"O krok za daleko" to przepisowy serial Harlana Cobena. Sprawdzamy, czy to wciąż działa – recenzja

serialowa.pl 2 godzin temu

Skoro coś działa, to po co to zmieniać, prawda? Z takiego założenia wyraźnie wychodzi Netflix, dając nam kolejne adaptacje Harlana Cobena, które niemal się od siebie nie różnią, co tylko zwiększa ich szanse na sukces.

„O krok za daleko” to już dwunasty (!) serial Netfliksa, za który odpowiada Harlan Coben. Popularnemu pisarzowi kolejny raz towarzyszy Danny Brocklehurst – scenarzysta odpowiadający wcześniej za kilka seriali na podstawie prozy Cobena, w tym jego największy hit, czyli „Już mnie nie oszukasz”. Wygląda więc na to, iż Netflix kolejny raz postawił na sprawdzony duet, który zagwarantuje sukces i sprawi, iż w pierwszych dniach 2026 roku miliony ludzi zostaną przykute do ekranu. Nie mam wątpliwości, iż właśnie tak będzie, bo po obejrzeniu całego sezonu mogę stwierdzić, iż kolejny raz zastosowano tę samą formułę. Dla mnie osobiście od dawna niestrawną, ale widocznie gwarantującą sukces.

O krok za daleko – o czym jest serial Harlana Cobena?

Naprawdę nie mam pojęcia, co można jeszcze napisać o serialach na podstawie książek Harlana Cobena, co nie będzie zwykłym przepisywaniem poprzednich recenzji jego produkcji. Skoro wszystkie te seriale wyglądają niemal identycznie, jakby jeden za drugim wyjeżdżały z kserokopiarki, trudno, by ich recenzje szczególnie się od siebie różniły. Dlatego z góry przepraszam, jeżeli czytając ten tekst pomyślicie, iż gdzieś już to kiedyś czytaliście. Miałem podobnie – wrażenie, iż gdzieś już to widziałem, towarzyszyło mi przez cały seans „O krok za daleko”.

„O krok za daleko” (Fot. Netflix)

Przeszłość prędzej czy później cię dopadnie – tak w uproszczeniu można byłoby podsumować motyw przewodni niemal każdej książki Harlana Cobena, a co za tym idzie także każdego jego serialu. Dotyczy to również „O krok za daleko”. W nowym serialu Netfliksa tajemnic z przeszłości będzie oczywiście od groma, a wszystko zacznie się w momencie, gdy Simon Greene (James Nesbitt, „Zostań przy mnie”), wiodący oczywiście z pozoru idealne życie, spotyka swoją córkę, Paige (Ellie de Lange, „Tatuażysta z Auschwitz”), która mniej więcej rok wcześniej uciekła z domu. To nie do końca przypadkowe spotkanie będzie początkiem reakcji łańcuchowej, która pochłonie wiele osób – przez całą historię przewinie się tuzin bohaterów, a każdy z nich będzie miał do ugrania jakieś własne interesy.

I oczywiście wszyscy będą tu mieli jakieś tajemnice, które prędzej lub później zaczną z destrukcyjną siłą wychodzić na światło dzienne. Nieważne, czy będzie to Ingrid, żona głównego bohatera (Minnie Driver, „Emily w Paryżu”), prywatna detektywka Elena Ravenscroft (Ruth Jones, „Gavin & Stacey) czy morderczy duet Ash (Jon Pointing, „Złotko”) i Dee Dee (Maeve Courtier-Lilley, „The Outpost”) – nikomu nie można wierzyć, co oczywiście twórcy będą sugerowali raz za razem, bawiąc się z widzami w kotka i myszkę, regularnie myląc tropy, dzięki czemu możemy przez cały seans tworzyć własne teorie, by na koniec kolejny raz przekonać się, iż nie mieliśmy prawa rozwiązać tej zagadki.

O krok za daleko to kolejny taki sam serial Cobena

Mimo tego sama historia, jaką nam tutaj zaserwowano, nie budzi absolutnie żadnych emocji, bo widzieliśmy ją już w w innych serialach Cobena. „O krok za daleko” od samego początku, niemal od pierwszej sceny, wygląda jak odbitka odbitki – niby wciąż ten sam obraz, ale jednak coraz słabszy. Ile bowiem można łapać się na te same zagrania – sugerowanie dzięki kamery, iż dana postać skrywa jakiś sekret czy serwowanie zwrotów akcji niemal do ostatniej minuty? Ile razy możemy oglądać montaże pokazujące sielankowe życie głównych bohaterów, zanim wszystko trafił szlag?

