Zaletą pracy jako aktorka jest to, iż przed wyjściem na scenę pewne niedoskonałości można zatuszować. Wystarczy chwila w garderobie – trochę się przypudruje i jesteś jak nowa, to jest: dzisiejsza, a nie wczorajsza. Odpowiedzialność polega na tym, iż wstajesz rano, przychodzisz do roboty, robisz to, co masz robić, a potem lecisz w cug i tak w kółko. Takie motto w swojej psychice wydziarane ma Garance (Adèle Exarchopoulos). Nigdy się nie spóźnia, w przedstawieniach dla dzieci, w których występuje, wypada zawsze świetnie. Jest lubiana, zabawna (serio) i w ogóle. Pije, bo lubi – albo dlatego, iż przywykła. Imprezuje codziennie, bo kto nie lubi się czasem rozerwać. Nie mija dużo czasu, nim Jeanne Herry, reżyserka filmu, da nam do zrozumienia, iż ten przebojowy lifestyle posiada swój przypałowy rewers.
"Garance" to film o chorobie alkoholowej. Już od pierwszych scen niniejszą ambicję tatuuje sobie niemal na czole. Ze sceny na scenę przeskakujemy szybko. Montażowe cięcia wyrywają bohaterkę z teatru, wrzucają do baru, z baru na parkiet, aż wreszcie zmęczony kierowca budzi zezgonowaną dziewczynę w komunikacji miejskiej. Dojechaliśmy do pętli. Wracamy do pętli. Jak u Hasa.
Filmowe reprezentacje alkoholizmu wypracowały sobie na przestrzeni lat swoją własną konwencję. Trudno się poniekąd dziwić. Sama choroba alkoholowa oparta jest na powielaniu określonych schematów zachowań związanych ze spożyciem. To z tego powodu powstają grupy anonimowych alkoholików, w ramach to których osoby z tym problemem poprzez wspólną wymianę doświadczeń są w stanie dzielić się metodami radzenia sobie z uzależnieniem. I ta schematyczność przebija także przez "Garance".
Na początku wszystko zdaje się cacy. Do czasu pierwszej interwencji. Zaprzyjaźniona trupa teatralna mówi bohaterce, iż przy jej obecnym trybie życia nie są z nią w stanie dalej pracować. Garance mówi, iż pić nie przestanie. Zdaje sobie sprawę, iż ma problem, ale nie chce i nie umie sobie z nim poradzić. Więc kooperacja dobiega końca. Zaniepokojone są także matka i siostra. Tej drugiej zdiagnozowano nowotwór, przez co istnieje poważne ryzyko, iż to właśnie Garance, ukochana ciocia, będzie musiała zająć się jej córką i dopiero co narodzonym synkiem. Stawki stają się coraz poważniejsze, a odmowa abstynencji coraz bardziej desperacka. Przełom pojawi się w momencie, w którym dziewczyna zrozumie, iż na szali leży jej własne życie.
Śmierć to widmo, które nieodłącznie unosi się nad alkoholicznymi opowieściami. Wyznaczała ostateczną granicę zarówno w "Pętli" Hasa, jak i "Zostawić Las Vegas" Figgisa. Z tym ostatnim film Henry łączy także wątek miłosny. Pauline (Sara Giraudeau), z którą Garance wchodzi w relację romantyczną, rozumie, iż warunkiem pozostania w jej orbicie jest akceptacja problemu dziewczyny. Pozostaje otwarta i pełna wsparcia, choćby pomimo autodestrukcyjności partnerki oraz faktu, iż pod jej wpływem sama zaczęła popadać w problem z alkoholem. Łącząca ich relacja mogłaby być ciekawym tematem samym w sobie. Ginie natomiast – podobnie jak większość zawiązywanych przez bohaterkę relacji – w narracyjnym chaosie.
Bo "Garance" to film niezwykle wręcz chaotyczny. Herry wypełnia życie swojej bohaterki po brzegi postaciami (zasadniczo: kobietami); co rusz wprowadza kolejne osoby, które następnie znikają na znaczną część filmu. O stosunku bohaterki do większości z nich dowiadujemy się nie tyle z interakcji między nimi, co z jej własnych ust. W narracyjnym pędzie nie ma czasu w show – jest za to przestrzeń na tell. Kiedy lekarka uświadamia Garance, iż jeżeli ta chce zrezygnować z picia, będzie musiała odciąć swoich starych znajomych, być może choćby wyjechać z miasta, dziewczyna odpowiada, iż nie może, iż są dla niej niezwykle ważni. I to pomimo tego, iż ich twarzy w zasadzie nie może sobie przypomnieć.
