Z cyklu „Wasze historie” prezentujemy wywiad z Martą Kaczmarek – polsko-australijską aktorką, reżyserką i poetką.
Justyna Tarnowska [J.T.]: Skąd Pani pochodzi?
Marta Kaczmarek [M.K.]: Pochodzę z rodziny chłopsko-robotniczej, ze wsi Małochwiej Duży, położonej w powiecie krasnostawskim, w województwie lubelskim. Tam się wychowałam i ukończyłam szkołę podstawową.
Rodzice uprawiali trzyhektarowe gospodarstwo, jednocześnie tata prowadził firmę budowlaną. Budował stodoły, obory, stawiał dachy na domach. Miał uprawnienia, ponieważ jako czternastolatek został wysłany do majstra na naukę stolarki. Zaczynał od budowy trumien, a ponieważ był u majstra na stałe, w tych trumnach spał. Wszystkie meble w naszym domu robione bez użycia gwoździ, były dziełem taty. Później, przez kilka lat, tata był woźnym w zakładach Kora. Rodzice zajmowali się również inseminacją bydła, mama prowadziła kiosk wiejski, sprzątała w szpitalu w Krasnymstawie.
Dla ciekawostki opowiem historię powstania Małochwieja Dużego. Wieś została założona przez króla Jana III Sobieskiego, który w dowód wdzięczności za stałość w oddaniu i w wierności koronie miejscowych chłopów w walkach z Turkami pod Wiedniem, nazwał ich „Mało chwiejnymi” i nadał im wolność i ziemię.
J.T.: Czy w rodzinie były zainteresowania artystyczne?
M.K.: Tata miał talent aktorski. Do dziś pamiętam go jako niezdarnego służącego w sztuce, którą oglądałam jako dziecko. Był bardzo śmieszny. W okresie Świąt Bożego Narodzenia chodził z Herodami po okolicznych wsiach. Lubił śpiewać. Po każdym postawieniu Wiechy, w domu było przyjęcie i tata zaczynał od „Rozszumiały się wierzby płaczące”, wszyscy mu wtórowali. Ta piosenka do dziś kojarzy mi się z domem, z wojną, z dzieciństwem. Mama miała śliczny głos i pięknie śpiewała. Co noc męczyliśmy ją z bratem Stasiem, żeby nam w kółko śpiewała.
W tamtych czasach, Małochwiej Duży razem ze szkołą, z różnymi kołami zainteresowań i organizacjami, był prężną, zwartą społecznością, dbającą o prawidłowy rozwój młodzieży i o utrzymanie tradycji narodowych i kulturowych. W kółku tanecznym uczyliśmy się tańców ludowych tańczonych podczas dożynek, występowaliśmy w okolicznościowych inscenizacjach i akademiach. Pamiętam jak na jednym z przedstawień, byłam chyba w pierwszej klasie, tak się wczułam w rolę Sierotki, iż zapomniałam się obudzić i powiedzieć swoją kwestię. Widownia nagrodziła mnie śmiechem i brawami.
W naszej szkole było również harcerstwo oraz zuchy. Miałam zaszczyt bycia hufcową zuchów przez krótki okres. Byliśmy również odpowiedzialni za redagowanie szkolnej gazetki. Pracowaliśmy po lekcjach. Głównym redaktorem był Jan Suchorab, który pięknie rysował i malował, ja zaś redagowałam teksty i wycinałam litery. Jan ukończył potem ASP w Warszawie.
J.T.: Kiedy odkryła Pani zainteresowanie aktorstwem?
M.K.: Nic nie wskazywało na to, iż zostanę aktorką. Po pierwsze sepleniłam, po drugie zawsze uważałam, iż jestem bardziej brzydka i mniej warta niż inne dziewczynki. Pamiętam tylko, iż jako mała dziewczynka zajrzałam kiedyś do studni głębinowej sąsiadów, zobaczyłam na dnie mały srebrny talarek wody a w nim jeszcze mniejszą okrągłą kulkę, moją główkę i powiedziałam „będę aktorem”.
Teraz, z perspektywy czasu i przeżyć, wierzę, iż nasza nadświadomość wie więcej niż my, którzy całe życie staramy się ją poznać i zrozumieć. Być może wtedy, w tym zauroczeniu pomiędzy błękitem nieba i srebrem wody, ta moja podświadomość „puściła farbę”.
Poza tym, w szkole zawsze byłam obdarowywana obowiązkiem recytowania wierszy. Pamiętam również jak przedwojenny jeszcze nauczyciel śp. Tadeusz Fałowski pojechał ze mną na konkurs recytatorski w Krupem. Pośród wielu życiowych zawirowań ten zawód wciąż mnie nie opuszcza.
J.T.: Gdzie pracowała Pani po zakończeniu studiów?
M.K.: Po ukończeniu Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie zadebiutowałam rolą Nataszy w sztuce „Wojna i Pokój” Lwa Tołstoja w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Częstochowie. Po dwóch sezonach i dziesięciu głównych rolach przeniosłam się do Teatru Dramatycznego w Białymstoku, a po sezonie i następnych czterech głównych rolach zostałam zaangażowana do Teatru Polskiego w Poznaniu.
Fot. 1 – jako Natasza Rostowa w sztuce „Wojna i Pokój”, debiut teatralny (Częstochowa 1976). Fot. 2 – jako Maria Wisnowska w sztuce „Czarny romans” (Teatr Polski, Poznań)W Poznaniu zagrałam sześć głównych ról i urodziłam córkę Kasię. Do pracy wróciłam zaledwie cztery miesiące po urodzeniu córki, ponieważ aktorka, która mnie zastępowała, zaszła w ciążę. Nie tylko odzyskałam wszystkie swoje role, ale dodatkowo otrzymałam program radiowy i kilka angaży telewizyjnych.
Jako Lucek w sztuce „Czarodziejskie Okulary” (Polska)J.T.: Skąd decyzja o wyjeździe z Polski?
M.K.: Po powrocie do pracy, musiałam powierzyć komuś opiekę nad córką. Sąsiedzi polecili mi kobietę mieszkającą w naszym bloku. Po pewnym czasie jednak zauważyłam, iż dziecko, które było zdrowe i już raczkowało, zaczęło mieć na plecach i pośladkach odleżyny, było blade i straciło apetyt. Postanowiłam sprawdzić, co się dzieje. Pewnego dnia urwałam się z próby i wróciłam do domu godzinę wcześniej. Sąsiadki nie zastałam. Spoza zamkniętych drzwi słyszałam głosy dzieci pozostawionych bez opieki. Gdy tylko ta kobieta wróciła zabrałam od niej córkę.
