O szóstej rano mój mąż zrzucił mnie z łóżka. Najpierw myślałam, iż to zwykły przypadek ot, senna nieuwaga ale już następnego dnia wszystko się powtórzyło. Stało się to po naszej wizycie u jego matki na wsi.
Jesteśmy małżeństwem dopiero od pół roku, ale po tych wydarzeniach stanowczo postanowiłam złożyć pozew o rozwód. Powód, dla którego tak się ze mną obchodził, wręcz mną wstrząsnął. Pozwólcie, iż opowiem, jak to wyglądało.
Dorastałam w Krakowie i nigdy nie miałam potrzeby wstawać o świcie. w tej chwili współpracuję z międzynarodową firmą, więc mój tryb pracy przesunięty jest na późne godziny nocne gdy u nas dzień, tam trwa noc, muszę zatem pracować do późna.
Mój mąż, Staszek, pochodzi z maleńkiej wioski pod Lublinem, gdzie wszyscy wstają skoro świt. choćby po przeprowadzce do miasta zachował swoje nawyki: o szóstej rano już na nogach, żąda jajecznicy i kawy.
Śniadanie jem zawsze o siódmej powiedział, gdy się poznaliśmy.
Wtedy tylko się roześmiałam, uznając, iż to nie problem. Po nocnej zmianie mogłam przecież odespać za dnia.
Przez pierwsze sześć miesięcy naszej wspólnej codzienności panował względny spokój. Starałam się pamiętać o jego zwyczajach i dogadywaliśmy się jak trzeba. Wydawało się, iż wszystko między nami jest w najlepszym porządku.
Wszystko zaczęło się psuć po tym, jak odwiedziliśmy jego matkę. Teściowa mieszka w niewielkiej wiosce, w starym, acz bardzo przytulnym domu. Gdy tylko tam dotarliśmy, pomyślałam, iż czeka mnie prawdziwa sielanka: zapach ciasta drożdżowego, plotki przy herbacie, miękki fotel pod oknem. Jednak rzeczywistość okazała się zupełnie inna.
Kilka godzin po przyjeździe już wiedziałam, iż sielanki nie będzie. Teściowa cały czas znajdowała powody, by mi dogryźć czy skomentować coś z przekąsem.
Prawdziwe kłopoty zaczęły się następnego ranka.
Trzeba ją obudzić, jak to się u nas robi rzekła teściowa podczas śniadania, kiedy jeszcze spałam. Później dowiedziałam się, iż Staszek postanowił zastosować się do jej słów i nauczyć mnie wstawania według wiejskich zwyczajów.
Kiedy po raz pierwszy brutalnie wyciągnięto mnie z łóżka, nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje.
Co ty wyprawiasz?! spytałam zła i wystraszona.
Nie słyszysz budzika, a mama mówi, iż tak najlepiej odpowiedział spokojnie.
Ale pracuję po nocach! Muszę się wyspać, żeby funkcjonować!
W naszej rodzinie tak się robi rzucił Staszek tonem, jakby to załatwiało sprawę.
Następnego ranka sytuacja się powtórzyła. Miałam wrażenie, iż mój mąż i jego matka zrobili z tego jakiś osobliwy rytuał.
Nie mogłam pojąć, jak człowiek, z którym chciałam związać życie, mógł tak gwałtownie zmienić się pod wpływem swojej matki.
Gdy wróciliśmy do Krakowa, Staszek stał się kimś zupełnie obcym. Wciąż powtarzał: Mama wie lepiej. Ta upartość przekonała mnie, iż różni nas zbyt wiele.
Obecnie przygotowuję wniosek o rozwód. Skończyła mi się cierpliwość.
A wy, co byście zrobili na moim miejscu? Może jednak zbyt pospiesznie podjęłam decyzję?