Z początku wydaje się, iż to montażowe rozedrganie służy tu oddaniu trybu życia bohaterki: pędzenia na złamanie karku i uciętych filmów. Ale tempo pozostaje niezmienne przez praktycznie cały film, niezależnie, czy mówimy tu o sekwencji epizodu codziennych libacji na paryskich domówkach, spokojnym sączeniu winka w domu swojej partnerki gdzieś poza stolicą czy wieńczącej film próbie abstynencji – każdy z tych etapów poznajemy poprzez serię migawek. Całą tę porozstrzelaną narrację cumuje postać samej Garance. Herry trzyma się blisko swojej bohaterki, a niewątpliwy aktorski talent Adele Exarchopoulos (którego dowodzi po raz kolejny) sprawia, iż przez cały metraż przelatuje się bezoporowo. Zastanawiasz się wtedy, czy to efekt pożądany w filmie traktującym o wyczłapywaniu się z głębokiego gówna.
Ta tonalna jednostajność filmu Herry maskuje tutaj zasadniczy problem alkoholowej konwencji, który "Garance" powiela w sposób dojmująco jaskrawy. Polega on na abstrahowaniu od samego doświadczenia najebki i konstruowaniu opowieści o chorobie alkoholowej, jak gdyby z zewnątrz samego uzależnionego podmiotu. Alkohol przestaje być fajną zabawą – staje się przymusem; nadzorcą, który nie pozwala nam nie pozostać pod wpływem. Wszelki koloryt sprawiający, iż substancja staje się dla nas tak atrakcyjna, gdzieś odparowuje. Nie ma w tym przyjemności, tylko jej konsekwencje: szara rzeczywistość wyboru między piciem a abstynencją. Nudna filmowa dydaktyka o konsekwencjach niekontrolowanego spożycia.
Parę lat wcześniej Thomas Vinterberg w "Na rauszu" udowadniał, iż próba filmowej reprezentacji choroby alkoholowej musi poruszać się po rejonach niebezpiecznej fetyszyzacji – iż aby zrozumieć alkoholika, potrzebujemy tej dozy romantyzacji, która filtruje jego doświadczenie i maskuje to, czego sam nie chce zobaczyć. "Garance" natomiast choćby nie tyle pozostaje na powyższą kwestię ślepy – powielając tym samym problem większości filmów z konwencji – co alkoholiczne doświadczenie wyraźnie zniekształca. Herry decyduje się bowiem uczynić z epizodu abstynencyjnego coś na kształt epilogu: wieńczy nim historię, gospodarując na tę potrzebę nie więcej niż dwadzieścia minut czasu ekranowego. Owa dysproporcja czasowa to jedno. Zasadniczy problem polega na łatwości, z jaką na tym ostatnim etapie przychodzi bohaterce zmienić swoje nawyki – i łatwości, z jaką Herry rozwiązuje w ten sposób większość jej problemów. Ta pokraczna konstrukcja stwarza wrażenie, iż trudnym etapem walki z chorobą alkoholową jest samo picie. Abstynencja natomiast wymaga może paru poświęceń, ale ostatecznie okazuje się happy endem, po którym wszyscy będą żyć długo i być może szczęśliwie. Film Herry zdaje się nakręcony z intencją krzepienia serc osób z podobnym problemem. Ostatecznie zaś w swoim wydźwięku okazuje się filmem potwornie nieuczciwym.
"Garance" to film o chorobie alkoholowej. Już od pierwszych scen niniejszą ambicję tatuuje sobie niemal na czole. Ze sceny na scenę przeskakujemy szybko. Montażowe cięcia wyrywają bohaterkę z teatru, wrzucają do baru, z baru na parkiet, aż wreszcie zmęczony kierowca budzi zezgonowaną dziewczynę w komunikacji miejskiej. Dojechaliśmy do pętli. Wracamy do pętli. Jak u Hasa.
Filmowe reprezentacje alkoholizmu wypracowały sobie na przestrzeni lat swoją własną konwencję. Trudno się poniekąd dziwić. Sama choroba alkoholowa oparta jest na powielaniu określonych schematów zachowań związanych ze spożyciem. To z tego powodu powstają grupy anonimowych alkoholików, w ramach to których osoby z tym problemem poprzez wspólną wymianę doświadczeń są w stanie dzielić się metodami radzenia sobie z uzależnieniem. I ta schematyczność przebija także przez "Garance".
Na początku wszystko zdaje się cacy. Do czasu pierwszej interwencji. Zaprzyjaźniona trupa teatralna mówi bohaterce, iż przy jej obecnym trybie życia nie są z nią w stanie dalej pracować. Garance mówi, iż pić nie przestanie. Zdaje sobie sprawę, iż ma problem, ale nie chce i nie umie sobie z nim poradzić. Więc kooperacja dobiega końca. Zaniepokojone są także matka i siostra. Tej drugiej zdiagnozowano nowotwór, przez co istnieje poważne ryzyko, iż to właśnie Garance, ukochana ciocia, będzie musiała zająć się jej córką i dopiero co narodzonym synkiem. Stawki stają się coraz poważniejsze, a odmowa abstynencji coraz bardziej desperacka. Przełom pojawi się w momencie, w którym dziewczyna zrozumie, iż na szali leży jej własne życie.
