Przyznaję: bardzo czekałam na tę premierę. Śledzę od początku karierę Marcina Libera, jeszcze od jego czasów w teatrach alternatywnych, kilka spektakli miałam też okazję współrealizować dla TVP Kultura, od dawna uważam go za jednego z najciekawszych reżyserów swojego pokolenia, fantastycznie łączącego doświadczenia teatru fizycznego, kontestującego z instytucjonalnym, potrafiącego ciekawie grać różnymi konwencjami i stylami, a do tego konsekwentnie pytającego o sprawy współcześnie najważniejsze: o miejsce człowieka, o granice dobra i zła, o nasze postawy, o wolność. Za każdym razem tworzy miks wybuchowy. Za każdym razem kończy się to u mnie nieprzespaną po premierze nocą, bo uaktywnione myśli zabierają spokój. Tym razem jest podobnie: „Diabeł i dziewczyna” rozsadza głowę. Poruszonych wątków tu tyle, iż mógłby powstać opasły esej zamiast krótkiego felietonu.
Każda scena w spektaklu to teza, każdy gest coś znaczy, choćby imię i kostium są znakami. Platon, Jezus, Jan Paweł II, Diabeł, Matka, Sinéad O’Connor…
To poważna rozprawa o religii, o wierze, jej komercjalizacji, o zaczadzeniu katolicyzmem, o bezrefleksyjnym poddaniu się hierarchii kościelnej, o sprzeniewierzeniu. O kłamstwie i prawdzie. O obojętności i współczuciu. O bezsensownym okrucieństwie. O odwróceniu wartości. O ludzkiej ułomności. O tym, jak łatwo jest popaść „w szpony zła” – tego mitycznego diabła. Nie obrażająca niczyich uczuć, raczej wzywająca do zastanowienia, do szerszego spojrzenia na jeden z fundamentalnych problemów, z jakimi dziś mierzy się Kościół katolicki, z jakimi mierzymy się my, wychowani w jego tradycji: na krzywdę czynioną bezbronnym.
Jak dowodzi historia, każda idea prędzej czy później staje się swoją antytezą lub karykaturą; najpierw wnosi w świat myśli krytyczny stosunek do zastanej rzeczywistości, wskazuje sposoby rozwiązania określonych problemów, a potem ulega pokusie zaniechania lub zmiany, która ostatecznie podporządkowuje ją partykularnym interesom jej rzekomych strażników. Może to się nazywać katolicyzmem, może dotyczyć przykazań. Zło czyni człowiek. Z pychy, nadmiaru władzy, ze słabości, z ulegania pokusom lub pragnieniom – także tym powszechnie uznawanym za karygodne.
Zło to człowiek. Ten, który z premedytacją krzywdzi, ale także ten, który krzywdzi bezrozumnie, czasami z miłości i w imię miłości.
Historia irlandzkiego katolicyzmu to właśnie opowieść o krzywdzie. Masowej. Stanowi odpowiednie tło dla rozważań o istocie dobra i zła.

Plakat „Diabeł i dziewczyna”
„Kościół w Irlandii przyczynił się do własnego upadku. Hierarchowie skupili się na protekcji instytucji i jej członków, a nie na ofiarach. To okazało się jedną z kluczowych przyczyn sekularyzacji Irlandczyków. Postawa duchownych zniszczyła ich moralny autorytet i wpływ na społeczeństwo. Wcześniej to oni udzielali spowiedzi i decydowali o pokucie, teraz role się odwróciły i Kościół został zmuszony do wyznania grzechów” – mówił Tom Inglis, socjolog, Jakubowi Bodzionemu w wywiadzie opublikowanym w „Kulturze liberalnej” 17.11. 2020 roku. I dodawał: „W latach 90. na jaw wyszło wiele głośnych pedofilskich skandali z udziałem księży i hierarchów. Państwo podjęło bardzo zdecydowane działania wobec tych nadużyć, co jeszcze niedawno byłoby nie do pomyślenia. Prokuratura i policja nie stosowały wobec nich żadnej taryfy ulgowej. Presja ze strony mediów i państwa zmusiła Kościół do przyznania się do odpowiedzialności. To sprawiło, iż coraz więcej ofiar publicznie zabierało głos, co dało okrutny obraz gwałtów, przemocy, znęcenia się nad dziećmi przez księży i siostry zakonne. Kościół stracił społeczne zaufanie, a liczba osób uczęszczających na msze radykalnie się zmniejszyła.”
