Między nostalgią a potrzebą ciągłego poszukiwania, między snem a rzeczywistością, między przeszłością, a tym co akurat wpadnie w ucho. Właśnie w tej przestrzeni spotykamy dziś duet Coals. Kacha Kowalczyk i Łukasz „Lucassi” Rozmysłowski po ponad 10 latach trwającej działalności powracają do początków, skąd przyglądają się przebytej dotychczas drodze, z przerwami na zadawanie odpowiednich pytań o dalsze kroki. Przed premierą czwartego albumu studyjnego pt. magia (12 czerwca) kacha i Łuki opowiadają o dojrzewaniu zespołu, artystycznych wątpliwościach i o tym, dlaczego największą wartością pozostaje pozwalanie sobie na wszystko.
Magda Wołowska: Kiedy artyści muzyczni docierają do peaku swojej kariery zwykle stoją na rozstaju dwóch ścieżek: pierwsza z nich prowadzi w kierunku eksplorowania zupełnie nowego brzmienia, a druga to powrót do początku, co czasami jest najrozsądniejszym, strategicznym wyborem. Pierrot, singiel promujący czwarty album magia, łączy w sobie cechy jednego i drugiego rozwiązania: analogowy instrumental jest wspomnieniem pierwszego krążka duetu Coals, EPki Homework z 2014 roku, ale wokal, który dopiero od Sanatorium (2024) pełni wiodącą rolę w aranżacji, jest tym elementem sugerującym parcie na przód. W jakim punkcie jest teraz Coals?
kacha: Faktycznie, wiele zespołów rozpada się po kilku płytach i nie osiąga choćby 11-letniego stażu, tak jak my. Często z powodów finansowych próbują jednak podtrzymywać projekt i „odgrzewać kotleta”, ale w naszym przypadku jest inaczej. Z biegiem czasu bardziej się rozumiemy, lepiej nam się współpracuje, a każdego roku odkrywamy siebie na nowo. adekwatnie wokal był już wyraźniejszy przy docusoap z 2020 roku, ale rozumiem, iż anglojęzyczne teksty mogą dawać wrażenie większego „zadymienia”, bo dla Polaka polski tekst zawsze będzie brzmiał bardziej wyraźnie niż angielski. Plus po angielsku mój głos jest często niższy.
Kierunek pierrota wynikał trochę ze zmęczenia trendującą masowo muzyką, a także z potrzeby zrobienia czegoś intuicyjnie, bez kalkulowania. Łukasz działa przy bardzo wielu mainstreamowych projektach trapowych i po prostu poczuł, iż jest już przytłoczony powtarzalnością patentów. Ja sama stwierdziłam, iż bardziej bujającą i eksperymentalną wersję siebie przełożę po prostu na inne projekty, a Coals to ma być przede wszystkim solidny, eteryczny dream pop i ładny songwriting. Tak naprawdę pierrot był pierwszym numerem, który zrobiliśmy na tę płytę i trochę wyznaczył nam kierunek dalszej pracy, choćby przez użycie żywych instrumentów czy nieco jodłujące wokale.
Łuki: Z mojej producenckiej strony czuję, iż jestem aktualnie w fazie emerytalnej, a każdy album to podkreślenie moich dotychczasowych etapów tworzenia muzyki: początki czyli muzyka tworzona intuicyjnie, bez rozkminy technicznej, później eksperymenty, wariowanie motywami i rytmami, niedawno praca z mainstreamowymi projektami. Przy tej płycie zebrałem dotychczasowe doświadczenia i staram się znaleźć złoty środek. Melodie i kompozycje tworzę intuicyjnie na żywca bez większego kombinowania. jeżeli chodzi o produkcję i mixowanie: daję miejsce eksperymentom, ale zawsze klikam w programie „cofnij” i sprawdzam czy na pewno jakaś dodatkowa zmiana jest potrzebna.