Śmierć to widmo, które nieodłącznie unosi się nad alkoholicznymi opowieściami. Wyznaczała ostateczną granicę zarówno w "Pętli" Hasa, jak i "Zostawić Las Vegas" Figgisa. Z tym ostatnim film Henry łączy także wątek miłosny. Pauline (Sara Giraudeau), z którą Garance wchodzi w relację romantyczną, rozumie, iż warunkiem pozostania w jej orbicie jest akceptacja problemu dziewczyny. Pozostaje otwarta i pełna wsparcia, choćby pomimo autodestrukcyjności partnerki oraz faktu, iż pod jej wpływem sama zaczęła popadać w problem z alkoholem. Łącząca ich relacja mogłaby być ciekawym tematem samym w sobie. Ginie natomiast – podobnie jak większość zawiązywanych przez bohaterkę relacji – w narracyjnym chaosie.
Bo "Garance" to film niezwykle wręcz chaotyczny. Herry wypełnia życie swojej bohaterki po brzegi postaciami (zasadniczo: kobietami); co rusz wprowadza kolejne osoby, które następnie znikają na znaczną część filmu. O stosunku bohaterki do większości z nich dowiadujemy się nie tyle z interakcji między nimi, co z jej własnych ust. W narracyjnym pędzie nie ma czasu w show – jest za to przestrzeń na tell. Kiedy lekarka uświadamia Garance, iż jeżeli ta chce zrezygnować z picia, będzie musiała odciąć swoich starych znajomych, być może choćby wyjechać z miasta, dziewczyna odpowiada, iż nie może, iż są dla niej niezwykle ważni. I to pomimo tego, iż ich twarzy w zasadzie nie może sobie przypomnieć.
Z początku wydaje się, iż to montażowe rozedrganie służy tu oddaniu trybu życia bohaterki: pędzenia na złamanie karku i uciętych filmów. Ale tempo pozostaje niezmienne przez praktycznie cały film, niezależnie, czy mówimy tu o sekwencji epizodu codziennych libacji na paryskich domówkach, spokojnym sączeniu winka w domu swojej partnerki gdzieś poza stolicą czy wieńczącej film próbie abstynencji – każdy z tych etapów poznajemy poprzez serię migawek. Całą tę porozstrzelaną narrację cumuje postać samej Garance. Herry trzyma się blisko swojej bohaterki, a niewątpliwy aktorski talent Adele Exarchopoulos (którego dowodzi po raz kolejny) sprawia, iż przez cały metraż przelatuje się bezoporowo. Zastanawiasz się wtedy, czy to efekt pożądany w filmie traktującym o wyczłapywaniu się z głębokiego gówna.
Ta tonalna jednostajność filmu Herry maskuje tutaj zasadniczy problem alkoholowej konwencji, który "Garance" powiela w sposób dojmująco jaskrawy. Polega on na abstrahowaniu od samego doświadczenia najebki i konstruowaniu opowieści o chorobie alkoholowej, jak gdyby z zewnątrz samego uzależnionego podmiotu. Alkohol przestaje być fajną zabawą – staje się przymusem; nadzorcą, który nie pozwala nam nie pozostać pod wpływem. Wszelki koloryt sprawiający, iż substancja staje się dla nas tak atrakcyjna, gdzieś odparowuje. Nie ma w tym przyjemności, tylko jej konsekwencje: szara rzeczywistość wyboru między piciem a abstynencją. Nudna filmowa dydaktyka o konsekwencjach niekontrolowanego spożycia.
Parę lat wcześniej Thomas Vinterberg w "Na rauszu" udowadniał, iż próba filmowej reprezentacji choroby alkoholowej musi poruszać się po rejonach niebezpiecznej fetyszyzacji – iż aby zrozumieć alkoholika, potrzebujemy tej dozy romantyzacji, która filtruje jego doświadczenie i maskuje to, czego sam nie chce zobaczyć. "Garance" natomiast choćby nie tyle pozostaje na powyższą kwestię ślepy – powielając tym samym problem większości filmów z konwencji – co alkoholiczne doświadczenie wyraźnie zniekształca. Herry decyduje się bowiem uczynić z epizodu abstynencyjnego coś na kształt epilogu: wieńczy nim historię, gospodarując na tę potrzebę nie więcej niż dwadzieścia minut czasu ekranowego. Owa dysproporcja czasowa to jedno. Zasadniczy problem polega na łatwości, z jaką na tym ostatnim etapie przychodzi bohaterce zmienić swoje nawyki – i łatwości, z jaką Herry rozwiązuje w ten sposób większość jej problemów. Ta pokraczna konstrukcja stwarza wrażenie, iż trudnym etapem walki z chorobą alkoholową jest samo picie. Abstynencja natomiast wymaga może paru poświęceń, ale ostatecznie okazuje się happy endem, po którym wszyscy będą żyć długo i być może szczęśliwie. Film Herry zdaje się nakręcony z intencją krzepienia serc osób z podobnym problemem. Ostatecznie zaś w swoim wydźwięku okazuje się filmem potwornie nieuczciwym.


