Żeby móc kontynuować pracę w teatrze, musiałam znaleźć inne rozwiązanie. Z pomocą przyjechali teściowie z Torunia. Zabrali wnuczkę do siebie, ale po dziesięciu dniach Kasia zachorowała na zapalenie płuc, więc przywieźli ją z powrotem.
Pomysł wyjazdu pojawił się niespodziewanie, podczas krojenia boczku, który już się kończył. A był to okres przydziału żywności na kartki. Moja córka, jako bobas, najchętniej jadła mięso. Nota bene, teraz jest wegetarianką. Inspiracją stała się makatka z australijskim motywem. Wisiała u mamy w kuchni, w Małochwieju, taka egzotyczna i kolorowa. A może to przeznaczenie?
J.T.: Jak wyglądały przygotowania do wyjazdu?
M.K.: Oficjalnie wyjeżdżaliśmy na wakacje do Włoch. Niezliczone rozjazdy po Polsce, aby załatwić paszporty. Śmiać mi się chce jak sobie przypomnę leciwą skodę, której koła rozjechały się pod ciężarem załadowanego dobytku. Rozdaliśmy go znajomym. Kryształy i srebrnego lisa zabrali nam na pierwszej kontroli granicznej. Na granicy z Rumunią, skoda się zbuntowała ale, z pomocą strażników, którzy uruchomili ją korbą, przejechaliśmy granicę sowieckiego obozu.
J.T.: Gdzie Was zakwaterowano?
M.K.: W Austrii w obozie dla uchodźców spędziliśmy dwa dni, po czym zamieszkaliśmy w Unterwaltersdorf, w pensjonacie, który nie był jeszcze wykończony. Nie było tynków, cementowe podłogi, otwarta piwnica. Była jesień, było wilgotno i zimno. Niestety, Kasia zaczęła chorować. Dwadzieścia jeden rodzin, każda zajmowała jeden pokój. Potem przeniesiono nas w lepsze miejsce.
J.T.: Do jakiego kraju chcieliście wyjechać?
M.K.: adekwatnie to nie bardzo wiedzieliśmy. Złożyliśmy aplikacje do wszystkich ambasad, ale nikt nas nie chciał przyjąć. Jak się okazało, wszystko przez naszą prawdomówność – w formularzach wpisywaliśmy bowiem nasz wyuczony zawód, aktorstwo. Znajomi radzili nam, abyśmy podali, iż Krzysztof jest mechanikiem, iż byliśmy w więzieniu i iż nas bito.
W międzyczasie do Wiednia przyjechała moja teściowa, Helena. Okazało się, iż rodzina męża miała znajomych – daleką rodzinę w Australii, w Perth. Teściowa skontaktowała się z nimi. Państwo Kozińscy porozmawiali z organizacją działającą przy polskim kościele w Maylands, która zasponsorowała naszą wizę.
Z czasem okazało się, iż trakcie załatwiania wizy australijskiej, otrzymaliśmy wezwanie z Ambasady Amerykańskiej na rozmowę kwalifikacyjną. Niestety ktoś nam „życzliwy” nie przekazał tego listu – po prostu go wyrzucił. Znowu przeznaczenie?
J.T.: Jak długo czekaliście na wyjazd z Austrii?
M.K.: Na wizę czekaliśmy najdłużej ze wszystkich, bo aż 18 miesięcy. Inni wyjeżdżali, a my wciąż czekaliśmy. W austriackiej ambasadzie przyjmowała nas Helen Friedmann, pełniąca wówczas funkcję jednego z australijskich konsuli imigracyjnych w Austrii. Pomogła nam w procesie wizowym. Gdy pytała nas, czy znamy język angielski, zapewniliśmy ją, iż się nauczymy.
J.T.: Jakie były wasze początki na antypodach?
M.K.: Do Perth przyjechaliśmy w 1982 roku. Skorzystaliśmy z oferty nauki języka dla nowych imigrantów. Z racji tego, iż któreś z nas musiało opiekować się dzieckiem, a ja już wówczas jako tako mówiłam po angielsku, zdecydowaliśmy, iż pójdę na trudniejsze lekcje angielskiego. Z zajęć wracałam z bólem głowy, ale postępy w nauce były widoczne.
Na początku pobytu zaangażowano nas do grupy tanecznej „Pussycats on Parade”. Dziewczyny kusząco ubrane tańczyły, a my z Krzysztofem, jedynym mężczyzną w zespole, tańczyliśmy gimnastyczne pantomimy własnej choreografii. Występowaliśmy w hotelach, w pubach, a z rutyną zatytuowaną „Marchewka” choćby w Klubie Polskim „Cracovia”.
Po roku pobytu w Australii otrzymaliśmy propozycje współpracy z Perth City Council, którą z wdzięcznością przyjęliśmy. Program „Part Take aPart” stworzono dla dzieci i młodzieży.
Pracowaliśmy w szkołach, w parkach i w centrach dla lokalnej społeczności (community centres). Pamiętam, iż na jedną sesję postanowiłam przygotować historię o dziobaku. Jeszcze wtedy nie mówiłam płynnie po angielsku, więc nauczyłam się całej książki na pamięć. Problem pojawił się, gdy jeden z ojców zadał mi pytanie.
J.T.: Czy jako aktorzy szukaliście kontaktu z teatrami?
M.K.: W grudniu 1983 roku poszliśmy z Krzysztofem do Playhouse Theatre, którego dyrektorem artystycznym był Duncan Ord OAM – światły, wspaniały człowiek. Zachęcił nas, abyśmy pokazali, co potrafimy. Dał nam czas na przygotowanie scenariusza i tydzień w teatrze.
Zaczęliśmy burzliwą pracę nad jednoaktówką zatytuowaną „What it is?”. Od wielu osób słyszeliśmy, iż jest to niepoprawny angielski, ale my celowo wymyśliliśmy taką nazwę. Chcieliśmy być autentyczni, w końcu jesteśmy imigrantami. Scenariusz przedstawiał historię dwojga aktorów imigrantów, którym dano szansę pokazania swojego warsztatu i którzy nie zawsze zgadzają się ze sobą, co zaprezentować. Śpiewaliśmy, graliśmy, tańczyliśmy. Tańczyliśmy choćby „Marchewkę”.
Po całkiem pomyślnym debiucie w Playhouse Theatre Krzysztof zaczął otrzymywać role w różnych sztukach. Ja natomiast opiekowałam się dzieckiem i – od czasu do czasu – dorabiałam sobie jako kelnerka.
Pomysł założenia własnego teatru powoli zaczął w nas kiełkować.
J.T.: Kiedy powstał Teatr „Żart”?
M.K.: W 1985 roku. Motorem całej inicjatywy był Krzysztof. Moją zasługą było sugerowanie repertuaru i wymyślenie nazwy – Teatr Żart / Theatre Zart.
