A potem nastał czas dramaturgów. Ale nie takich, co to piszą własne sztuki, tylko takich, którzy „przepisują” utwory napisane przez innych.
Może adekwatnszym by było słowo: „poprawiają”, nierzadko traktując dzieło brane na warsztat wyłącznie jako punkt wyjścia dla własnej twórczości. To, co zostało stworzone wcześniej przez innych, przemyśliwa się na nowo – nie po to, by odpowiedzieć na klasyczne pytanie w rodzaju „co autor miał na myśli”, ale by znaleźć powód, dla którego mielibyśmy zainteresować się tym obecnie, a więc „czyta” się to – powiedzmy – poprzez feminizm, poprzez aktywizm, poprzez problem wykluczenia, poprzez zużycie danej figury czy symbolu, reinterpretuje, dekomponuje, zmienia kolejność – jakby dramat był z klocków Lego i dawał nieskończone możliwości przestawiania, przekładania, obudowywania i tak dalej.
Czasami wychodzi to wszystkim na dobre, czasami nie. Ale nie ma w tym nic złego, bo już samo szukanie jest istotne – rodzi pytania, a pytania prowadzą do wiedzy. Więc dobrze. Poza tym każde pokolenie ma prawo przeglądać się w sztuce po swojemu.

Plakat „Umrzeć ze śmiechu” reż. K. Babicki
Ale… i ja mam też prawo tęsknić za teatrem, który zachowuje się inaczej, mam prawo czuć się zmęczona ciągłymi dekonstrukcjami, walką z sensem (lub bezsensem) pozmienianych tekstów, koniecznością sięgania po teorie psychoanalityczne czy doświadczenia pop-kultury, by zrozumieć zabiegi twórcze interpretatorów, móc podążać za myślą próbującą wybrzmieć ze sceny. Nie, nie mówię, iż ma być wyłącznie lekko, łatwo i przyjemnie – mówię, iż czasami we współczesnym teatrze mamy do czynienia z takim przekombinowaniem, iż trudno rozpoznać w nim oryginał i równie trudno zrozumieć cel podjętego trudu.
Dawniej określało się tego typu działania krótko: „prawa ręka, lewe ucho”. Można. Sięgnie się. Tylko… po co? Mam prawo tęsknić za „Wiśniowym sadem” – takim, jak ongiś pokazała go Izabella Cywińska; „Wiśniowym sadem”, w którym to, co współczesne, wydobywają z tekstu, liczącego grubo ponad sto lat, odpowiednio ustawione akcenty, w którym metaforę budują i pogłębiają drobne szczegóły scenografii, w którym muzyka, zajmując ważne miejsce, nie ogłusza, nie zabija nastroju i odbioru. Mam prawo tęsknić do teatru bez mikroportów, w którym i tak słychać każde słowo choćby w ostatnim rzędzie. Tak, mam prawo!

fot. D. Stube
To takie luźne dywagacje, niezwiązane z żadnym konkretnym teatrem, z żadnym ostatnio widzianym przedstawieniem. I raczej w stopniu ogólnym. Sezon zbliża się do końca, więc rodzą się jakieś przemyślenia o tym, co w ogóle działo się na polskich scenach. A działo się wiele.
W Teatrze Nowym w Poznaniu było ciężko i poważnie przez niemal cały rok, więc śmiech wybuchający w najnowszym spektaklu działa niemal terapeutycznie, co tym cenniejsze, iż przecież nasza codzienna rzeczywistość nie daje zbyt wielu powodów do niego. A śmiech – wiadomo – oczyszcza, śmiech koi, nie mówiąc o gimnastyce, jaką czyni mimochodem: istnieje coś takiego jak joga śmiechu i jest polecane jako naturalny masaż zmniejszający głębokie zmarszczki na twarzy, a do tego dochodzą inne mięśnie, pracująca pięknie przepona… Śmiech to zdrowie.
Krzysztof Babicki, po opuszczeniu Teatru Miejskiego w Gdyni, wrócił na szlak reżysera „do wynajęcia”.