3 października 1992 roku Sinéad O’Connor, występując w programie „Saturday Night Live”, podarła zdjęcie papieża Jana Pawła II, protestując w ten sposób przeciwko tuszowaniu przez Kościół katolicki przypadków wykorzystywania seksualnego dzieci w Irlandii. Długotrwałemu procederowi sprzyjała regulacja, oddająca wszystkie ośrodki opiekuńcze nad dziećmi w ręce Kościoła. Temat pedofilii wśród księży wtedy rzadko był podnoszony, a o ofiary molestowania upominali się nieliczni. Swoim czynem Sinéad nie atakowała jednak religii, o co ją później posądzano, a protestowała przeciwko zmowie milczenia, przeciwko przyzwoleniu na zło. Poza tym uparcie szukała Boga. W 1999 roku przyjęła święcenia kapłańskie (wyświęcił ją biskup Michael Cox z Tridentyńskiego Kościoła Irlandii; O’Connor przybrała wtedy imię Matka Bernadette Mary). Ostatecznie jednak wybrała islam (2018) i jako muzułmanka, Shuhada’Sadaqat, zmarła 26 lipca 2023 roku. Miała 56 lat. Została pochowana na cmentarzu Deansgrange w Dublinie.
We „Wspomnieniach” O’Connor, opublikowanych przez Wydawnictwo Agora (przekład – Katarzyna Mojkowska, Warszawa 2021), czytamy, iż zdjęcie Jana Pawła II było jedynym „obrazkiem” wiszącym w sypialni jej matki – zostało zrobione w 1979 roku, podczas wizyty papieża w Irlandii. Sinéad pisała:
„»Młodzi Irlandii – powiedział po swojej popisowej scenie z całowaniem ziemi na dublińskim lotnisku, jak gdyby jego lot był tak przerażający – kocham Was«. Co za dyrdymały. Nikt nas nie kocha. choćby Bóg. To pewne, choćby nasze matki i ojcowie nie byli w stanie nas znieść.”
Podarcie fotografii, nazwanie Jana Pawła II wrogiem i wezwanie do działania, nie było aktem nienawiści – wynikało z refleksji nad tym, co czynił Kościół, było krzykiem rozpaczy. Ona sama doświadczyła ogromnego cierpienia – zadawała je matka, wierna córa Kościoła, zakochana bez pamięci w papieżu – była katowana, poniżana, uczona, iż jej życie jest nic nie warte, iż ona sama jest niczym.

fot. Teatr Nowy im. Izabelli Cywińskiej w Poznaniu
Po takich wyznaniach, po takich „Wspomnieniach”, nie mógł powstać spektakl inny niż ten, który powstał…
Jest jak odkurzanie dawno niesprzątanego pokoju. To trzeźwa ocena sytuacji kształtowanej przez wieki, do której powstania wszyscy się przyczyniliśmy milcząc. Bo milczeniem daliśmy przyzwolenie na działania Kościoła, które krzywdziły, choć pełne były słów o miłości. Oddaliśmy mu władzę, podporządkowaliśmy mu własne życie, zbyt rzadko wątpiąc w mądrość głoszonych przez niego tez, a każdego człowieka w sutannie czyniliśmy społecznym i naukowym autorytetem, traktując go niemal jak świętego – bez wad, bez przywar, bez grzechu. Nie zadawaliśmy pytań. Tak było wygodniej. Zdjęliśmy z własnych ramion ciężar odpowiedzialności. Konfesjonał zastąpił refleksję. Każdą przewinę można było tu unieważnić, każdy grzech mógł być darowany, żaden nie skutkował adekwatną karą.

fot. Teatr Nowy im. Izabelli Cywińskiej w Poznaniu
Piekło? Ale to dopiero po śmierci. Tak daleka perspektywa miała powstrzymać złe czyny?