J.T.: Skąd pomysł na nazwę teatru?
M.K.: Polscy aktorzy w australijskim teatrze – to jakiś żart, nieprawdaż? Po angielsku nazwa brzmi „Theatre Zart”, a „z” to pierwsza litera mojego panieńskiego nazwiska (Zdybicka). Zatem zawsze byłam obecna w teatrze, choć nie grałam w każdej sztuce.
J.T.: Jaki repertuar prezentował „Żart”?
M.K.: „Theatre Zart” wystawiał angielskie adaptacje polskich sztuk m.in. „Out at Sea”, „Enchanted Night”, „Charlie”, „Emigrants” Sławomira Mrożka, „Princess Ivona” (1988) Witolda Gombrowicza, „Hunting Cocroaches”, „Night Story” (1993), a potem, już bez mojego udziału, wiele innych. Obsadzani byli w większości aktorzy australijscy, bardzo chętni do współpracy. Krzysztof rozwijał teatr, pozyskiwał fundusze, dzięki czemu teatr zaistniał w świadomości odbiorców. Ci, którzy pamiętają ten okres, mówią, iż w latach 80. i 90. teatr w Perth przeżywał swój renesans.
Krzysztof Kaczmarek (Średni), Marta Kaczmarek (Chudy) i Jacek Koman (Gruby). Sztuka „Na Pełnym Morzu” (Perth)
Jako Ona w sztuce „Polowanie na Karaluchy” (Perth)J.T.: Czy w tamtym okresie współpracowaliście ze środowiskiem polonijnym?
M.K.: Oczywiście. Nasza aktywność teatralna dla Polonii rozpoczęła się w Polskim Ośrodku Rzymsko-Katolickim w Maylands. Występowałam tam m.in. z Avivą Livsey, Krzysztofem Kaczmarkiem, Dorotą i Jackiem Sławomirskimi, Włodkiem Kurkiem, Małgosią Sławomirską, Basią Nawratowicz. Ze starszej Polonii pamiętam Wiję Fordymacką, Ninę i Janusza Smendów, panią Mietkę Gruszkę (niezwykle wzruszająco śpiewającą „Polskie kwiaty”) oraz Jolantę Nagajek.
Zakres tematyczny naszych występów był szeroki i obejmował zarówno programy rozrywkowe, jak i patriotyczne. Niektóre wydarzenia miały charakter charytatywny – zbieraliśmy pieniądze na pianino, na powodzian oraz na polski rząd w Londynie.
Pamiętam, iż podczas pierwszego występu wraz z Krzysztofem i Włodkiem Kurkiem śpiewaliśmy „I ta Wiśniewska”. W Wiśniewską wcielił się Włodek, który miał na głowie kraciastą chustkę, a pod nosem sumiasty wąs i brodę, co wzbudzało powszechną euforia wśród publiczności.
Występowaliśmy bezpłatnie dla polskiej publiczności. Ja osobiście, chciałam w ten sposób spłacić dług wdzięczności Ojczyźnie, która mnie wykształciła. Od 1982 roku do 2007 roku brałam udział w większości uroczystych akademii polonijnych.
Zanim do Perth przyjechał o. Tomasz Bujakowski i założył teatr Scena ’98, wraz z polonijnymi dziećmi wystawiliśmy księgę VII „Pana Tadeusza”, w Klubie Polskim im. generała Władysława Sikorskiego oraz w Klbie Polskim „Cracovia”. Przedstawienie – którego przesłaniem było dążenie do pojednania i wspólnego działania – spodobało się również o. Tomaszowi, który później zaproponował mi współpracę.
Dzięki temu miałam szansę pracować z młodzieżą, która w teatrze uczyła się współpracy, wytrwałości, a przede wszystkim języka polskiego. W repertuarze – rozważnie wybieranym przez o. Tomasza – znalazła się również moja adaptacja „Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bulhakova oraz przedstawienie „Żeby wiatr miał czym kołysać” mojego autorstwa. Ze Sceną ’98
współpracowałam od 1998 roku do czasu wyjazdu z Perth w 2007 roku.
Fot. 1 – z pianistą Wacławem Jelonkiem na koncercie polonijnym (Perth). Fot. 2 – przedstawienie „Żeby wiatr miał czym kołysać” (scenariusz i reżyseria M. Kaczmarek), Teatr Scena ’98 (Perth)J.T.: Gdy część polskich aktorów wyjechała do innych miast Pani została w Perth i kontynuowała aktywność teatralną.
M.K.: Tak, ale równocześnie zapisałam się na kurs agenta nieruchomości. Zawód ten stał się moim głównym źródłem utrzymania i wykonywałam go przez prawie 20 lat. W międzyczasie od czasu do czasu grałam w serialach, rzadziej w teatrze. Mając pod opieką dziecko, nie mogłam sobie pozwolić na brak stałego dochodu. Chociaż w wielu serialach grałam epizody, były to dla mnie ważne doświadczenia. Poza tym stanowiło to również wsparcie finansowe.
J.T.: Jak wyglądały początki w branży?
M.K.: James Hagen, z którym grałam w sztuce „Princess Ivona”, prowadził ćwiczenia z dykcji i wymowy dla aktorów „Theatre Zart”. Wkładałam wiele serca i zaangażowania w te zajęcia, co nie uszło jego uwadze. Widocznie podobała mu się moja rola Królowej Małgorzaty – która również została bardzo dobrze oceniona przez krytyków – ponieważ zachęcił mnie do poszukania sobie agenta.
W tamtym okresie James współpracował z Vivian Poulton z Frog Artist Management Australia. Zaprowadził mnie do niej i Vivian przyjęła mnie pod swoją opiekę.
Wiodącym producentem w latach 80. i 90. w Perth był Paul D. Barron z Barron Films, który realizował filmy głównie dla dzieci i młodzieży. Z tą wytwórnią dane mi było współpracować.
J.T.: Jaka była Pani pierwsza rola?
M.K.: Chyba rola w serialu „Clowning Around Encore” (1993), w którym debiutowała młodziutka Isla Fisher i gdzie zagrałam z Ernie Dingo. Grałam w kilku produkcjach Barron Films.
J.T.: A jaka historia kryje się za angażem do filmu „Shine”?
Rolę w filmie „Shine” (1996) zawdzięczam pewnemu wierszowi. A było to tak: w biurze bezpłatnych porad prawnych – z którego usług w pewnym okresie mojego życia musiałam skorzystać – poznałam Antonię, która była Włoszką z pochodzenia. Zajęła się moją sprawą. Polubiłyśmy się. Od słowa do słowa okazało się, iż pisze wiersze. Podarowała mi jeden ze swoich wierszy, który zaprezentowałam podczas przesłuchań do castingu serialu „Blue Heelers” (1997). Rolę w serialu dostałam.