MW: Powiedziałaś, iż Coals ma być przede wszystkim „solidnym, eterycznym dream popem i ładnym songwritingiem”, a bardziej eksperymentalne pomysły odkładacie na inne projekty. Czy w takim razie Wasze impulsy mają jakieś granice? Niespodziewane zwroty w zupełnie nowe kierunki mają też dobre zakończenia: Pop 2 Charli XCX, Ray of Light Madonny, Homogenic Bjö rk, czy oczywiście Kid A Radiohead. Ale to też zawsze wiąże się z podejmowaniem dużego ryzyka.
kacha: Bardziej chodziło mi o tworzenie projektu, w którym jest bardzo duży rozstrzał gatunkowy, inny kontekst, brakuje konkretnej koncepcji, bo takie sytuacje też nam się zdarzały. Podane przez Ciebie albumy są jednak bardzo spójne mimo swojej eklektyczności i o to właśnie chodzi. Na magii jest sporo utworów o niecodziennej strukturze, w których eksperymentujemy z brzmieniami, natomiast trudno byłoby przekształcić ten projekt w coś totalnie nowego, np. w eksperymentalno-bassowy twór, gdzie nawijam 20-sylabowe wersy albo stajemy się zespołem metalowym. To po prostu nie ma sensu w kontekście Coals, gdzie mamy konkretny profil na scenie oraz dyskografię.
fot. Jakub StoszekMW: Magia zapowiadana jest jako „najbardziej rozbudowany projekt”. To jest bardzo interesująca zapowiedź, bo wydaje mi się, iż w podobny sposób można opisać zarówno Tamagotchi (2017), docusoap (2020) i Sanatorium – od dreampopu, shoegaze’u, hip hopu, po trap i vaporwave, przy czym ostatni longplay zdaje się być najbardziej zróżnicowany gatunkowo i songwritersko. Każdy poprzedni album wyrzeźbił swoje uniwersum na bardzo dużym poziomie szczegółowości. Co w takim razie zbudowaliście na magii, iż jest jedyna w swoim rodzaju?
kacha: Mimo sukcesu i uznania dla Sanatorium mam poczucie, iż ten album jest dość chaotyczny gatunkowo i lirycznie, co dziś średnio mi odpowiada. Powstał bardzo szybko, bez większego planu i zastanowienia. A zapowiedź o „najbardziej rozbudowanym projekcie” została napisana przez naszego projekt menadżera z wytwórni (haha), ale faktycznie będzie to dość złożony album, bo zaprosiliśmy tu cztery śpiewające osoby oraz dwóch instrumentalistów. Zawsze na longplayach mieliśmy bardzo mało featów, więc tym razem było to dla nas wyzwanie. Okazało się jednak, iż wszyscy świetnie wpisali się w klimat. Na magii piosenki są bardziej złożone aranżacyjnie niż przy Sanatorium. Eksplorujemy tu brzmienia elektroakustyczne i swobodnie mieszamy języki. Sporo podkładów ma mglisty, zadymiony vibe, jest tu też dużo zabaw z wyraźnymi motywami synthowymi i fletowymi. Chcieliśmy stworzyć coś bardziej spójnego, ale przy tym jest sporo zupełnie nowych dla nas kierunków.
Łuki: Myślę, iż najbardziej rozbudowanym projektem była płyta docusoap.. Wydaje mi się, iż przy magii najmocniej jak do tej pory selekcjonujemy soundy poszczególnych piosenek i staramy się łączyć całość konkretnymi brzmieniami. Tak, aby każdy utwór miał w sobie jakiś pierwiastek innego utworu z tej płyty. jeżeli staranność w spinaniu utworów w spójny album możemy interpretować jako „budowanie”, to w takim razie to będzie jednak najbardziej rozbudowany album w naszej historii.
MW: Nostalgiczna, oniryczna, klimatyczna, nastrojowa – te epitety na stałe zintegrowały się z Waszą muzyką. Chciałabym dopytać o ten najbardziej oczywisty element, czyli o nostalgię. Różni twórcy mają różne metody, by sprowokować odbiorców do tęsknoty za przeszłością – przez chwilę w mainstreamie dominował zwrot ku disco, PC Music robili to poprzez nawiązanie do komputerowej estetyki lat 90., czasami choćby wplatanie referencji do konkretnych melodii popcornowych hitów sprzed dekad i teraz ta metoda rozprasza się po różnych zakamarkach internetu. Ale i nie tylko, bo te praktyki rozwijają też np. Caroline Polachek, Oklou czy FKA twigs, ale też Danny L Harle, u których nostalgia jest paradoksalną składową futurystycznego brzmienia. Jak zaprojektować uczucie nostalgii? Co u Was się najlepiej sprawdza?
kacha: Jeśli chodzi o nasze początki to wszystko, co tworzyłam było bardzo spontanicznie. Byłam dziewczyną z gitarą, która po szkole słuchała Enyi, Cocteau Twins, Lany del Rey, Florence and the Machine, Cat Power czy the Cranberries i myślę, iż to w dużej mierze ukształtowało mój senny styl śpiewania. Zetknięcie się z pierwszymi recenzjami, które mówiły o wielkiej nostalgii były dla mnie trochę szokujące i nie wiedziałam, o co chodzi tym wszystkim ludziom.
