć dalej i przyzwyczaić się do Przybłudy.

Dom był duży, ogród trzydzieści arówek, trzy prosiaczki w zagrodzie, ptaki nie da się policzyć. Nie da się nie pracować cały dzień. Przybłuda nie narzekała. Gotowała, sprzątała, zajmowała się prosiakami. Starała się przypodobać teściowej. Ale jak serce matki nie chce, choćby złoto nie pomoże wszystko będzie nie tak. Niechciana synowa, dręczona od razu w pierwszy dzień, powiedziała:

Zwracaj się do mnie po imieniu i patronimiku. Tak będzie lepiej. Mam już własne córki, a ty nie zostaniesz taką samą, jak one.

Od tej pory zwracała się do niej Walentyna Nikiticz, a matka nie używała już słowa synowa. Coś trzeba było zrobić, więc mówiła: Trzeba coś zrobić. Nic więcej. Nie było przyzwolenia na bajki. Ale siostrzyczki nie pozwalały żadnej niechcianej osoby w domu. Zawsze wkładały wszystko w porządek. Czasem matka musiała przytrzymać rozchodzące się córki, nie ze względu na przywilej Przybłudy, ale bo w domu trzeba mieć porządek, a nie kłótnie. Zwłaszcza iż dziewczyna okazała się pracowita, chwytała wszystko, nie była leniwa. Powoli, choćby matka zaczęła się do niej przyzwyczajać.

Może z czasem wszystko by się ułożyło, gdyby nie Tomek, który po prostu odszedł.

I co ma z tym zrobić facet, który od rana do nocy słyszy dwa głosy wciągające: Na którym się ożenił, na którym się ożenił. Zresztą Zosia w końcu zapoznała go z jakąś koleżanką i zaczęło się kręcić. Siostrzyczki cieszyły się, iż Przybłuda w końcu się posprząta. Mama milczała, a Przybłuda udawała, iż nic się nie stało, tylko patrzyła smutno w oczy. Nagle, jak grzmot w słoneczny dzień, dwie wieści: Przybłuda była w ciąży, a Tomek rozwodzi się z nią.

Nie może tak być odrzekła Halina Tomekowi. Nie zamierzałam cię taką poślubić.

Ale co zrobić, jak już się poślubiło, żyj! Nie ma co marudzić. Niedługo zostaniesz ojcem. jeżeli zepsujesz rodzinę, wyślę cię z domu i nie będę cię poznawać. A Szarlota zostanie tutaj.

Po raz pierwszy w życiu mama nazwała Przybłudę po imieniu. Siostry zamarły. Tomek wściekł się, mówiąc: Jestem facetem, decyduję. Mama w rękach położyła się i zaśmiała: Jaki jesteś facet? Dopiero nosisz spodnie. Kiedy urodzisz dziecko, wyhodujesz je, dasz mu rozum, wychowasz, dopiero wtedy będziesz prawdziwym facetem!.

Mama nigdy nie szukała wymówek, a Tomek wciąż wracał do niej.

Wszystko, co postanowił, zostawił. Szarlota została. Po pewnym czasie urodziła dziewczynkę i nazwała ją Walentynką. Mama, kiedy się dowiedziała, nic nie powiedziała, ale widać było, iż się cieszy.

W domu nic się nie zmieniło, tylko Tomek zgubił drogę do domu i się obraził. Mama też się martwiła, ale nie okazywała tego. Natomiast wnuczkę rozkochała, rozpieszczała, kupowała prezenty, słodycze. Szarlota jednak nigdy nie wybaczyła, iż straciła syna przez nią. Nie powiedziała jednak ani słowa.

Minęło dziesięć lat. Siostry wyszły za mąż, a w dużym domu zostały trzy: mama, Szarlota i Walentynka. Tomek poszedł na pobór i wyjechał z nową żoną na północ. Do Szarloty podchodził emerytowany żołnierz, starszy od niej, który zostawił jej mieszkanie po rozwodzie i sam mieszkał w akademiku. Dostawał pensję, był poważnym kandydatem na zięcia. Szarlocie też się spodobał, ale co z nią zrobić? Do teściowej?

Wytłumaczyła mu wszystko, przeprosiła i wyprowadziła się. A on nie był głupi pojechał do matki: Walentyno Nikiticz, kocham Szarlotę, nie mogę bez niej żyć.

Matka nie drgnęła.

Kochasz? No to zamieszkajcie razem i żyjcie.

Zamilkła i dodała:

Nie dam ci szarpać Walentynki po mieszkaniu. Mieszkaj tutaj, u mnie.

I tak mieszkali razem. Sąsiedzi już nie przestawali gadać, jak szalona Nikiticz wyrzuciła syna z domu, a Przybłuda przyjęła chłopa. Nie przejmowali się plotkami, nie rozmawiali z sąsiadkami, nie gadały o młodzieży, trzymały się dumnie i niewzruszenie. Szarlota urodziła Kasię. Mama nie mogła się nimi nacieszyć, choć wcale nie była ich babcią. No i co z tego?

A tu nagle pech. Szarlota poważnie zachorowała. Mąż podpadł, choćby alkoholem próbował sobie pomóc. Mama po cichu, bez słów, wyciągnęła wszystkie pieniądze z książeczki i zabrała Szarlotę do Warszawy. Leczyła ją wszelkimi lekami, u lekarzy, ale nic nie pomogło.

Rano Szarlota poczuła się lepiej i poprosiła mamę o rosół z kurczaka. Mama gwałtownie zabiła kurę, opieliła i ugotowała. Gdy podała rosół, Szarlota nie mogła go zjeść i po raz pierwszy w życiu zapłakała. I matka, której nigdy nie widziano płaczącą, płakała razem z nią:

Co się stało, kochana, iż odchodzisz, kiedy dopiero cię pokochałam? Co robisz?

Potem uspokoiła się, otarła łzy i rzekła:

Nie martw się o dzieci, nie zginą.

Do końca nie płakała już więcej, siedziała obok, trzymała Szarlotę za rękę i cicho głaskała, jakby prosiła o wybaczenie za wszystko, co się stało.

Kolejne dziesięć lat minęło. Walentynkę zaręczono, a Zosia i Jola przyjechały, starsze, pomięte. Obydwie już nie mogły mieć dzieci. Zgromadziła się cała rodzina. Tomek przyjechał, choć już rozstał się ze swoją żoną i mocno pił. Kiedy zobaczył, jak piękna stała się Walentynka, ucieszył się. Nie spodziewałem się, iż mam taką wspaniałą córkę. A gdy usłyszał, iż jego córka nazywa ojca cudzym mężczyzną, zgasiło go gniew i zwrócił się do matki z pretensjami: Wpuściłaś tu obcego faceta, niech sprząta, nie ma tu nic dla niego. Ja jestem ojcem.

Matka odpowiedziała:

Nie, synu. Nie jesteś ojcem. Jak małe dziecko nosi spodnie, tak już nie dorósł do faceta.

Powiedziała to, jakby to była ostatnia myśl. Tomek nie wytrzymał upokorzenia, spakował rzeczy i znowu wyruszył w drogę. Walentynka wyszła za mąż, urodziła syna i nazwała go Aleksander, na cześć przybranego ojca. A babcię Walię pochowano w pobliżu Szarloty w zeszłym roku.

Tak leżą w szeregu: synowa i teściowa. A wiosną między nimi wykiełkowała wierzba. Skąd się wzięła, nie wiadomo. Nikt jej nie posadził. Może to był pożegnalny gest Szarloty, a może ostatni wyraz przeprosin matki.

Idź do oryginalnego materiału