Nothing: „Dużo brudu i nieprzyjemności” #wywiad

rockmetalnews.pl 3 godzin temu

Nothing to zespół klasyfikowany do nurtu shoegaze, ale od dawna na swoich wydawnictwach wychodzi poza gatunkowe ramy. Po pięciu latach zespół z Filadelfii powrócił z albumem „Short History Of Decay”, który zaprezentuje dla polskiej publiczności już 1 września, a lider grupy, Domenic Palermo, opowiedział nam o powstawaniu płyty, znaczeniu okładki, festiwalu „Slide Away” i życiu w Filadelfii.

Po sześciu latach wróciliście z albumem „Short History Of Decay”. Czy twoje podejście do tworzenia tego albumu różniło się od poprzednich?

Domenic: Tak. Myślę, iż to zawsze jest mój cel. Od samego początku pracowałem nad tym ucząc się, co mogę zrobić przy każdym wydawnictwie i przenosząc doświadczenia na kolejną płytę. W ciągu dziesięciu lat nagraliśmy cztery płyty i zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę. Miałem więc trochę czasu, aby usiąść na spokojnie, poeksperymentować i myśleć o nowych pomysłach. Tym razem do całego procesu podszedłem inaczej. Wcześniej miałem nagrania demo na telefonie w naprawdę kiepskiej jakości. Patrząc wstecz, zawsze tęsknię za brzmieniem dem. Za ich surowością i wrażliwością. Chciałem tym razem wiele z tego uchwycić na nowym albumie. Myślę, iż ważne jest, aby nieustannie testować siebie i próbować nowych rzeczy.

Czy jesteś w stanie wybrać jeden utwór z nowej płyty, który jest twoim faworytem?

(chwila zamyślenia) Myślę, iż jest na niej choćby kilka, które wymykają się schematom. Utwór „Cannibal World” był dla nas dużym wyzwaniem. Cięcie i samplowanie własnych bębnów i tym podobnych rzeczy było dla nas czymś zupełnie nowym, czego nigdy wcześniej nie robiliśmy. To na pewno jeden z faworytów. „Nerve Scales” to utwór, który jest daleko od czegokolwiek co zrobiliśmy w przeszłości. Proces nagrywania był zupełnie inny. Myślę, iż te dwa utwory pokazują trochę, jak szeroki był zakres tego, co zrobiliśmy.

Uwagę przykuwa również okładka na której widnieją usta bez zęba na przodzie, a między nimi znajduje się coś co przypomina kamień w kształcie serca.

To walentynkowy cukierek, bardzo popularny w Stanach Zjednoczonych. zwykle wypisane są na nich miłosne wiadomości jak na przykład „Bądź mój”. Moja przyjaciółka, Jane Payne, zrobiła to zdjęcie jakieś 12 lat temu. Powiedziałem jej, iż kiedyś je wykorzystam.

Gdy pierwszy raz zobaczyłem okładkę waszej nowej płyty, miałem skojarzenia z debiutanckim albumem Swans, „Filth”. Lubisz ich twórczość?

Oczywiście, uwielbiam Swans i od dawna jestem pod ich wpływem. Okładki płyt zawsze były dla mnie bardzo ważne. Lubię, gdy ludzie czują się trochę nieswojo patrząc na nie. Nasza muzyka brzmi przyjemnie i ładnie, ale w tekstach jest dużo brudu i nieprzyjemności. Dlatego zależy mi zawsze na konkretnym obrazie. Nie chcę mieć na swoim albumie ładnie wyglądającej okładki. Chcę surowości i ponurości. Staram się myśleć o tym, co przyciągnie twoją uwagę, gdy wejdziesz do sklepu płytowego i zobaczysz to na półce.

Założyłeś zespół w 2010 roku. Pamiętasz wasze początki?

Ledwo. Te 16 lat to była długa droga. Byłem wtedy bardzo szalonym, młodym człowiekiem. Dużo piłem, nadużywałem wielu rzeczy, których nie powinienem był robić. Kilka razy po drodze upadłem na dno. Pamiętam jak bardzo byłem zdesperowany, gdy musiałem zaczynać od zera. Sięgałem po cokolwiek, co pomogłoby mi rano wstać z łóżka. Po długim czasie wróciłem do muzyki, która okazała się zbawieniem i doprowadziła mnie do miejsca w którym jestem teraz. Ale jedno, co najbardziej pamiętam z tamtego czasu, to po prostu bycie na dnie. Pamiętam tę desperację i chyba nigdy jej nie zapomnę.

