Now Playing (210)

ekskursje.pl 1 dzień temu

Pod notką rocznicową pojawiły się liczne głosy chwalące cykl muzyczny na tym blogu. OK, tak naprawdę to jeden, ale spróbuję być asertywnym jak Ludzie Sukcesu.

Skoro blog ma 20 lat, muszę chyba wyjaśnić coś Młodym Ludziom, jeżeli takowi tu zaglądają. W zamierzchłej przeszłości, gdy Lech Wałęsa hodował velociraptory, komunikaty „Currently Playing” / „Now Playing” były wyświetlane na kieszonkowych odtwarzaczach, a zwłaszcza na ich jedynie słusznej wersji, iPodach.

To była wtedy Nowoczesność! No ale nic się nie starzeje tak gwałtownie jak nowoczesność. Młodzież używa tego całego streamingowego ekskrementingu, a ja się cofnąłem do winyli. choćby dałoby się zmienić tag „Playlista” tak, żeby się trzymac konwencji nazywania wszystkiego na „p” (przecież polichlorek!), ale zostawmy z szacunku dla Tradycji. W każdym razie, cykl niepostrzeżenie wyewoluował z „co mi leci z odtwarzacza” na „nowy placek na talerzu”.

Niczym Paul Anderson, szukam w tych plackach z lukrecji przede wszystkim własnych wspomnień. A iż należę do „wychowanych na Trójce” (tak, wiem, obciach, ale proszę z tym na swojego bloga), wiele muzycznych wspomnień łączy mi się z Trójką, a zwłaszcza z Listą Przebojów w klasycznym okresie.

Słuchałem oczywiście regularnie, przy czym część przyjemności polegała na słuchaniu tych utworów, które tam leciały w kółko jako podkład muzyczny. Staram się je zbierać na winylach, trochę dla swojej przyjemności, a także dla tych rzadkich chwil, gdy występuję publicznie. Na początek puszczam jeden, żeby zasygnalizować gościom w czyje łapska trafili i czego się mogą spodziewać (przeważnie zresztą to nie ma sensu, ludziom się wydaje iż to z radia albo z laptopa).

W tamtych czasach żeby je usłyszeć, trzeba było włączyć Trójkę. Nie dało się tego nagrać (bo Niedźwiedzki ciągle coś gadał i zagłuszał), a kupienie tego na winylu to w większości było marzenie ściętej głowy. Jeden podkład był dostępny tylko na maksisinglu „Look of Love” ABC, drugi tylko na albumie z remiksami Human League (dla zmyłki wydali go pod szyldem League Unlimited Orchestra – to dopiero autosabotaż, interesujące ilu ludzi odłożyło z niesmakiem taką płytę w przekonaniu, iż to jakiś cover band), a trzeci wreszcie tylko jako ścieżka B singla „Bostich” duetu Yello.

I tenże sobie właśnie kupiłem. O ile mi wiadomo, tylko w tym formacie można kupić wersję instrumentalną (która w LP3 leciała gdy Niedźwiecki wspominał archiwalne notowania). W roku 1981 był to jeszcze szkic zamysłu piosenki, która w następnym roku dojrzała już do wersji wokalnej (wydanej na płycie „Claro Que Si”). Wydaje mi się, iż we wszystkich późniejszych wydaniach mamy już wersję wokalną, albo co gorsza koncertową.

Te klasyczne trójkowe dżingle z lat 1980-1982 to synth pop i nowa fala. Potem gust Niedźwieckiego poszedł raczej w stronę Whitney Houston, mój też ewoluował, ale nostalgię do synth popu z tej epoki zachowałem.

Syntezatory były wtedy analogowymi pudłami z mnóstwem pokręteł i możliwości konfiguracji. Za chwilę staną się standardowymi keyboardami, mogącymi grać piękne dźwięki, ale jednak z góry zaprojektowane przez fabrykę. A za kolejną chwilę, z eksperymentów Morodera wyjdzie zautomatyzowane umcyk-umcyk.

Tymczasem pionierzy elektronicznego popu nie tylko kręcili pokrętłami, ale też łączyli syntezatory z klasycznym instrumentarium, acz często przepuszczonym przez elektroniczne filtry. Dawało to ogromne bogactwo brzmień – echa, wybuchy, przestery, efekty taśmowe. gwałtownie to wyszło z mody, a w czasach cyfryzacji wszystkiego często jest to już niemożliwe do odtworzenia.

„She’s Got a Gun” brzmi jak muzyka filmowa – do czegoś, co wyświetla nam się w wyobraźni. Wersja z tekstem poszła tym skojarzeniem, dowiadujemy się nawet, iż to „czarno biały francuski film z lat 50.”, potem poznajemy fabułę… no i super, ale dla mnie to jak dopowiedzenie dowcipu. Przecież i tak zawsze lepszy będzie film z wyobraźni.

Synthpopu z tamtej epoki świetnie się słuchało samemu w ciemnym pokoju, puszczając wodze wyobraźni. przez cały czas zresztą jest to miłe, o ile się ma ciemny pokój, analogowy sprzęt (z jego ciepłymi, staroświeckimi, dyskretnymi światełkami) i wyobraźnię. A może po prostu wtedy byłem we właściwym Wieku, a teraz to już tylko Wspomnienia? Czy w ogóle ktoś jeszcze coś takiego robi – słucha muzyki by odpłynąć w marzenia, czy to kolejny fenomen z serii „tylko dla dziadersów”? A Wy Jak Myślicie?

Idź do oryginalnego materiału