Agentka odpowiedzialna za casting do filmu „Shine”, również zobaczyła taśmę, na której recytuję ten wiersz. Wraz z reżyserem Scottem Hicks przylecieli z Sydney do Perth i zaprosili mnie na przesłuchanie do hoteliku przy Riverside Drive. Przesłuchanie zakończyło się pomyślnie i w ten sposób dostałam rolę Rachel, matki Davida Helfgotta, którego grał Jeffrey Rush.
W 1996 roku dostałam również ofertę współpracy przy filmie „Sweat”. Na planie zdjęciowym spotkałam młodego, 16-letniego Heatha Ledgera, który wcielał się w postać Snowy’ego Bowlesa.
J.T.: Proszę opowiedzieć o roli prawniczki Elli Zdybickiej.
M.K.: Serial „The Circuit” (2007–2010) był kolejną produkcją wytwórni Barron Films. Początkowo myślałam, iż przesłuchanie całkowicie mi nie wyszło. Wracałam do domu załamana i przez kolejny miesiąc byłam pewna, iż nie dostałam tej roli. Pewnego dnia odebrałam jednak telefon od Vivian, która z euforią – po miesiącu trzymania tej informacji w tajemnicy – powiadomiła mnie, iż otrzymałam rolę prawniczki Ellie Zdybickiej.
Z Billem McCluskeyem na planie „The Circuit” (Broom, WA)J.T.: To ważna rola w Pani karierze. Czy Pani bohaterka od początku miała mieć polskie nazwisko?
M.K.: Nie, pierwotnie nazwisko miało brzmieć Ellie Brown. Wiąże się z tym pewna anegdota.
Na plan zdjęciowy w Broome pojechałam dwa tygodnie wcześniej, aby przygotować się do roli i wczuć się w charakter postaci. Postanowiłam m.in. zapoznać się z lokalnymi mieszkańcami, poprawić opaleniznę i poważnie poćwiczyć jogę. Nadszedł pierwszy dzień zdjęć i pierwsza scena w sądzie. Za pulpitem siedzi sędzia (w tej roli Gary Sweet), który wywołuje mnie jako adwokatkę, Ellie Brown. Gary’emu moje nazwisko jakoś do mnie nie pasowało. Wywiązała się dyskusja z reżyserką Catrioną McKenzie, w efekcie której zaproponowano mi zmianę nazwiska postaci na jakieś polskie nazwisko.
Przystając na prośbę reżyserki, zrobiłam w głowie przegląd nazwisk z Małochwieja i jako pierwsze zaproponowałam „Nowosad”. Niestety, nie spodobało się Gary’emu. Następne – „Marucha” – również zostało odrzucone przez Gary’ego. Pomyślałam sobie: „poczekaj Gary, mam dla ciebie nazwisko”. Zaproponowałam moje panieńskie nazwisko, czyli Zdybicka. Przeliterowałam je reżyserce, ta zaniosła kartkę Gary’emu. Czekaliśmy dłuższą chwilę.
Żar lał się z nieba, a Gary chodził wokół palmy i ćwiczył wymowę słowa „Zdybicka”. W końcu przyszedł na plan. Kręcimy scenę, a on mówi: „Miss Zdybicki”. Wybuchłam śmiechem i nastąpiło cięcie. Powiedziałam mu, iż jeżeli chce być dokładny, musi użyć żeńskiej formy nazwiska. Przez kolejne dwa sezony Gary zawsze po słowie „Miss” robił krótką przerwę, aby przygotować się do wymówienia „Zdybicka”. Ostatecznie wymowę tak trudnej dla anglojęzycznej osoby zbitki zgłosek opanował bezbłędnie. Gary to wspaniały facet i świetny aktor. Lubimy się.
Fot. 1 – Z Georgem Shevtsovem w „Czekając na Godota” (Perth). Fot. 2 – jako Winnie w „Radosnych dniach” (Perth)J.T.: Która rola była dla Pani najważniejsza?
M.K.: W 1993 roku zagrałam włóczęgę Estragona w sztuce Samuela Becketta „Czekając na Godota”, czym wśród lokalnych recenzentów wywołałam nieomal skandal. Kobieta Estragonem? Ale chyba mi wybaczyli. No i publiczność dopisała.

Jeśli jednak miałabym wskazać rolę bardzo dla mnie znaczącą, byłaby to chyba rola Sophie w krótkometrażowym filmie „The Beast” (2017) w reżyserii Christophera Sferrazza. Produkcja zdobyła wiele nagród, m.in. wygrywając Flickerfest 2018 w Sydney. Mnie uhonorowano nagrodami dla Najlepszej Aktorki w Krótkometrażowym Filmie na Auckland International Film Festival, Southern Shorts Awards w stanie Georgia oraz Bucharest ShortCut Cinefest.
J.T.: O czym opowiada ten film?
M.K.: Zdjęcia powstawały w Rosebud na Mornington Peninsula. Film opowiada historię Sophie – kobiety, która miała córkę i wnuka. Córka spowodowała wypadek jadąc po swojego syna i inne dzieci, które miała odebrać z przyjęcia. W wypadku zginęli wszyscy oprócz Liama, wspomnianego wnuka Sophie.
Po śmierci córki, Sophie podejmuje się opieki nad wnukiem. Ich życie nie jest łatwe, ponieważ cała społeczność miasteczka zwróciła się przeciwko nim, obwiniając ich o śmierć dwóch dziewczynek.
Mijają lata. Pewnego dnia w tej samej miejscowości ginie dziewczyna. Lata płyną a jej matka, wciąż jej szuka i rozdaje ulotki przed centrum handlowym. Sophie, która pracuje w sklepie rzeźniczym, codziennie widzi tę kobietę stojącą przy wejściu.
Sophie bardzo dba o wnuka. Gotuje mu obiady, przynosi jego ulubione truskawki, po prostu bardzo go kocha. Wnuk pracuje jako pielęgniarz w pogotowiu.
Pewnego wieczoru Liam otrzymuje pilne wezwanie i musi jechać do akcji. Sophie spostrzega, iż wychodząc, wnuk wrzuca do szuflady jakieś klucze. Gdy odjechał, otwiera szufladę i z zainteresowaniem przygląda się kluczom, zastanawiając się do czego mogą pasować.
Wnuk wcześniej odradzał jej wchodzenie do piwnicy, tłumacząc, iż panuje tam ogromny bałagan. Gdy jednak korzystając z jego nieobecności otworzyła drzwi, okazało się, iż w piwnicy jest nienagannie czysto. Z boku dojrzała drewniane drzwi, które udało się jej otworzyć jednym ze znalezionych kluczy.
