Nowe w Nowym: Starsi panowie dwaj…

kulturaupodstaw.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: fot. D. Stube


Andrzej Lajborek jest najmłodszy z tej trójki: na scenie przy Dąbrowskiego spędził dotąd pięćdziesiąt jeden lat, wcześniej, przez cztery lata, grał w Szczecinie, w Teatrach Dramatycznych, skupiających pod jedną administracją obie tamtejsze sceny. Ze Szczecinem pożegnał się w maju 1975 roku, rolą Kuby „Krzywego Palucha” w „Operze za trzy grosze” Brechta w reżyserii Petera Fischera, a dziesięć dni później przedstawiał się już publiczności poznańskiej w „Szkole błaznów” de Ghelderode’a w reżyserii Conrada Drzewieckiego w Teatrze Nowym. Co ciekawe, właśnie tym spektaklem Drzewiecki debiutował jako reżyser teatrów dramatycznych…

Kim Andrzej Lajborek nie był przez te lata! Aktorem, rzecz jasna, przede wszystkim, ale i reżyserem, i tłumaczem, i kierownikiem muzycznym w kilku przedstawieniach, często też występował na estradzie w programach kabaretowych, no i śpiewał. Od zawsze. Piosenkę tak sobie upodobał, iż ma dziś na swoim koncie kilka osobnych spektakli z nich stworzonych oraz recitali.

fot. D. Stube

Na recital zaprosił też jubileuszowo („Zakochani są wśród nas”, prem. 31.01.2026), a iż los jubileusz wyznaczył w okolicach walentynkowych szaleństw, więc miłość stała się motywem przewodnim; nucąc razem z jubilatem przeboje Czerwonych Gitar, Niemena, Piotra Szczepanika, Urszuli Sipińskiej czy Ludmiły Jakubczak, powędrowaliśmy przez lata sześćdziesiąte. I jak to u Lajborka zwykle bywa, także tym razem muzyczną opowieść wzbogacały anegdoty, tworząc specyficzny kontekst dla przypominanych utworów.

Lata sześćdziesiąte to złoty czas big-bitu, także tego znad Wisły. Mnożyły się zespoły, utworów powstawało multum. Trudny więc wybór, choćby jeżeli się skupić tylko na miłości. Lajborek zaczął od Marka Grechuty i zespołu Anawa: „Teatr to dziwny teatr jedyny, gdzie sens gdzie treść czort jeden zna, tam fortepiany i mandoliny, w szalonym tangu Anawa…”. Potem przypomniał, w jakiej rzeczywistości wówczas żyliśmy, iż „przewodnia rola partii”, iż „przyjaźń polsko-radziecka”, iż „stonka amerykańska” i pomarańcze na święta. On sam w 1960 roku był uczniem szkoły podstawowej.

Początek jest ważny. Może najważniejszy. Bo albo chwyci „za gardło”, albo nie – jeżeli chwyci, damy się ponieść opowieściom, dołożymy do scenicznej historii wspomnienia własne, jeżeli nie chwyci – będziemy się męczyć okrutnie. To jak z pierwszym zdaniem w powieści. Każdy autor powie, iż najwięcej czasu mu zabiera właśnie jego wymyślenie. Od tego zdania zależy cała narracja.

„Tango Anawa” było dobrym wyborem. Po nim muzyka już sama płynęła, a osobisty ton wspomnień usprawiedliwiał każdą nutę. Andrzej Lajborek wybrał te utwory, które były dla niego samego ważne i tych autorów, których sam szczególnie cenił. Zresztą zawsze tak było, zawsze, kiedy budował kolejny śpiewany spektakl.

Pierwszy zrealizował w 1978 roku („Powitania i pożegnania”), z utworami Wysockiego i Okudżawy. Rosyjskie pieśni były mu bliskie i brzmiały wspaniale w jego wykonaniu. Wracał do nich wielokrotnie. Nie chodziło tu jedynie o romantyczną duszę, „serce szczypatielnoje”, bo przecież i Okudżawa, i Wysocki opowiadali nie tylko o miłości, ale i śmierci, bólu, rozczarowaniu, trudzie życia, zwłaszcza tego tłamszonego ideologią komunistyczną. To były utwory, które łączyły publiczność ponad nacjami, bliskie wszystkim przez wspólnotę losów, odczuć, doświadczeń. A Lajborek sięgał też – gdzieś po drodze, w innych spektaklach – po piosenki amerykańskie („Czas wiele zmienia. Ballady amerykańskie” 1980), francuskie („Paris, Paris. Piosenki znad Sekwany” 1990), no i polskie. I kreślił tak nasz „portret zbiorowy”, karmił marzeniami, tęsknotą i nadzieją.

fot. D. Stube

W 2021 roku wyciągnął z pamięci lata pięćdziesiąte („Świat nie jest taki zły”); powrót do dekad minionych okazał się świetnym pomysłem na nowy cykl – druga część („Zakochani są wśród nas”), przypominająca lata sześćdziesiąte, właśnie teraz wybrzmiała premierowo. Od razu jednak trzeba wyraźnie powiedzieć: to nie są spektakle dla randomowego widza – trzeba dobrze wiedzieć, po co się przychodzi do teatru i chcieć się poddać atmosferze proponowanego spotkania, czasem zanucić coś wspólnie, czasem się uśmiechnąć, może choćby bardziej do własnych wspomnień, niż tych snutych na scenie.