To wszystko już widzieliśmy, 1 stycznia 2025, 2024 roku i jeszcze kilka razy po drodze, także w polskich adaptacjach seriali Cobena. W swojej nieprzewidywalności ten niezwykle płodny pisarz stał się szalenie przewidywalny. jeżeli twórcy przez cały czas sugerują nam, iż jednego z bohaterów należy traktować szczególnie podejrzliwie, będzie on prawdopodobnie całkiem niewinny. Jakaś drugoplanowa postać zdaje się nie mieć absolutnie żadnej wartości dla fabuły? Poczekajcie, to prawdopodobnie zmieni się pięć minut przed końcem.

„O krok za daleko” (Fot. Netflix)

Harlan Coben tak naprawdę nie jest żadnym królem kryminału, jest tylko (albo aż) sprawnym rzemieślnikiem, toteż nie może dziwić, iż zasób jego trików jest dość mocno ograniczony. Ten główny to przede wszystkim wielokrotne serwowanie fałszywych tropów, podstawianie – już od 1. odcinka – widzom pod nos sugestii, które po jakimś czasie okazują się fałszywe i służą jedynie zaciemnieniu obrazu. I jasne, mówimy w końcu o serialu kryminalnym, więc dokładnie tego powinniśmy po autorze kryminałów oczekiwać. Problem w tym, iż kolejne twisty i mylne tropy coraz częściej są sztuką dla sztuki. Skoro twórcy nie idzie stworzenie intrygujących postaci, które choć trochę obchodziłyby widza, trzeba to czymś przykryć.

Bo tak jak i w innych serialach Cobena, tak i w „O krok za daleko” bohaterowie są niesamowicie płascy, dla większości z nich trudno znaleźć więcej niż jedną cechę charakteru. Definiować możemy ich tylko przez wydarzenia z serialu. No bo co takiego można powiedzieć o Simonie oprócz tego, iż jest zdesperowany, by odnaleźć swoją córkę? Jakim tak naprawdę jest człowiekiem? James Nesbitt naprawdę dwoi się i troi, by wycisnąć jak najwięcej ze swojego bohatera, ale to nie jest proste. Nie ma tu miejsca na absolutnie żadną głębię, może jedynie w przypadku Eleny twórcy silą się na zrobienie czegoś więcej, ale choćby tutaj można odnieść wrażenie, iż działają według zasady „Ma być charakterystyczna”, po prostu.

O krok za daleko – czy warto oglądać serial?

Poprzednie seriale Cobena nauczyły nas już dobrze, iż jedyne, czego powinniśmy się spodziewać, to niespodziewane, a do żadnych naszych typów odnośnie tego, co się wydarzyło, nie należy się przywiązywać. Dokładnie tak samo wygląda to w „Już mnie nie oszukasz”, tyle iż po obejrzeniu całości zaczniemy zastanawiać się, czy aby twórcy serialu nie poszli tu o jeden twist za daleko. Kolejne zwroty akcji zaczynają w pewnym momencie wyglądać tak, jakby Coben postanowił przebijać samego siebie i robił tak do momentu, aż skończą mu się pomysły. Jak zawsze w jego serialach balansujemy na granicy między realistycznym kryminałem a fantastyką, a im więcej zwrotów akcji i kolejnych szokujących odkryć, tym bardziej myślimy, iż oglądamy to drugie.

„O krok za daleko” (Fot. Netflix)

Finalnie „O krok za daleko” to jednak przede wszystkim festiwal tandety, który zaczyna się już w czołówce, jakby żywcem wyciągniętej z jakiegoś taniego thrillera puszczanego w telewizji w południe w środku tygodnia. Momentami serialowi zdecydowanie bliżej do opery mydlanej niż rasowego kryminału, na dodatek Coben i spółka zachowują się, jakby nie mieli zbyt dobrego zdania o swoich widzach. Wszystko musi być wyłożone jak na tacy, nie ma miejsca na żadne subtelności, a gdybyście zapomnieli, kim jest jakaś postać, która właśnie pojawiła się na ekranie, przypomną wam o tym szybkie flashbacki.

Szkoda, iż znów dostaliśmy od Cobena produkcję niegodną popularności, jaką z pewnością zdobędzie, ale do tego zdążyliśmy się już chyba przyzwyczaić. James Nesbitt, który zdaje się być aktorem idealnym do ról w brytyjskich kryminałach, oraz Ruth Jones dźwigają ten serial na swoich barkach – ich role to zdecydowanie najmocniejsze punkty serialu – ale choćby oni nie są w stanie przeskoczyć faktu, iż „O krok za daleko” to kolejny cobenowski autoplagiat. Tak jak – na koniec mogę to przyznać – po części autoplagiatem jest także ta recenzja, w której wiele zdań pochodzi z tekstów o „Już mnie nie oszukasz” i „Tęsknię za tobą„. Pasowały idealnie, więc ucząc się od najlepszych postanowiłem nie zmieniać działającej formuły.

O krok za daleko jest dostępny w serwisie Netflix

Idź do oryginalnego materiału