Po 3 miesiącach od publikacji naszego pierwszego kawałka dostaliśmy zaproszenie na OFF Festival i tak zaczęła się moja przygoda z diggowaniem muzyki. Odkrywanie nowych brzmień stało się moją obsesją i z czasem zrozumiałam, dlaczego ludzie słyszą w naszych piosenkach nostalgię, kiedy nadrobiłam wiele płyt z lat 90. czy dwutysięcznych. Poza tym zawsze byłam uzależniona od Internetu, więc internetowa estetyka, która bazuje często na nostalgii jest mi bliska i pewnie naturalnie zakodowana w mojej tożsamości.
Myślę, iż Tamagotchi, czyli płyta budowana na nostalgii, była niestety trochę wynikiem ówczesnej mody. Byliśmy wtedy bardzo młodzi i nie do końca świadomi twórczo, a młodzi, popowi muzycy często bazują na trendach. W tamtym czasie był ogromny boom w kulturze popularnej na ortaliony, hauntologię, teledyski VHS czy vaporwave i my w to wsiąknęliśmy. Zresztą to wszystko wciąż wraca, ale za każdym razem w nieco innej formie. Paradoksalnie, ten krążek zdefiniował nasze brzmienie, ale w następnych latach nasze piosenki powstawały w bardziej świadomy sposób. Próbowaliśmy odnaleźć się w różnych wersjach, ale koniec końców czuję, iż nostalgia jest wpisana w nasze DNA. Na ten moment kocham znowu słuchać art popu, który jest mglisty, zabrudzony, gdzie w reverbie płyną interesujące sample i jest dużo nawiązań do triphopu czy ambientu.
Łuki: Zakorzenione we mnie melodie podświadomie zawsze wychodzą, kiedy tworzę muzykę. To po prostu tysiące utworów muzycznych z czasów mojego dzieciństwa, które z automatu się przeobrażają w mojej głowie podczas twórczego wiru i lądują na piano rollu. Myślę, iż nie ma w tym większej filozofii.
MW: Kacha, w jednym z wywiadów zwróciłaś uwagę na to, iż w Polsce panuje mania nadprodukcji muzyki, czego konsekwencją jest nieprzykładanie większej wagi do pracy konceptualnej. Zanim Sanatorium ujrzało światło dzienne minęły 4 lata, „magia” powstała z kolei w ciągu 2 lat. Jak dużą rolę odgrywa idea w Waszej twórczości i jak wpłynęła ona na proces tworzenia najnowszego krążka?
kacha: adekwatnie magia (jeszcze powstaje, premiera 12.06) zaczęła powstawać we wrześniu 2025 roku. Po Sanatorium skupiliśmy się głównie na koncertowaniu, pracy nad innymi projektami i ten powrót do studia był spontaniczny.
Skończyłam ASP i muszę przyznać, iż kwestie wizualne są dla mnie bardzo ważne. Uwielbiam angażować do pracy artystów, których podziwiam i przy których czuję, iż pasują do naszego klimatu, a teraz dzięki wsparciu finansowym wytwórni możemy pokazać naprawdę jakościowe treści wizualne.
Po Tamagotchi, które było nasycone motywami i ideami aż do przesady, staram się ostrożniej podchodzić do pojęcia „koncept albumu”. Przy magii ważniejsze jest dla mnie osiągnięcie konkretnego klimatu, zarówno muzycznego, jak i wizualnego, ale tak, żeby nie było to przekombinowane czy przesadzone. Słowo „magia” choć proste, to dobrze oddaje oniryczne, elektroakustyczne brzmienie albumu, ale również klimat tekstów, które bazują na niedopowiedzeniach i symbolach. Tytuł wynika trochę z tego, że w przeciągu ostatnich lat ze względu na straszne kryzysy, dominacje relacji o charakterze transakcyjnym nastąpił, mocny zwrot w stronę różnych wierzeń, astrologii. Sama jestem dość sceptyczną osób, ale dla mnie właśnie takim jedynym rodzajem magii i wiary jest muzyka i to uczucie odrealnienia i eskapizmu podczas jej słuchania. Chcę, żeby słuchacz stal się jej wyznawcą.
