Gdy serial wraca po dekadzie, można być już inny niż poprzednio, ale „Nocny recepcjonista” z Tomem Hiddlestonem w 2. sezonie wydaje się nie przejmować upływem czasu i nie chce zmieniać zwycięskiej formuły.
W 2016 roku, gdy „Nocny recepcjonista” („The Night Manager”) podbijał świat, z jakiegoś powodu odłożyłam ten hit „na kiedyś”, mimo iż zewsząd słychach było głosy o tej uwspółcześnionej adaptacji powieści Johna le Carrégo i nawoływania, by Tom Hiddleston został kolejnym Jamesem Bondem wielkiego ekranu, skoro adekwatnie jego bohater to telewizyjna wariacja na temat agenta 007. Gdy „kiedyś” nadeszło po niemal dekadzie, pod wpływem nadchodzącej premiery sezonu 2., oczekiwania miałam wywindowane tymi zachwytami, a na dodatek sięgnęłam po serial w innej – politycznie, społecznie, popkulturowo – epoce.
Nocny recepcjonista sezon 2 to więcej tego samego
To o tyle istotne, iż odbiór nowej odsłony „Nocnego recepcjonisty”, przez cały czas pisanej przez Davida Farra – chociaż już bez powieści w tle – i w reżyserii Georgii Banks-Davies („Nienawidzę Suzie”) zamiast Susanne Bier, zależy w dużej mierze od stosunku do sezonu 1. Z kolei tamta ocena w 2016 mogła być wobec realizacyjnego rozmachu, obsady i braku wielkiej szpiegowskiej konkurencji na małym ekranie inna niż dziś, gdy wydarzenia z serwisów informacyjnych przebijają choćby najbardziej sensacyjne fikcje polityczne; gatunkowych naśladowców w serialach było mnóstwo, a filmowy przepych w tej branży nikogo już nie dziwi. Wiele też zależy od tego, czy przemawia do kogoś postać grana przez Hiddlestona – czy ktoś chce być nim, ewentualnie: chce być z nim, jak te wszystkie kobiety, rzucające się agentowi w ramiona niemal od razu po krótkiej wymianie uprzejmości.
„Nocny recepcjonista” (Fot. BBC)Jako iż błękit oczu aktora nie robi na mnie wrażenia, a grany przez niego skryty bohater nie wydał mi się wystarczająco interesujący lub pociągający, 1. sezon „Nocnego recepcjonisty” potraktowałam jako pięknie nakręconą, sensownie napisaną pod względem sensacyjnej fabuły, ale ostatecznie pozbawioną przypisywanej jej wyjątkowości „błyskotkę”. Od scen, w których twórcy ewidentnie szukali pretekstów, by Hiddelston wystąpił bez koszuli (z czasem wyłapywanie tych momentów stało się choćby zabawne), wolałam jego starcia z Richardem Roperem (bawiący się rolą Hugh Laurie) oraz drugi plan, na którym agentka Burr, grana przez Olivię Colman, dokonywała cudów. Doceniałam też bezwzględny nieraz cynizm tego świata.
Do dostępnych już trzech odcinków – czyli połowy – sezonu 2. zasiadałam z oczekiwaniami znacznie mniejszymi, chociaż byłam też ciekawa, co Farr wymyślił, mając na myślenie aż dekadę. Otóż wymyślił głównie to, iż skoro tamten sezon się ludziom tak podobał, to trzeba im zaserwować coś podobnego – tylko w nowych okolicznościach przyrody. Widzimy więc, jak po dziesięciu latach Jonathan Pine (Hiddleston), teraz już jako Alex Goodwin, zdołał ustatkować się w mało widowiskowej części służb specjalnych, pracując w nocnym zespole śledzącym przestępców w hotelach i odmawiając awansów w bardziej awanturnicze rejony.
Nocny recepcjonista sezon 2 – Tom Hiddleston w Kolumbii
Oczywiście nie należy się do Goodwina przywiązywać, nasz agent ileś razy jeszcze zmieni personalia, bo po tym, jak – też oczywiście – na własną ręką ruszy za widmami przeszłości, narażając swój nieprzyzwyczajony do pracy w terenie wierny zespół, zaliczymy wycieczkę do Walii oraz (oczywiście!) kolejny przelotny romans, by osiąść w Kolumbii, gdzie Pine, a adekwatnie chwilowo Matthew Ellis, spróbuje „pod przykrywką” zatrzymać transport broni planowany przez Teddy’ego Dos Santosa (Diego Calva, „Tajemnica rzeki”), głównego antagonistę połowy sezonu (jak jednak w tej połowie się przekonamy, sprawa jest bardziej skomplikowana). Mamy też Roxanę Bolaños (Camila Morrone, „Daisy Jones & The Six”), kolejną kobietę uwikłaną w ten przestępczy świat i ze wzajemnością zainteresowaną Pine’em.