fot. D. Stube
Wędruje.
To często reżyserom dobrze robi – chociażby dlatego, iż wyrzuca ich poza strefę komfortu, jaką jest praca ze stałym, znanym już sobie, zespołem.
Poza tym trzeba od nowa sprawdzić własną komunikatywność, zgrać się błyskawicznie z nową grupą współpracowników i sięgnąć, być może, po inne niż dotąd techniki, by całość ustawić jak należy. Istnieje ryzyko, iż nie wszystkie składowe zagrają zgodnie z oczekiwaniami – jak się wydaje, tym większe, kiedy się sięga po komedię. No, ale Babicki to „stary wyga” – ma na swym koncie ponad sto premier, różnych gatunkowo, chociaż najczęściej wybierał ciężkie i mroczne dramaty.
Za „Umrzeć ze śmiechu” Paula Elliotta wziął się po raz drugi. Po raz pierwszy cztery lata temu, w Gdyni (premiera 15.10.2022), w teatrze wówczas przez siebie prowadzonym, teraz – ponownie, choć z tą samą ekipą, co wtedy, niezawodną: scenografię przygotował Marek Braun, kostiumy Jolanta Łagowska-Braun. Sądząc po recenzjach, koncepcja też się nie zmieniła. Zresztą, tekst jest tak napisany, iż za wiele swobody reżyserowi nie zostawia. I za wiele możliwości do grzebania w nim też nie – dobra komedia jest jak kryminał: precyzyjna w swym zamyśle, przemyślana, wycyzelowana, można wyrzucić z niej jedną kwestię, dwie, ale nie ma mowy o „postmodernistycznej dekonstrukcji”, bo wtedy cała intryga spali na panewce.

fot. D. Stube
Fabuła to prosta historia, ze świetnym punktem wyjścia, ciekawym zestawem odpowiednio zróżnicowanych charakterologicznie postaci, do tego błyskotliwe dialogi, z których wynikają różne sytuacje, a sytuacje budują kolejne dialogi i tak dalej. Wszystko gra, wszystko nakłada się na siebie. „Umrzeć ze śmiechu” jest napisane brawurowo.
Nic więc dziwnego, iż kiedy ta sztuka została zaprezentowana po raz pierwszy w 2013 roku w Springfield Little Theatre w Missouri, od razu stała się hitem. To absolutny pewniak. Wystawiasz i masz zapewnioną frekwencję.
Komedia to technika. Ze sztuk najtrudniejsza. Niektórzy twierdzą, iż role komediowe są ostatecznym sprawdzianem dla aktora.
Może dlatego tak wielcy tragicy i wielkie tragiczki, jak Laurence Olivier, Kenneth Branagh, Emma Thompson, Glenn Close czy Meryl Streep też w nich występowali? By dowieść swego talentu? Tak czy inaczej, nie każdy umie grać w komedii i nie każdy umie ją wyreżyserować. Nie każdy ma też odwagę.