MW: Najlepszą, ale też najprostszą metodą, by odbiorca stał się wyznawcą czegokolwiek, jest włączenie emocji w ten proces. A skoro mówisz o słuchaczu jako o potencjalnym „wyznawcy”, zastanawiam się, czy myślicie o tworzeniu i słuchaniu muzyki jako o pewnego rodzaju afektywnej wymiany?
kacha: W procesie twórczym najważniejsze jest dla mnie moje własne zadowolenie z efektów, ale ponieważ razem z naszą publicznością przez lata stworzyliśmy pewne uniwersum, to równie istotne jest to, czy odbiorcy naprawdę czują naszą muzykę. Widzę to jako relację w dwie strony, bo wielu naszych słuchaczy zaczęło tworzyć własną muzykę inspirując się nami. Czasem spotykamy się choćby na tych samych festiwalach i to są naprawdę świetne projekty!
MW: W press packu do najnowszego singla pojawia się informacja o inspiracji w teledysku modernistycznym Osiedlem nad Jamną w Mikołowie, które celowo nawiązuje do Biednych istot Yorgosa Lanthimosa, gdzie scenografia jest istotnym środkiem wyrazu, co wydaje mi się też wspólne dla Waszej twórczości – w tekstach niejednokrotnie możemy usłyszeć nawiązania do miejsc, które pełnią osobistą rolę w jakimś wspomnieniu albo są kulturowo zakorzenione w powszechnej świadomości, tak jak Centrum Handlowe Plaza w Krakowie. Bywa też tak, iż są to utwory o przestrzeniach wyobrażonych, poza czasem i miejscem. Czy myślicie o tych przestrzeniach trochę jak o scenografii filmowej – czymś, co nie tylko ilustruje historię, ale aktywnie ją współtworzy? Czy zależy Wam na tym, żeby słuchacz rozpoznawał te miejsca i odnosił je do własnych doświadczeń, czy raczej żeby gubił się w nich jak w snach?
kacha: Koncepcja teledysku do pierrota to zasługa reżyserów, Maca Adamczaka i Angeliki Cygal, ale muszę przyznać, iż bardzo lubię Biedne istoty, jak i inne filmy Lanthimosa i czuję duże pokrewieństwo z główną bohaterką. Pasjonuję się trochę architekturą (głównie postmodernistyczną) w Polsce i cieszę się, iż w teledysku znalazło się kilka moich tropów np. topola Tekla czy właśnie Osiedle ad Jamną w. Ta pasja to także punkt odniesienia do tekstów. Jestem osobą neuroatypową i muszę przyznać, iż mam duży problem z tekstami stricte narracyjnymi, choć z dużym wysiłkiem udało mi się takie napisać, bo lubię wyzwania i paradoksalnie często są to najpopularniejsze piosenki. Trudność sprawia mi też szczegółowe opisywanie emocji, bo o wielu rzeczach myślę raczej obrazami niż słowami. To właśnie obrazy, czy przestrzenie wywołują we mnie najsilniejsze emocje. Przestrzenie liminalne to ważna część Coals. Na prawie każdej z naszych okładek znajdujemy się w jakiejś specyficznej przestrzeni. Przy magii wyjątkowo nie będziemy pozować. Będzie to obraz malarski prezentujący znowu specyficzne miejsce: tajemniczy pokój…
MW: Przestrzenie liminalne od dawna przestały być tylko niszową internetową fascynacją – dziś to jedna z najbardziej rozpoznawalnych estetyk współczesnej kultury wizualnej, czego dowodem jest choćby inspirowane serią Kane’a Parsonsa Backrooms. Bez wyjścia (również w jego reżyserii, polska premiera 19 czerwca). Zastanawiam się, co w tych miejscach najbardziej Was przyciąga: poczucie zawieszenia między obecnością a nieobecnością, anonimowość, niedookreślenie, nieuzasadniona groza, czy może coś bardziej osobistego?
kacha: Muszę przyznać, iż bardzo dużo śpię i często śnią mi się różne, odklejone przestrzenie, które są jakby na styku przeszłości i przyszłości. Jak każdy człowiek, noszę w sobie sporo nostalgii, a te przestrzenie budzą ją szczególnie mocno. Ta estetyka daje mi spokój i pozwala na chwilę oderwać się od wszystkiego. Najciekawsze jest to, iż przestrzenie liminalne potrafią przywoływać w wyobraźni subtelne, charakterystyczne dźwięki, ambientową muzykę.
