Now Playing (212)

ekskursje.pl 1 dzień temu

Jak wiecie, (prawie) wszystko kojarzy mi się z popkulturą z lat 80., ostatnio zaś osobliwie z Winylami Dziadka Wojtka. Blog od początku miał formułę „przy muzyce o polityce (albo odwrotnie)”, więc powody dla których brzmi teraz w uszach „Kalkuta nocą” 2 plus 1 są oczywiste. Ale nie ściemniam, naprawdę mi brzmi.

Jutubonauta napisał recenzję „K*a jakie to piekne!!!!!!” i trudno się z nim nie zgodzić. Po 44 latach można tylko powiedzieć, iż zestarzało się to znakomicie, może z jednym małym zastrzeżeniem. W muzyce pop czasów PRL nie rozumiem fenomenu wokalnych duetów, w których kobieta ma głos w tak oczywisty sposób sto razy lepszy od faceta, iż facet – gdyby miał minimum rzetelnej samooceny – powinien po prostu milczeć, niczym cymbalistów wielu przy Jankielu. Ale drze się nie wiadomo po co, jak w tym utworze.

Elżbieta Dmoch śpiewa tu tak, iż w następnym stuleciu przez cały czas czapki z głów. Jej ówczesny mąż Janusz Kruk niestety jej momentami wtóruje i to jest coś doskonale tej piosence niepotrzebnego. Gdybym umiał robić takie rzeczy, zrobiłbym bootlegowy remiks z wycięciem jego wrzasków (to choćby nie jest śpiew przecież).

O remiks to się w ogóle prosi, bo piosenka ma kapitalną sekcję rytmiczną. I to już jest chyba zasługa pana Kruka, kompozytora? Uszami wyobraźni słyszę wykorzystanie sampli z tego rytmu w jakimś hiphopowym utworze z serii „Ja i moja beemka”.

Z jutuba dowiedziałem się, iż ktoś zrobił współczesny cover. No i jak wszystko współczesne, to taka elektro-beemka z wielkim ekranem dotykowym i zerową frajdą z jazdy. Automix, autoplay, autotune. Jak mawiają Włosi, poco a poco.

Dla ówczesnego 2 plus 1 była to bodajże pierwsza wycieczka w klimaty postpunkowego rocka. Przedtem zespół katował nas głównie jakimiś niby-hipisowskimi nudziarstwami, których nigdy nie polubiłem. Próbując rozstrzygnąć wątpliwości na koniec zaryzykowałbym domyśl, iż pan Kruk się tak wydziera, bo mu się wydawało, iż na tym polega rock (ale Dmoch rozumie rocka jakby nigdy nic innego nie śpiewała).

Tekst napisał niestrudzony kronikarz życia intymnego w PRL, mistrz Mogielnicki. Tytuł sugeruje, iż chodzi o Kalkutę, ale tekst piosenki ewidentnie opisuje jakiś peerelowski Grand Hotel (z jakiegoś powodu pada tam przecież kwota „pięćset złotych”). W tymże hotelu rozgrywa się znana nam wszystkim scena – młoda dama dostaje cynk od młodych ludzi, którzy nerwowo liczą pieniądze („wysilając mózg i palce toczą bój ze szmalcem”). Brzmi on: klient czeka w pokoju 603. Leniwie więc rusza „w stronę wind”.

Zdążyłem zauważyć, iż wielu moich rówieśników tego nie zna (choć znają te inne hiciory 2 plus 1, o kolorowych kredkach wędrujących w stronę słońca i takie tam). W PRL miało to dziwną dystrybucję, wyszło chyba tylko na singlu, ale już nie na albumie. Trochę leciało w radiu, ale jednak nie za bardzo, bo tekst był jednak trochę zbyt krytyczny. Czytelniku: a Ty to znasz?

Co do polityki – wiadomo, iż w takich hotelach odchodzi taki biznes, bo popyt wymusza podaż. Ponieważ jest nielegalny, to wszyscy uczestnicy mają plausible deniability. Tylko w Las Vegas – i to tylko w piosence Robbiego Williamsa – to działa tak, iż sutener wchodzi z dziewczynami do pokoju klienta i mówi „My name is Sunshine, these are my girls, lace my palm with silver baby and they gonna rock your world”.

Jeśli ktoś pracuje jako ochroniarz, musi to wszystko widzieć – inaczej byłby kiepskim ochroniarzem i w końcu przegapi jakiś gang, który w ten sposób przenika do pokoju 603, ale już żeby tam popełnić przestępstwo z innego rozdziału kodeksu karnego. Musi więc przynajmniej odwracać wzrok, ale byłoby to bardzo dziwne, gdyby robił to bez przyjmowania korzyści majątkowej.

Wierzę więc Onetowi. „Udowodnienie zarzutów” będzie jednak zwyczajnie niemożliwe, możliwe będzie najwyżej wykazanie, iż rzetelnie zebrali relacje świadków a więc mieli prawo to napisać. I trzymam kciuki, żeby się udało. Na razie puszczając sobie tonpressowską siódemkę a propos.

Idź do oryginalnego materiału