Do dzisiaj pamiętam uczucie, które towarzyszyło mi podczas wchodzenia do tego pomieszczenia. Worki wiszące na drewnianej konstrukcji fundamentów podtrzymujących podłogę domu, wszechobecne pajęczyny i ciche dźwięki muzyki. W ciemnościach Sophie z trudem dostrzegła związane łańcuchem spody stóp leżącej kobiety. Na stoliczku, obok grającego radia, leżą truskawki. choćby teraz, kiedy opisuje tę scenę, serce bije mi jak młot.
Podobną scenę miałam w serialu „Underbelly” (2008), gdy moja bohaterka dowiaduje się, iż zabito jej syna. Prosi wtedy policjanta, aby przyniósł jej jego zdjęcie. Gdy na nie patrzy, powoli osuwa się na ziemię i mdleje – to było bardzo podobne odczucie.
W życiu aktora bywa tak, iż po zagraniu roli zwykle się o niej zapomina. Jednak czasami konkretne emocje, siedzą w nas przyczajone, w każdej chwili gotowe do schwytania za gardło.
J.T.: Proszę zdradzić, jak nauczyła się Pani języka, aby móc grać w filmach anglojęzycznych?
M.K.: Języka uczyłam się w pracy, podczas opanowywania kolejnych ról, a także w życiu codziennym, po prostu obcując z ludźmi. Pracując w branży nieruchomości, zdałam sobie sprawę z tego, iż w każdej dzielnicy mówi się inaczej, ponieważ reprezentują one różne warstwy społeczne. Starałam się uważnie słuchać moich rozmówców i uczyć się od nich sposobu mówienia oraz zachowania. Z czasem udawało mi się coraz bardziej „wtapiać” w lokalną społeczność.
Nigdy nie próbowałam pozbyć się swojego akcentu. Byłoby to zresztą niezwykle trudne, gdy języka zaczynasz się uczyć dopiero w wieku 27 lat.
Kiedyś branża aktorska wyglądała zupełnie inaczej niż teraz. Nie było modne, aby aktor mówił z obcym akcentem. w tej chwili producenci celowo szukają imigrantów – osób o odmiennym wyglądzie czy innym sposobie mówienia.
J.T.: Czy nazwisko Ellie w „The Circuit” było jedynym polskim akcentem w Pani karierze?
M.K.: Nie. o ile jest to możliwe, bardzo lubię wtrącić do roli coś polskiego. W serialu „Rake” (2014–2018) w kilku odcinkach grałam sceny w całości po polsku. Producenci przekazali mi czego oczekują, a ja napisałam ten tekst w moim ojczystym języku. Wyszło zabawnie. Na przykład scena, w której robię gołąbki i pouczam swoją córkę o udanym życiu seksualnym. Z kolei w serialu „Wentworth” (2014–2017) nucę piosenkę „Czerwone jabłuszko” i zmieniają mi nazwisko z Plymouth na Novak.
Fot. 1 – jako Maria Vargas w serialu „Rake”. fot. 2 – jako Marge w serialu „Wentworth” (mat. promocyjne, źródło: IMDb) Przyznam się jednak, iż gdy w serialu „Offspring” (2010) kazano mi opowiedzieć niestosowny dowcip, stanowczo odmówiłam, czym naraziłam się producentowi. Nie zamierzam ośmieszać Polski i udawać, iż jestem nierozgarnięta i nie rozumiem, co mówię. Zaproponowałam im inny żart, ale się nie zgodzili. Partnerował mi wtedy Don Hany – znany i bardzo dobry aktor – który w pełni się ze mną zgodził. Zagraliśmy tę scenę w taki sposób, iż ostatecznie całkowicie ją wycięto w montażu, bo do niczego się nie nadawała.
Jestem dumna ze swojego polskiego pochodzenia, i inni twórcy i artyści to szanują.
J.T.: Powróćmy jeszcze do czasu Perth. interesujący rozdział w Pani życiu stanowiło wykładanie aktorstwa.
M.K.: Po moim występie w sztuce „Happy Days” Becketta (2004), w której grałam rolę Winnie, ktoś z uczelni skontaktował się ze mną. Do nawiązania współpracy z Western Australian Academy of Performing Arts zachęcała mnie też córka, Kasia Kaczmarek. Rozpoczęłam współpracę z tą placówką i prowadziłam tam zajęcia dla kilku klas. Współpracowałam także ze School of Contemporary Arts, gdzie uczyłam aktorstwa i reżyserowałam studenckie przedstawienia. Z dydaktyką byłam związana aż do mojego wyjazdu do Melbourne w 2007 roku. Ostatnią sztuką, którą wyreżyserowałam, było „Sześć postaci w poszukiwaniu autora” Luigiego Pirandella (włoskiego noblisty – przyp. JT).
Z innych, pozauczelnianych inicjatyw, zrealizowanych przed wyprowadzką z Perth, było trzymiesięczne przedsięwzięcie teatralne pod nazwą „The Home Project” (2007). Ważnym etapem przygotowawczym były wywiady z emigrantami, m.in. z Kambodży, Afganistanu i Iraku, którzy dzielili się z aktorami projektu historiami swojego życia i opisywali swoją drogę emigracyjną.
Było to niezwykle trudne emocjonalnie doświadczenie, dlatego mieliśmy zapewnioną możliwość uczestniczenia w spotkaniach podsumowujących (debriefingu). Niestety nie zawsze miałam czas, aby brać w nich udział. Zdarzało się, iż po takiej rozmowie szłam karmić konia i leżąc na końskiej derce wyłam do księżyca. Nie mówię o tym, żeby się skarżyć, to nie o mnie historie, tylko po to aby podkreślić moją wdzięczność za zawód aktora, który przyszło mi uprawiać, za życie, którym mnie Bóg obdarował. Wierzę, iż wszystko co przeżywamy zbliża nas do tej nadświadomości, o której wspomniałam na początku naszej rozmowy.
Pamiętam historię Nikki z Kambodży. Pochodziła z bogatej rodziny, która posiadała fabryki produkujące ryż. Kiedy do władzy doszedł Pol Pot, cała jej rodzina zginęła. Nikki, mimo iż miała wyższe wykształcenie, musiała udawać niepiśmienną. Aby przeżyć, sprzedawała szczypiorek na chodniku. Dwoje jej dzieci zmarło z głodu na jej rękach. Do Australii przypłynęła z ocalałym synkiem, niemowlęciem o imieniu Bura. Przez 10 lat mieszkali w obozie. Wydostali się z obozu dzięki temu, iż odwiedzający obóz sprzedawca biblii postanowił się z Nikki ożenić. Bura jest teraz prawnikiem.
