W moim wieku już bliżej jest niż dalej, rób co chcesz. Co za tym idzie, żyję coraz bardziej Wspomnieniami. Lubię wspominki z czasów, gdy jeszcze to wszystko jakoś zasuwało do przodu, zanim pierwszy był krok w rozpadlinę bez dna.
No właśnie, kiedy? Nie wiem. Moim osobistym peakiem ostatnio wydaje mi się pewien dzień z roku 2002. Tego samego dnia jednocześnie na wywiady zgodzili się Mój Ukochany Pisarz oraz basista mojego ukochanego zespołu rockowego (będący liderem po odejściu poprzedniego lidera, ale i tak od początku najbardziej kochałem właśnie basistę).
Z perspektywy ćwierćwiecza przyznam, iż dzień takich dwóch wywiadów to Rzecz Wspaniała. Ale ja wtedy byłem stachanowcem wierszówki, w wiecznym niedoczasie, zawsze na debecie, więc przede wszystkim się martwiłem, jak mam się z tym wyrobić.
Pisarz zapraszał do swojego mieszkania w łódzkim blokowisku. Basista zgadzał się pogadać przez telefon. Ostatecznie więc wyszedł z tego mikromaraton, iż pociągiem na dworzec Łódź Fabryczna (dla młodzieży: nie było autostrady, nie było pendolino), taksówką na Retkinię, a potem taksówką do redakcji łódzkiej „Wyborczej”, gdzie udostępniono mi telefon z magnetofonem, z którego wykręciłem przysłany mi przez agenta numer, usłyszałem ten charakterystyczny brytyjski sygnał, który od dziecka znałem z „The Wall”, a potem odebrało jakieś dziecko i zawołało „tato, ktoś do ciebie”. Wszystko się dobrze skończyło, ukazały się oba wywiady. Dziś więc wspominam to jako swój peak, a wtedy czułem się w piekle przepracowania.
Żyjąc wspomnieniami, słucham ostatnio dużo owego zespołu. A zwłaszcza wczesnych płyt, a zwłaszcza w ogóle pierwszej – „Rattus Norvegicus”. Jak wiadomo, moje nastoletnie gusta miotały się między rockiem progresywnym a punkiem. Czyli z jednej strony „trzy akordy darcie mordy”, z drugiej „concerto for a group and orchestra”.
Już od pierwszej płyty, zespół The Stranglers uprawiał heglowską Syntezę obu skrajności. Wzbogacał punkowe instrumentarium o klawisze, głównie organy Hammonda, w których dźwięk generowany był elektromechanicznie. Były podatne na interferencje i przesłuchy, nadające brzmieniu nieprzewidywalność, zaskakująco dobrze pasującą do punk rocka.
Szczytową formą rocka progresywnego, jak wiadomo, była wieloczęściowa suita. Już pierwsza płyta kończy się punkową suitą (być może pierwszą w dziejach gatunku?) – „Down In The Sewer”, składającą się z czterech części, „Upadek”, „W kanale”, „Próba wydostania” i „Wyścig szczurów”.
Jak przystało na punk rocka, to tak naprawdę parodia tych wszystkich „błyszczących szalonych diamentów”. Prawdziwy fan King Crimson powinien dostać palpitacji (choć nie sam Robert Fripp, jak wiadomo otwarty na autoironię). Z perspektywy czasu bardzo doceniam to, iż wszystko jest konsekwentnie Prymitywne (od czasu do czasu ktoś gra jakąś niby-solówkę, ale bez wirtuozerii, która zabija piękno rocka tak jak finezja zabija piękno futbolu). Natomiast przez cały czas utrzymywane jest rockowe Napierdalanie Rytmicznej Machiny, składającej się zawsze co najmniej z basu i perkusji, czasami dodatkowo z gitary i/lub klawiszów unisono.
Parę razy już pisałem na blogu o „Stranglersach”, ale zawsze z późniejszych płyt. Bo też i jak przystało na pokolenie Wychowanych Na Trójce, po raz pierwszy usłyszałem ich z płyty „Feline” (1983). Że przedtem grali punka, było to dla mnie zaskoczeniem. Ich wcześniejsze płyty nie leciały w radiu. Krążyły w kręgu znajomych, ja przywiozłem „La Folie”, inni mieli inne rzeczy, choćby single (kupuję je teraz jako dziaders, ale 40 lat temu przegrywałem je na kasety od tow. Zgliczyńskiego).
„Down In The Sewer” opowiada fabularną historię, po punkowemu sprowadzoną do minimum. Podmiot liryczny trafia do kanału (jak? to długa historia, odpowiada wymijająco). Snuje wizję prokreacji ze szczurami, bo urodzą mu dzieci, które Przetrwają.
Szczur stał się, jak wiadomo, maskotką zespołu, tak jak potworny Eddie maskotką Iron Maiden. Jak już parokrotnie pisałem uważam, iż ówczesna punkowa i metalowa makabra pełniła funkcję terapeutyczną. Piosenki przenosiły nas przez świat wypełniony tym, czego się najbardziej boimy czy brzydzimy, żebyśmy czuli się oczyszczeni w finale, gdy automat podnosi ramię gramofonu.
Jako dziaders doceniam coś, na co wtedy nie zwracałem uwagi – Młodzieńczą Energię wykonawców. Trochę na zasadzie fałszywej nostalgii, wrzucam więc nie wersję studyjną (której tak naprawdę słucham), tylko demonstrujący tę Energię występ na żywo w Paryżu w 1979. Nie mógłbym na nim być choćby gdyby nie Żelazna Kurtyna, bo po prostu byłem za małym dzieckiem. Ale bywałem na takich koncertach przez wiele lat W Wyobraźni.