Łuki: Myślę, iż to uczucie zawieszenia w chwili mnie najbardziej jara. Poczucie nieskończoności i też powiązana z tym anonimowość – rola obserwatora, spectatora jak w grze komputerowej. Uwielbiam wspomnienia, jak za dzieciaka wchodziło się na pusty serwer Counter Strike 1.6. i można było samemu eksplorować cały ten mały zamknięty lofi świat.
fot. Wojtek SerowikMW: Z uwagi na charakter portalu, na którym ukaże się ten wywiad nie mogę o to nie zapytać – czy obrazy są dla Was równie inspirujące, co muzyka? Dla mnie szczególnie ilustracyjny charakter ma Tamagotchi, z całą swoją mglistą i duszną atmosferą. Skłamię, jeżeli powiem, iż nie grałam w różnych teledyskach podczas wielokrotnego słuchania Hoodie Blake. Czy szukacie motywów, pomysłów, pretekstów, cytatów lub motywacji do tworzenia także w filmach?
kacha: Jeśli chodzi o dziedziny kultury, najwięcej czasu poświęcam słuchaniu muzyki, choć zdarzają się momenty, kiedy mam fazę na oglądanie filmów. Niestety, o ile w muzyce jestem bardzo otwarta i słucham różnych rzeczy, o tyle w kinie mam dość konkretny gust i często się rozczarowuję. Wiele filmów mnie po prostu nudzi i nie daję rady obejrzeć ich do końca. Ale do magii zainspirowały mnie dwa filmy, które obejrzałam zupełnie przypadkowo. Pierwszy to Trzynastka Catherine Hardwicke. To ciekawe, jak bardzo ten film jest przebodźcowany, biorąc pod uwagę, iż powstał w 2003 roku. Bardzo poruszyła mnie historia bohaterek i niesamowite zabiegi operatorskie, które oddają ich stan psychiczny. Ten film działa bardziej na poziomie emocji i obrazów niż klasycznej narracji i to podejście jest mi bardzo bliskie. Jest w nim coś chaotycznego, surowego, co zostaje w nas na długo po seansie.
A drugi film to Synekdocha, Nowy Jork Kaufmana. Na magii jest kilka piosenek o kryzysie twórczym, byciu przytłoczonym pracą twórczą, o niemożności pogodzenia się z upływem czasu, czy szukaniu sensu w tym, co się robi i mam wrażenie, iż ten film miał na mnie ogromny wpływ przy pisaniu nowych tekstów. A z 7 lat temu byłam mocno wkręcona w kino azjatyckie i myślę, iż echa takich twórców jak Apichatpong Weerasethakul, Tsai Ming-liang, czy Sion Sono można usłyszeć trochę na docusoap.
MW: jeżeli na magii pojawiają się teksty o kryzysie twórczym, przytłoczeniu procesem tworzenia i szukaniu sensu w tym, co się robi to czy ten album powstawał w kontrze do takiego wypalenia – jako próba odzyskania sensu w muzyce – czy raczej był jego bezpośrednim zapisem?
kacha: W zeszłym roku długo zastanawiałam się, w jakim kierunku możemy jeszcze pójść z Coals, biorąc pod uwagę nasze możliwości, wspólne zajawki i sposób, w jaki razem tworzymy utwory. W końcu zespół istnieje już prawie 12 lat, a pokazaliśmy się publiczności z naprawdę różnych stron. Zaczęłam zadawać sobie pytanie, czy po raz kolejny uda nam się wejść w nowy etap, czy może staniemy się typowym projektem, który po latach „odgrzewa kotlet” i nagrywa wciąż te same piosenki. Na szczęście pomysły przyszły bardzo gwałtownie i spontanicznie – wszystko zaczęło układać się w pewną całość. Doszłam jednak do wniosku, iż kryzys twórczy jest dużą częścią mnie od lat, a mimo to nigdy wcześniej o nim nie pisałam. Teraz nadarzyła się ku temu okazja i bardzo się z tego cieszę. Od dwóch lat staram się też unikać pisania o relacjach, zamiast tego pogłębiając inne, ważne dla mnie tematy i pisać bardziej o sobie, niż zmyślonych historiach. A praca muzyczna, choć może nie zawsze to widać, często daje mi spory wycisk psychiczny.
Łuki: Coals to dla nas taki projekt, w którym na wszystko można sobie pozwolić. Myślę, iż dzięki tej wolności, braku ograniczeń, zawsze w Coals będzie mogło powstać coś, z czego będę dumny. Przez te wszystkie lata eksploracji i tworzenia miałem parę większych twórczych kryzysów. Na szczęście już jestem na etapie zrozumienia tego. Wiem, iż to naturalne, iż czasem trzeba przewietrzyć głowę, ale też rozumiem iż bez pracy nie ma kołaczy. Złoty środek, hehe.

