To jest spotkanie… pokoleniowe. interesujące i ważne dla tych, którzy właśnie wtedy dorastali, ale i tych, którzy bez zaglądania do internetu mogli jeszcze sami śpiewać, jadąc na przykład ze swoją klasą na „czyn społeczny”, jakieś wykopki czy sprzątanie stadionu przed dożynkami, iż „wszystko to przypomina ciebie mi” albo „nigdy więcej nie patrz na mnie takim wzrokiem” czy „zapomniałam twoje oczy, zapomniałam twoje usta”… Ja śpiewałam. Cały autobus śpiewał Szczepanika lub Czerwone Gitary. Dla mnie więc ten wieczór z Andrzejem Lajborkiem był mocno sentymentalny i miły – jak powrót do krainy dzieciństwa. Tak, jest Radio Pogoda, nadają tam stare przeboje, ale zupełnie inaczej się ich słucha, kiedy na scenie przypomina je „starszy kolega” i śpiewa tak, jakbyśmy to robili na jakiejś „domówce” lub przy ognisku, nie naśladując Młynarskiego, Połomskiego, Kofty… Po swojemu i swojsko.

Jubileusz, jak to się mówi, okazał się zacny. Zbudowany z tego, co jubilat kocha. I zwyczajnie wzruszający. Pięćdziesiąt pięć lat to kawał historii, kawał życia.

Nie inaczej działo się i dwa tygodnie później, 15 lutego, kiedy swój benefis miał Michał Grudziński. Z Teatrem Nowym związany całe swoje artystyczne życie. Zadebiutował tu 10.10.1970 rolą Sekretarza w „Ptaku” Szaniawskiego w reżyserii Piotra Sowińskiego. I od razu podbił serca publiczności, a sam zakochał się w Poznaniu na tyle mocno, iż odmawiał przeniesienia się do Warszawy, namawiany do tego chociażby przez Jerzego Grzegorzewskiego.

Na jubileusz wybrał „Wiśniowy sad” Czechowa – ostatni spektakl przygotowany przez Izabellę Cywińską. Premiera odbyła się 14 grudnia 2013 roku. Jeszcze w tym samym miesiącu udało się zapisać to przedstawienie dla Teatru Telewizji, więc można do niego wracać w dowolnej chwili.

fot. D. Stube

Jak mówiła Cywińska, ten spektakl podsumowywał jej życie: wracała do Poznania – niczym Raniewska – by przekonać się, co zostało z wizji teatru, jaki tu realizowała, by przyjrzeć się własnej drodze. Myślę, iż i z tego samego powodu Michał Grudziński chciał to przedstawienie pokazać z okazji swojej rocznicy. Niechcący powstała klamra: karierę aktorską zaczynał rolą Gajewa – „Wiśniowy sad”, realizowany pod okiem Jana Świderskiego, był jego przedstawieniem dyplomowym w warszawskiej PWST.

U Cywińskiej zagrał Firsa – starego służącego, wiernego, oddanego, nie mającego nic w życiu poza rodziną zajmującą dom przy sadzie. Opowieść o początku i końcu, o pamięci i zapomnieniu, o przemijaniu. Wielka rola.

Ton serio, choć przecież Grudziński obdarzony jest niezwykłym talentem komediowym i w tym gatunku czuje się wyśmienicie.

fot. D. Stube

Jego role w sztukach Fredry są absolutnym mistrzostwem – dobrze, iż kilka zostało zapisanych na taśmach filmowych. Słynna Baba Jaga, w jaką wcielał się przez niemal pół życia przy różnych okazjach, wynikała właśnie z komediowo-kabaretowego rysu jego uzdolnień (i potrzeby „stańczykowego” komentowania świata). No, ale Grudziński często powtarzał, iż dla niego aktorstwo stanowi rodzaj klaunady, rozumianej jednak nie krotochwilnie, a filozoficznie: śmiech, żart ma łagodzić ból, ma być „wentylem bezpieczeństwa” dla refleksji, która wcale zabawna nie bywa w swej istocie, bo świat jest okrutny, a drogę człowieka znaczy cierpienie.

Większe lub mniejsze, ale zawsze. Firs w ten koncept wpisuje się idealnie. Grudziński zawsze miał świetne wyczucie czasu i miejsca, a wiek… cóż, z wiekiem śmiechu w nas coraz mniej, choćby jeżeli umiemy zachować dystans do siebie. Los zapomnianego przez świat służącego staje się losem człowieka w ogóle. Poza teatrem, poza dramatem, poza wzruszeniem. Każe zadumać się inaczej, pełniej. I powrócić do idei carpe diem, bo nie wiemy przecież, ile jeszcze tu będziemy i czy obudzimy się jutro.

Idź do oryginalnego materiału