W programie teatralnym przytoczone są fragmenty wyznań Sinéad, między innymi ten:
„Zawsze miałam zamiar zniszczyć zdjęcie papieża, które należało do mojej matki. Reprezentowało kłamstwo, kłamstwo i przemoc. Ludzie, którzy posiadali takie rzeczy, byli diabłami, jak moja matka. Nie wiedziałam, kiedy ani gdzie je zniszczę, ale byłam pewna, iż to zrobię, gdy przyjdzie odpowiedni moment. I, mając tego świadomość, od tamtego dnia pilnowałam, by zabierać je wszędzie, gdzie tylko mieszkam. Bo ludzi gówno obchodzą irlandzkie dzieci”.
Podarła je w Ameryce. Ameryka się od niej odwróciła. Kariera się zamknęła. Nikt nie pytał o jej racje, nikt nie wnikał w przyczyny, liczył się akt – czyn uznany za obrazę. Nie pochylono się nad słowami mu towarzyszącymi: „Walcz z prawdziwym wrogiem!”… No, bo: z jakim „wrogiem”? Jakim „prawdziwym”? Czego ona chce? Zwariowała! Ostatecznie. Już wcześniej była „dziwna” – przecież ogoliła głowę! Kto normalny pozbywa się włosów?!
Małgorzata Sikorska–Miszczuk i Marcin Liber próbują wytłumaczyć, dlaczego tak się stało. Zadają pytania. Ale to nie jest tylko opowieść o charyzmatycznej piosenkarce i jej dramatycznym losie – to jest opowieść o tym, co nas kształtuje, o walce dobra i zła, o złożoności tego wszystkiego, co składa się na człowieczy los. To także pytanie o to, kim jest Bóg, dlaczego nie ingeruje, kiedy dzieje się krzywda…
Czy to może obrażać uczucia religijne? Przecież każdy chociaż raz w życiu zastanawia się nad tym. A kilkunastoletni święci od tego i owego? Nie myślimy, z jakiego powodu zostali wyniesieni na ołtarze i dlaczego opiekują się sprawami, o których nie mogli mieć pojęcia?
Przewrotna jest sugestia odpowiedzi. Jezus jak fotoreporter, który nie pomaga, tylko przygląda się światu… Co ciekawe, przed nim w spektaklu pojawia się Platon, dla którego najważniejsze było dążenie do dobra, piękna i prawdy, a bytem idealnym sprawiedliwe państwo rządzone przez filozofów.
Czy katolicyzm wywodzi się wprost z myśli platońskiej i jak ona nie jest możliwy do zrealizowania w formie pełnej, zbyt idealnej? Ułomność jest cechą immanentną każdej idei? Być może. Być może też przypadek sprawia, iż jesteśmy stworzeni do czynienia dobra lub zła…
Ta opowieść choć dzieje się w Irlandii, oczywiście nie dotyczy tylko tamtego kraju. Jej transgraniczność w prosty sposób jest podkreślona – spektakl ujęty zostaje w klamrę: to hymn śpiewany na początku i na końcu, wystarczyło w Mazurku Dąbrowskiego zamienić Polskę na Irlandię. Bruno – dzieciak, którego ciało znaleziono w przyklasztornej stodole, mówi: „Chciałbym, żeby wszystkie bękarty, które tu się urodziły, zaśpiewały ze mną hymn Irlandii” i śpiewa: „Jeszcze Irlandia nie zginęła, póki my żyjemy…”. A potem to samo na koniec. Tyle wystarczy, by powiedzieć, iż „Diabeł i dziewczyna” dotyczy nas także, by przypomnieć, iż i tu próbujemy coś zrobić z podobną historią.
Dużo grzechów się pojawia, dużo pytań. Bez nich jednak nigdy nie będzie naprawy, oczyszczenia. W Irlandii padły słowa: „Przepraszamy!”. W Polsce daleka droga do tego. Choć wszyscy już wiedzą, co się działo i gdzie. Mówią pokrzywdzeni. Ci, którzy krzywdzili, milczą. Dlatego ten spektakl. Dlatego ta historia. Bo to próba nacisku. Bo to ostrzeżenie, iż o zapomnieniu nie ma mowy. I wołanie, by oceniać – zawsze. Bo w prawie i umiejętności oceny zawiera się nasza wolność.

fot. Teatr Nowy im. Izabelli Cywińskiej w Poznaniu
Jestem, więc mówię. Myślę, więc oceniam. Prawo niezbywalne. Tyle, iż nie tylko o Kościół tu chodzi. Zło ma różne oblicza. Jest obok. Dotyka, zagarnia, zmienia świat. I szuka usprawiedliwień dla siebie, wmawia, iż działa w imię dobra. O tym także przypomina ten spektakl.