J.T.: Dlaczego zdecydowała się Pani na przeprowadzkę do stolicy Wiktorii?
M.K.: Przeniosłam się do Melbourne na początku kwietnia 2007 roku, ponieważ moja córka, Kasia, dostała się tutaj na studia aktorskie i chciałam być blisko niej. Przeprowadzka do Melbourne była jedną z najlepszych rzeczy, jakie przytrafiły mi się w życiu. W tym wielokulturowym mieście zaczęłam wreszcie czuć, iż i dla mnie jest tutaj miejsce. Ludzi, którzy na początku wydawali mi się zbyt bezpośredni, zaczęłam postrzegać jako bardziej naturalnych, autentycznych. Osiadłam na dobre w Sunshine West, codziennie widzę twarze ze wszystkich stron świata. To jest piękne.
Często dziękuję Bogu za to, iż zamieszkałam w Melbourne. Za ludzi i za to miejsce. Nie wiem, czy los nie rzuci mnie jeszcze kiedyś w inne strony, ale byłoby mi żal stąd odjeżdżać. Mam tutaj dom z ogrodem warzywno-owocowym – taki mój mały Małochwiej Duży. Niedaleko znajduje się Polski Klub w Albion oraz polskie sklepy.
J.T.: Na początku zamieszkała Pani jednak w Glenroy – dlaczego w tej dzielnicy?
M.K.: Początkowo chciałam kupić dom w Preston albo w Altonie, ale ludzie mi to odradzili. Gdy przyjechałam zobaczyć Glenroy, działał tutaj mały sklepik – Polka Deli. Prowadziła go pani Halina, która była drużynową ZHP. Istniała tu także grupa polskich weteranów – Klub Polskich Seniorów, prowadzony przez pana Stanisława Kota.
Mówiono, iż Glenroy to taka mała Warszawa, a ja szukałam kontaktu z rodakami. Trafiłam m.in. do Glenroy Neighborhood Learning Centre. Instytucja ta zaproponowała mi współpracę przy tworzeniu wielokulturowego projektu (2008).
J.T.: Co to był za projekt?
M.K.: Było to przedsięwzięcie łączące obywateli lokalnej społeczności poprzez przywołanie historii dzielnicy Glenroy oraz historii jej mieszkańców. W jego realizację zaangażowało się ponad 60 osób, w tym członkowie różnych grup etnicznych, chór, choćby włoski tenor. Nawiązałam kontakt z wieloma środowiskami – poznałam Polaków, wśród nich mężczyznę, który 50 lat temu wraz z bratem prowadził sprzedaż polskich wędlin (najpierw rozwozili je wozami, a później mieli swój sklep na Queen Victoria Market).
W ramach projektu przeszukiwałam archiwa i przeprowadzałam wywiady z mieszkańcami, aby zebrać jak najwięcej historii. Na tej podstawie napisałam scenariusz i wyreżyserowałam spektakl „Gallivanting in Glenroy”, w trakcie którego aktorzy wsiadali do symbolicznego autobusu tworzonego z podróżujących ludzi. Niestety, tuż przed premierą musiałam wyjechać do Broome na kręcenie drugiego sezonu serialu „The Circuit”. Organizatorzy przysłali mi później płytę DVD z nagraniem całego wydarzenia.
Spektakl wystawiono dwukrotnie – za każdym razem przy pełnej sali. Spotkał się z bardzo dobrymi recenzjami, a ja jako animatorka i reżyserka otrzymałam piękny list z podziękowaniami. Bardzo żałuję, iż nie mogłam zobaczyć tego widowiska na żywo w audytorium.
J.T.: Czy w późniejszych latach dane było Pani tworzyć podobne inicjatywy?
M.K.: Tak, byłam autorką lub współautorką wielu inicjatyw kulturalnych, w tym projektów promujących kulturę polską w środowisku australijskim. Wspomnę, iż w latach 1990–1994 jeszcze w Perth, występowałam z muzycznym zespołem „Barbakan”, który założyłam z Avivą Livsey i z Matthew Batemanem. Graliśmy moje piosenki w większości śpiewane po polsku, dla publiczności australijskiej. Oprócz tego, 11 maja 2010 roku wystąpiłam w wieczorze poetyckim „Wislawa Szymborska: The Poet’s Voice”, podczas którego jej wiersze były recytowane po polsku i angielsku. W realizacji tego przedsięwzięcia, które odbyło się w The Wheeler Centre, wystąpił również Jacek Koman, Robert Richter QC oraz Ellen Koshland. Kuratorem wydarzenia było Australian Poetry Centre.
Fot. 1 – Zespół „Barbakan” (od lewej): Edwin Koziński (akordeon), Aviva Livsey (fortepian), Fiona Watts (skrzypce i śpiew), Matthew Bateman (kontrabas), Marta Kaczmarek (śpiew). Fot. 2 – Marta Kaczmarek, członkini zespołu „Barbakan” na Perth International Arts FestivalW tym samym roku wyreżyserowałam anglojęzyczną wersję sztuki „Serenade” Sławomira Mrożka i wystawiłam ją na Melbourne Fringe Festival. Za scenografię odpowiadał Tomasz Koman.
Marta (Masha) i Jim Daly (Avram) w sztuce „Cafe Scheherazade” Arnolda Zable (Melbourne)J.T.: Czy współpracowała Pani także z Polonią melbourneńską?
M.K.: Owszem. Polonia w Melbourne charakteryzuje się tym, iż jest dość mocno porozrzucana po całej aglomeracji i skoncentrowana w różnych ośrodkach. Z kilkoma z nich miałam okazję współpracować.
W 2009 roku ks. Wiesław Słowik zaproponował mi współpracę i ofiarował pomoc w kontaktach z członkami Polonii w Melbourne. Ks. Wiesław miał i ma do dzisiaj niezwykły dar skupiania ludzi wokół ciekawych projektów.
Z własnej inicjatywy w 2009 roku wyreżyserowałam pastorałkę „Betlejem Polskie” Lucjana Rydla. Spektakl ten wystawiliśmy w Klubie Polskim w Albion, Polskim Sanktuarium Maryjnym w Essendon oraz w harcówce przy Domu Polskim „Syrena” w Rowville.
W 2011 roku napisałam scenariusz i wyreżyserowałam inscenizację „Rozszumiały się wierzby płaczące”, która uczciła uroczystości odsłonięcia tablicy Sybiraków na terenie Polskiego Sanktuarium Maryjnego w Essendon.
Przygotowanie każdej z tych tych inscenizacji, w której brało udział około 40–60 artystów, trwało mniej więcej 6 miesięcy.