fot. J. Wittchen
Szczęśliwie, w Nowym wszystko się ułożyło wyśmienicie. I reżysersko, i aktorsko. Aktorsko zwłaszcza. Sprawdziło się stare powiedzenie, iż połowa sukcesu, to dobra obsada. jeżeli na scenie spotykają się Bożena Borowska-Kropielnicka, Małgorzata Łodej-Stachowiak, Antonina Choroszy i Julia Rybakowska, to wiadomo, iż czeka nas uczta. A jeszcze piękną niespodziankę swoją rolą sprawił nam Andrzej Niemyt, który – zdaje się – w komedii czuje się jak przysłowiowa „ryba w wodzie”. Gdzie on nauczył się takiego tańca na stole?! No, ale to zostawmy. Brawa dla Marty Herman za choreografię.
Oto widzimy trzy przyjaciółki, które spotykają się w wieczór pożegnania czwartej; Mary zmarła, została skremowana, nazajutrz ma spocząć w miejscu wiecznego pochówku. Akurat to dzień, kiedy od 30 lat panie spotykają się na cotygodniowym brydżu. Oczywiście, brydż nigdy nie służył li tylko zabawie karcianej, to był zawsze czas miłego kontemplowania życia, omawiania wszystkich jego bolączek i radości, snucia planów, mówienia o marzeniach. Trochę alkoholu przy okazji, trochę kawy, jakieś ciastka przygotowywane przez którąś z pań, wedle grafiku. No i ten dzień pożegnania to akurat czas ciastek Mary. Ale jej nie ma…
Millie (Antonina Choroszy) nie może sobie wyobrazić, by brydża miało nie być i by nie było na nim tej czwartej, choćby przyszło zaznaczać jej obecność jedynie symbolicznie, więc w drodze do domu Connie Harland (Bożena Borowska-Kropielnicka), gospodyni wieczoru, wykrada urnę czekającą na zaplanowaną na następny dzień uroczystość.
Co z tego wynika, nie będę zdradzać, ale mogą się państwo spodziewać wielu zabawnych zdarzeń, bo Mary okazała się kimś, kto umiał zaplanować spotkanie bez siebie w najdrobniejszych szczegółach i… zmusić do spełnienia marzeń pozostałe przyjaciółki. Rozruszać je, poluzować im gorsety. Przypomnieć, iż życie ciągle się toczy, a one same przez cały czas „jeszcze w zielone grają”.

fot. D. Stube
Właśnie ta opowieść o przyjaźni, owo przypomnienie, iż życie jest także po to, by realizować plany i przejmować się sobą, a nie tym, co inni powiedzą, stanowi o jakości tej komedii. Napisanej zgodnie ze wszystkimi regułami gatunku przez kogoś, kto musiał kochać życie i wiedzieć o nim sporo. A także o teatrze.
Paul Elliott, nim został dramaturgiem, sporo lat spędził jako aktor na scenie. I to się czuje. To wzmocniło jego warsztat pisarski. Dlatego jego komedia błyszczy, zaskakuje, jest prawdziwie zabawna, świetnie „siedzi” w postaciach, ale i przekazuje refleksję niebłahą wcale – nie jest to „odkrycie Ameryki”, ale prawda z gatunku często zapominanych, bo przecież niby wiemy, iż życie jest jedno i nie powinniśmy go marnować, przejmować się głupstwami, a jednak zbyt często ta myśl powraca dopiero wtedy, kiedy jest już na wszystko za późno. Przypominania więc nigdy za wiele. Może hasła o tym umieścić na pulpitach komputerów, ekranach telefonów? Może odpowiednie makatki powiesić nad łóżkiem? Nie wiem.

fot. D. Stube
Ale wiem, iż na pewno warto pójść do Teatru Nowego na terapeutyczny seans „Umrzeć ze śmiechu” i zobaczyć tę piątkę aktorów w rolach zupełnie innych.
Będziecie państwo zachwyceni każdą z postaci: cudownie trzymającą się w ryzach statecznej damy Bożeną Borowską-Kropielnicką, życiowo mądrą, choć nadużywającą napojów wyskokowych, rockmanką Małgorzaty Łodej-Stachowiak, uroczo głupiutką artystyczną duszą Antoniny Choroszy, nieodrodną córką swojej matki Julią Rybakowską i całkowicie zaskakującym Andrzejem Niemytem.
Półtorej godziny dobrej rozrywki. Z mądrym przesłaniem.
I bez mikroportów!
Paul Elliott „Umrzeć ze śmiechu” („Exit Laughing”)
przekład: Bogusława Plisz-Góral
reżyseria: Krzysztof Babicki
scenografia: Marek Braun
premiera: 17.04.2026
Teatr Nowy im. Izabelli Cywińskiej w Poznaniu, Scena Nowa im. Sławy Kwaśniewskiej