Pan Diabeł
(…)
Jest zdjęcie i jest obłąkana kobieta?! Znęcała się nad córką w imię własnego obłędu, kto za to odpowiada? Nikt.
Przecież nie będziesz winił papieża?
Dwa tysiące lat mądrości Kościoła stoi za nim. Nie będziesz tego podważał, co? Nie chcesz oceniać, bo to jest nieludzkie, niegodne, niesprawiedliwe, takie niechrześcijańskie.
Papież miał swoje racje, prowadził swoje stado najlepiej, jak potrafił, prawda?
A ja chcę ci powiedzieć, iż pozostało paru facetów, którzy mają swoje racje.
Bruno
Chyba nie będziesz stawiał w jednym rzędzie Netanjahu, Trampa, Putina i papieża?
Pan Diabeł
Nie stawiam ich w jednym rzędzie. Ja tylko pokazuję, jak bardzo TY się boisz oceniać.
Teatr Marcina Libera od zawsze miesza konwencje, wstawia wentyle bezpieczeństwa, rozbraja śmiechem to, co przygniata swoim ciężarem gatunkowym. Nie inaczej jest i teraz. Sacrum łączy się z profanum. Rzecz w proporcjach. Tu – trafione.
Ale jest w tym spektaklu pewne niebezpieczeństwo, bo łatwo przekroczyć granicę „karykatury”, „przegrzać” temat, zwłaszcza w rolach Matki (Edyta Łukaszewska) i kilku groteskowych postaci, które kreuje Dariusz Pieróg. Na premierze aktorzy nie szarżowali, mam nadzieję, iż zachowają powściągliwość i później, choć to bardzo trudne. Wielkie brawa należą się grupie hierarchów kościelnych (Aleksander Machalica, Waldemar Szczepaniak, Janusz Grenda, Paweł Hadyński), bo umieli mądrze i lekko poprowadzić swoich biskupów (scena z gitarami genialna). Diabeł (Ildefons Stachowiak) był tak uroczo uwodzicielski, iż każdego mógł łatwo omamić i sprowadzić na złą drogę; Jezus, a wcześniej Platon (Dawid Ptak), celnie zamieniony w figurę „chłopaka z sąsiedztwa”, który kilka może, ale przynajmniej jest; Bruno (Mateusz Wróblewicz) – przejmujący w swojej narracji, bez patosu, bez tragicznego zacięcia, choćby wtedy, kiedy mówi o własnej śmierci. I wreszcie Sinéad O’Connor – z niezwykłą wrażliwością, czułością i siłą poprowadzona przez Weronikę Asińską, charyzmatycznie. Scenografia, która stanowiła po prostu idealne tło dla opowieści, pojemna tak, by zmieścić wszystkie problemy dramatu, do tego fantastyczne kostiumy, dopełniające charakterystyki postaci. No i muzyka. Nie mogło jej zabraknąć w opowieści o jednej z największych postaci światowego rocka.
Czegóż chcieć więcej? Trudne pytania, jedne z najtrudniejszych, bo przecież dotyczące też naszej konstrukcji psychicznej i kulturowej, ubrane w formę, która nie dusi, która pozwala nabierać powietrza, która daje pauzę nim ponownie chwyci za gardło…
Tak, każda scena mogłaby stanowić temat dla osobnego eseju. Albo „nocnej Polaków rozmowy”.
Dla mnie to najważniejsze przedstawienie Teatru Nowego w tym sezonie. I najpiękniejsze.
Małgorzata Sikorska–Miszczuk „Diabeł i dziewczyna”
Reżyseria: Marcin Liber
Scenografia i kostiumy: Mirek Kaczmarek, Maria Mordarska
Prapremiera 27.03.2026
Teatr Nowy im. Izabelli Cywińskiej w Poznaniu, Scena im. Tadeusza Łomnickiego




![Nasza Miss znów promuje Kurpiowszczyznę. Ewa Mielnicka-Cekała gościem „Pytania na Śniadanie” [WIDEO]](https://www.eostroleka.pl/luba/dane/pliki/zdjecia/2026/ewa2.png)