W 2016 roku, spotkał mnie zaszczyt współpracy z niezwykłym muzykiem, Romanem Syrkiem. Razem z jego córką, Alicją, wystawiliśmy inscenizację „Powroty”. Przedstawiliśmy w niej moje wiersze i piosenki. Aranżację, z wykorzystaniem niektórych starych aranżacji „Barbakanu”, przygotował Roman. Muzyka w wykonaniu Romana i Alicji unosiła mnie i publiczność w inne światy. Było to przeżycie, którego nie zapomnę. Zaprezentowaliśmy „Powroty” publiczności w Essendon, Rowville, a także podczas spotkania Australijskiego Instytutu Spraw Polskich (AIPA) oraz na Festiwalu Polskim na Federation Square.
Obejrzyj „Powroty”.
W 2018 roku, w Sydney Town Hall, prowadziłam koncert „Tribute to Freedom” celebrujący stulecie odzyskania niepodległości przez Polskę, do którego napisałam słowo wstępne oraz teksty wiążace. Brałam udział w koncercie poświęconym stuleciu odzyskania niepodległości przez Polskę zorganizowanym w Clocktower Centre w Moonee Ponds oraz w Drum Theatre w Dandenong. W tym ostatnim miejscu mieliśmy zaszczyt gościć polską parę prezydencką, Andrzeja Dudę i Agatę Kornhauser-Dudę.
Niespełna dwa lata temu napisałam scenariusz i wyreżyserowałam koncert poświęcony Powstańcom Warszawskim. Na scenie Polskiego Sanktuarium Maryjnego w Essendon wystąpiło wówczas dwadzieścia kilka osób, w tym dwoje artystów z Sydney (Michał Macioch oraz Marta Kieć-Gubała). Wzięłam również udział w koncercie poświęconym 80. rocznicy Powstania Warszawskiego, który był organizowany w Bunjil Place w Narre Warren przez Federację Polskich Organizacji w Wiktorii.
Fot. 1 – podczas koncertu poświęconego 80. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego (Bunjil Place, Narre Warren, 3.08.2026), fot. Jacek Laskowski. Fot. 2 – spektakl poetycko-muzyczny o powstańcach warszawskich (Polskie Sanktuarium Maryjne, Essendon, 4.08.2026), ks. Mariusz Han SJJ.T.: Występowała Pani również w „Kwiatach Polskich”.
M.K.: Tak, wzięłam udział w kilku edycjach tego koncertu, recytując wiersze między innymi Juliana Tuwima oraz Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Podczas koncertu „Nasze Polskie Kwiaty” prezentowałam utwór nieznanego autora.
Uczestniczyłam także w kilku Festiwalach Polskich na Federation Square, dzieląc się swoją poezją i piosenkami. W 2020 roku, podczas wirtualnej odsłony festiwalu, widzowie mogli obejrzeć nagranie ze spektaklu „Powroty” oraz film „The Beast” z moim udziałem.
J.T.: Które polonijne inicjatywy szczególnie utkwiły Pani w pamięci?
M.K.: Na pewno szczególnym wydarzeniem był koncert z okazji 50-lecia święceń kapłańskich i 80-lecia urodzin ks. Wiesława Słowika. Dla jubilata wystąpili wtedy m.in. pianista Alan Kogosowski oraz sopranistka Marta Nowicka. Mnie natomiast przypadł w udziale zaszczyt wyrecytowania autorskiego wiersza, który poświęciłam Jubilatowi. Brzmiał on następująco:
Ty jasnością cierpliwy
Który wyprawiłeś mnie na błękitną planetę
By głosić prawdę, by chwalić miłość
Daruj mi czas stracony
Wśród błędnych zdarzeń i obłędnych twarzy
Ja jasność Twoją w nich widziałam
Więc nie oczekuję już zapewnień o Twoim istnieniu
Daj mi jeszcze tylko odrobinę wieczności
Bym ze spokojnym sumieniem mogła do Ciebie powrócić
Był to wspaniały koncert, na który tłumnie przybyli parafianie i przyjaciele. Jubilat był ogromnie wzruszony.
Innym ważnym doświadczeniem był udział w Festiwalu Polskiej Kultury i Sztuki PolArt 2015 w Melbourne.
J.T.: Jak doszło do tej współpracy?
M.K.: Organizatorzy PolArt-u zaprosili mnie do udziału w festiwalu. W tamtym okresie pracowałam jako Lifestyle Program Coordinator w jednym z domów spokojnej starości. Mieszkało tam dość dużo Polaków, którzy przeżyli wojnę. Doświadczenie pracy z seniorami zainspirowało mnie do napisania monodramu „Róża. 10 dni z życia kobiety”. Pisanie tej sztuki zajęło mi rok.
Tytułowa bohaterka jest zlepkiem życiorysów kobiet o różnym pochodzeniu i doświadczeniu. W trakcie rozwijającej się demencji, Róża wspomina swoje życie. Oprócz głównej postaci w monodramie pojawia się również Personal Care Assistant (opiekun medyczny) – postać stanowiąca tło, która nic nie mówi, a pojawia się między odsłonami.
W reżyserii pomagała mi córka Kasia, która zresztą wcieliła się we wspomnianą już opiekunkę. O stronę techniczną zadbał Paweł Radan. Produkcję wspierał Jerzy Krysiak – koordynator Sekcji Teatralnej Festiwalu PolArt 2015. Sztuka została wystawiona podczas festiwalu w Melbourne Arts Centre, a potem także w Perth.
Na PolArcie występowałam także w programach lirycznych. Na fortepianie akompaniował mi Konrad Olszewski.
J.T.: Kiedy w Pani życiu narodziło się zainteresowanie poezją?
M.K.: Wychowałam się w wierze katolickiej. Wierze w światłość, która jest miłością, dobrem i źródłem wszystkiego. Wierzę, iż kiedyś znikną wszystkie podziały – zarówno te religijne, jak i polityczne – i to nas połączy. Ważnym jest, aby każdy z nas szukał tego światła w sobie, głęboko w środku. Bo tam znajduje się cała prawda, jedność, miłość i akceptacja.
Ponad 30 lat temu napisałam w mojej piosence „ Do Córeczki”:
…Coraz trudniej mi było po drodze tej biec
coraz mocniej krwawiły mi rany
aż zabrakło mi sił, upadłam bez tchu,
myślałam więcej nie wstanę.
Lecz tej drogi kres się wyśnił
i zaśpiewał mi ptak,
skrzydełkami wyfrunął trzepocąc.