„Nocny recepcjonista” (Fot. BBC)Jeżeli wydaje się, iż w moich streszczeniach słychać zmęczenie konwencją tego wszystkiego, to wydaje się słusznie, bo przez cały czas mam poczucie, iż „Nocny recepcjonista” dzięki pięknych miejscówek, bogatych stylizacji i mocnych nazwisk w obsadzie próbuje uchodzić za coś wyjątkowego, podczas gdy oskrobany z tej zewnętrznej powłoki okazuje się niezwykle prosty. I choć to przesunięcia dość subtelne, mam wrażenie, iż w tym sezonie jeszcze prostszy, bo częściej padają wyjaśnienia, co się dzieje, a dwa największe jak dotąd zwroty akcji przewidziałam na długo przed tym, zanim je ujawniono. I naprawdę nie świadczy to o mojej niezwykłej przenikliwości, a o przewidywalności „szokujących” odkryć. Nie mam zamiaru ich tu zdradzać, ale przez niemal dwa odcinki dochodzono tu do czegoś, co po pewnym znalezionym zdjęciu powinno być oczywiste. Finał 3. odcinka „podkręcono” z kolei na zaskoczenie roku, podczas gdy adekwatnie nie miał prawa potoczyć się inaczej.
Jasne, być może druga połowa sezonu wciągnie mnie bardziej – są na to zadatki po ostatniej scenie 3. odcinka. Może w kolejnych tygodniach „zaskoczenia” będę mogła pisać bez cudzysłowu. Póki co jednak mam wrażenie, iż to więcej tego, co znamy, tylko trochę słabiej. Calva nie jest Laurie’em, Morrone nie jest Debicki, chociaż przyznaję, iż przynajmniej nowej kobiecej postaci dopisano trochę sprawczości na tle biernie czekających na ratunek poprzedniczek. Hiddleston przez cały czas jest Hiddlestonem, tyle iż z bohaterem bardziej zmęczonym i sfrustrowanym niż dekadę temu. A ja przez cały czas nie wiem, co jest w jego postaci takiego, iż wszyscy się dla niego poświęcają i/lub rozbierają.
Nocny recepcjonista sezon 2 – czy wciąż warto oglądać?
Najlepiej ogląda mi się nie kolumbijskie wielkie transakcje i wojny psychologiczne, a znów to, co na zapleczu – zwłaszcza iż akurat Hayley Squires („Wąż z Essex”) jako agentka Sally wnosi do serialu trochę świeżości, a duszna atmosfera londyńskich służb, w których przez cały czas nikomu nie można ufać, wypada przekonująco. Warto też przy całej fabularnej typowości docenić przywiązanie do detali. o ile trzeba wyłączyć kamery, nie dzieje się to „magicznie”, tylko widzimy, jak grupka agentów to osiąga, podobnie jak dba o to, by zawsze być w gotowości na najtrudniejsze scenariusze (na przykład na moment, gdy przestępca każe Pine’owi prowadzić rozmowę z rzekomym zagranicznym bankiem w trybie głośnomówiącym).
„Nocny recepcjonista” (Fot. BBC)Czy warto obejrzeć 2. sezon? o ile ktoś uwielbia poprzedni i/lub tęskni za Bondem – jak najbardziej. Pewną utratę świeżości i jakości widać, ale nie jest ona na tyle duża, żeby „Nocny recepcjonista” mocno odbiegał od tego, co proponował dekadę temu. Na tle pisanej przez algorytmy thrillerowej masówki to przez cały czas porządnie zrobiona rozrywka, spora dawka szpiegowskiego eskapizmu w dających się ładnie sfotografować częściach świata.
Mam może chwilami lekkie wątpliwości, na ile eskapistyczne są dziś prowadzące do wojen przemyty broni, bo temat po 2022 roku wydaje się jakby mniej abstrakcyjny, a kolumbijskie problemy tydzień po ataku Trumpa na Wenezuelę też nie brzmią szczególnie rozrywkowo. Ale naprawdę nie ma co traktować „Nocnego recepcjonisty” zbyt poważnie, bo traktowany zbyt poważnie może rozczarować, a traktowany po prostu jako element konwencjonalnej sensacyjnej zabawy może swoje ekranowe zadanie wykonać z niezłym powodzeniem.