Mówisz, iż w przeszłości było z tobą bardzo źle. Czyli muzyka pomogła ci w regulacji emocji?

Tak, zawsze działała na mnie terapeutycznie. Staram się nie pisać muzyki, chyba, iż to wewnętrzna potrzeba. W przeciwnym razie nie byłoby to dla mnie wyjątkowe. Dlatego przygotowanie nowej płyty zajęło mi kilka długich lat. Po prostu nie czułem się zainspirowany do tworzenia. Czułem, iż po albumie „The Great Dismal” wyrzuciłem z siebie wszystko, co chciałem. Zastanawiałem się nawet, czy nie zakończyć działalności zespołu. Ale życie ma dziwny sposób na inspirowanie mnie na różne sposoby. Mój przypadek wiązał się z mroczną stroną życia, samoświadomością i niechęcią do siebie. Po trzech latach tej małej przerwy wszystko zaczęło się układać. Usiadłem i zacząłem tworzyć na nowo.

Pochodzisz z Filadelfii. Jak to miasto wpłynęło na ciebie pod kątem rozwoju artystycznego?

Gdyby nie Filadelfia, nie byłoby niczego, co robię. Żyję i oddycham nostalgią, a jest ona bardzo zakorzeniona właśnie w Filadelfii. To bardzo interesujące miasto i nie ma sobie równych. Oczywiście, zmieniło się przez lata, ponieważ trzydzieści, czterdzieści lat wstecz było typowym ośrodkiem robotniczym. Była tam silnie zorganizowana społeczność, ale też mnóstwo przemocy i przestępczości. To jedno z tych miejsc, które oferują piękne widoki, ale kiedy się w nie zagłębisz, zobaczysz, jak bardzo może być brzydko. Zawsze byłem tym zafascynowany. Myślę o filadelfijskich letnich czasach, bieganiu po ulicach bez butów, hydrantach i patrolach policji.

Poza tym, iż jesteś muzykiem, jesteś też organizatorem festiwalu Slide Away. Skąd wziął się pomysł na to wydarzenie?

Powodów było wiele. Jako Nothing nie jesteśmy zbyt przywiązani do branży. Wszystko, co robiliśmy przez lata, robiliśmy sami. Chciałem stworzyć coś, czego nie miałem, kiedy zakładaliśmy Nothing. Coś w rodzaju społeczności. Marzyłem o miejscu, w którym wiele zespołów, które kochałem i którymi się inspirowałem, mogłoby spotkać się pod jednym dachem. Po prostu mnogość różnych brzmień. Nienawidzę słowa shoegaze, ale to wszystkie te różne nurty shoegaze, ambient i dream popu, które wszystkie mieszczą się w tym samym pojęciu. Wiedziałem, iż jeżeli ja tego nie zrobię, nikt inny tego nie zrobi, więc po prostu to zrobiłem. Po drugie, jak już wspomniałem, zajmuję się wszystkim od podstaw w Nothing.
Nadzoruję oprawę graficzną, muzykę, trasy koncertowe, wszystko. Myślę więc, iż posiadanie innego ujścia, niezwiązanego bezpośrednio z Nothing, jest dla mnie dobre, żeby dać sobie pewną świeżość.

Czy jest coś jeszcze, co chciałbyś robić w muzyce poza Nothing? Jakiś projekt poboczny, solowy, czy Nothing jest dla Ciebie najważniejsze?

Nothing jest dla mnie bardzo ważne, ale myślę, iż sama myśl o tworzeniu jest dla mnie najważniejsza. To trzymało mnie z dala od kłopotów, postawiło mnie w lepszym miejscu.
Dopóki więc będę zajęty robieniem czegoś, co jest dla mnie ważne, co wynika głównie z tworzenia, myślę, iż będę w dobrym miejscu.

Idź do oryginalnego materiału