I dotarłam do celu co tak blisko był,
ciemną, Bogu wierną nocą…
Choć ktoś nam pomógł w tym, żebyśmy o naszym wewnętrznym świetle zapomnieli, to coraz więcej z nas zaczyna sobie o tej wewnętrznej mocy przypominać. Widzimy to w stosunku do samych siebie, do innych ludzi, do zwierząt i do natury. To powoli zaczyna kiełkować, więc jestem dobrej myśli.
Jestem niezwykle przywiązana do polskiego języka – bez niego po prostu nie mogłabym żyć. choćby w australijskich bibliotekach najpierw odwiedzam polską sekcję.
Słowa dają mi możliwość przelania na papier ważnych dla mnie odczuć i przemyśleń, z nadzieją, iż mogą stać się również istotne dla innych ludzi.
J.T.: Podczas naszej rozmowy wspominała Pani wydarzenia, które w jakiś sposób Panią ukształtowały. Czego nauczyło Panią życie?
M.K.: Okrawania swojego ego kawałek po kawałku. Na przykład, przez sześć lat opiekowałam się chorą siostrą, Danielą. Wiązało się to z ograniczeniem pracy aktorskiej – mogłam pracować wyłącznie lokalnie, na miejscu w Melbourne. Musiałam to zaakceptować. Po odejściu siostry w 2023 roku zaczęłam rozumieć sens tego, co Daniela często mi powtarzała; żebym przestała wiecznie za czymś gonić. Ona, osoba chora, starała się nauczyć mnie dawania sobie przyzwolenia na odpoczynek. Czasami ograniczenie dotychczasowej metody na życie stwarza nowe mozliwości. Zaczynamy widzieć siebie w nowym świetle. Inne rzeczy zaczynają być ważne. Rozpoznanie swojej niecierpliwości umożliwia nam nauczenie się bycia cierpliwym
Cudem jest dla mnie to, iż zawód aktora przez cały czas jest mi wierny, iż ludzie mnie pamiętają i zapraszają do udziału w różnorodnych projektach.
Od czterech lat staram się być dobrą babcią i czuję się uprzywilejowana tym, iż przez parę dni w tygodniu opiekuję się wnukiem, Ardenem. Jestem ogromnie dumna z córki oraz wnuka i jego taty. którzy są wspaniałymi, mądrymi ludźmi. I choćby miała po mnie i po Krzysztofie – moim byłym mężu, a w tej chwili bliskim przyjacielu – pozostać na tym świecie tylko ta mała spójnia dusz, to myślę, iż jest to bardzo dużo.
Chociaż czasami wydaje mi się, iż mogłam zrobić w życiu więcej, to patrząc na całokształt moich przeżyć, myślę sobie, iż nie jest źle. Za każdym tytułem serialu, sztuki teatralnej, koncertem czy inscenizacją, kryje się wiele godzin pracy. Za każdą interakcją z drugim człowiekiem, zwierzęciem, kwiatkiem, samą sobą skrywa się prawda o Marcie. Jakakolwiek ona jest, dobra czy zła. Teraz jestem na etapie uczenia się samoakceptacji i miłości do siebie. Mam pod górkę, ale idzie mi coraz lepiej. o ile ktoś kiedykolwiek przeczyta te słowa, posłuchajcie mnie i róbcie to samo.
J.T.: Jakie ma Pani plany artystyczne na przyszłość?
M.K.: Do niedawna czułam, iż jeszcze muszę zrobić coś ważnego, a tu czas ucieka, lat przybywa, sił ubywa. Bardzo chciałabym wrócić do „Róży”. Ponadto Stefan Mrowiński wyrażał się bardzo pozytywnie o mojej poezji, więc może warto byłoby ponownie usiąść do pisania. Kiedyś zaczęłam pisać książkę, mam już 4 strony (haha)… na tym stanęło. Na razie dziękuję Panu Bogu za każdy dzień, cieszę się z każdego uśmiechu, z każdej kropli wody.
J.T.: Tego Pani życzę. Dziękuję za rozmowę.
M.K.: Dziękuję, Pani Justyno.
Rozmowa została przeprowadzono 9 lutego 2026 roku.
Marta Kaczmarek (z domu Zdybicka) urodziła się 24 kwietnia 1955 roku w Krasnymstawie. Ukończyła studia aktorskie w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. W latach 80. wyemigrowała wraz z mężem Krzysztofem i córką Kasią do Perth w Australii Zachodniej, gdzie pracowała jako tancerka, kelnerka, agentka nieruchomości, aktorka, reżyserka oraz wykładowczyni w Western Australian Academy of Performing Arts i School of Contemporary Arts (2004–2007).
W latach 1976–2023 artystycznie związana ze scenami teatralnymi w Polsce i w Australii. W 1985 roku wspólnie z Krzysztofem Kaczmarkiem założyła teatr „Theatre Zart” („Teatr Żart”) w Perth.
Stworzyła kreacje aktorskie w australijskich filmach (m.in. „Clowning Around 2”, „Shine”, „The Beast”, „Ricky Stanicky”) i serialach (m.in. „Blue Heelers”, „Rake”, „Offspring”, „The Circuit”, „Underbelly”, „Wild Kat”).
Inicjatorka, realizatorka i reżyserka projektów artystycznych m.in. inscenizacji Księgi VII „Pana Tadeusza” (1997), „Gallivanting in Glenroy” (2008), pastorałki „Betlejem Polskie” (2009), „Wislawa Szymborska: The Poet’s Voice” (2010), „Rozszumiały się wierzby płaczące” (2011), monodramu „Róża” (2015), „Powroty” (2016), spektaklu poetycko-muzycznego poświęconego Powstańcom Warszawskim (2024).
Laureatka odznaczeń i nagród:
2004 – Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej za wieloletnią działalność w kultywowaniu polskiej kultury w Australii
2005 – Nominacja do Green Room Award za rolę Winnie w spektaklu „Happy Days” Samuela Becketta
2011 – Green Room Award dla najlepszej aktorki za rolę w spektaklu „Cafe Scheherazade” Arnolda Zable, wystawionym przez teatr Fortyfivedownstairs
2015 – Equity Award za wybitną kreację aktorską w serialu dramatycznym za rolę Marii w serialu „Rake”
2018 – Nagrody dla Najlepszej Aktorki za kreację Sophie w krótkometrażowym filmie „The Beast” na Auckland International Film Festival, Southern Shorts Awards w stanie Georgia oraz Bucharest ShortCut Cinefest
Zdjęcie tytułowe: grafika własna z wykorzystaniem zdjęcia Marty Kaczmarek.
Zdjęcia załączone do wywiadu, jeżeli nie podano inaczej, pochodzą z archiwum Marty Kaczmarek i nie mogą być udostępnianie bez zgody ich właścicielki.















