Szefowie wielkich studiów lubią mówić o "powrocie komedii romantycznej". Ale czy naprawdę kiedykolwiek nas opuściła? Kiedy myślę o tym gatunku, czuję jego wszechobecność: biurowe romanse, seks na kampusie, miłosny trójkąt z przystojnymi braćmi. jeżeli coś faktycznie stało się z komedią romantyczną, to po prostu została oddelegowana do streamingu. Dlatego Will Gluck mocno walczył o szeroką kinową dystrybucję dla swojego nowego filmu. A jeżeli producenci mieli komuś zaufać, to był to reżyser, którego komedia "Tylko nie ty" z Sydney Sweeney i Glenem Powellem zarobiła w 2023 ponad 200 milionów dolarów.
Co ciekawe, trudno nie skojarzyć "Tylko jednej nocy" z serią… "Noc oczyszczenia". Stany Zjednoczone, alternatywna rzeczywistość: trzy lata wcześniej zakazano seksu przedmałżeńskiego – z wyjątkiem jednej nocy w roku, która zmienia się w ekstatyczne bachanalia. To właśnie tego wieczoru spotykają się Allie (Monica Barbaro) i Owen (Callum Turner). Tak jak reszta singli, i oni chcą "zaliczyć" – ona szuka w potencjalnych wybrankach romantyzmu, a on chce wyrównać rachunki z dziewczyną, która wystawiła go do wiatru w poszukiwaniu nowych doznań. Ścieżki obojga krzyżują się tego dnia w Nowym Jorku wiele razy, ale nie ma tu błyskawicznej chemii. Ich relacja – bardziej niż na buzujących hormonach – ma oprzeć się na współbyciu i rozmowie. Ale na razie zagubionym kochankom wciąż nie po drodze do siebie.
Większość filmu to zdecydowanie udana komedia omyłek, w ramach której główni bohaterowie próbują doprowadzić do seksualnego zbliżenia z kolejnymi nieznajomymi. Najpierw problemem jest sama osoba – wyobraźcie sobie, iż zagadujecie w barze do wysokiego bruneta, a gdy obraca się do was, okazuje się, to najgorszy typ tech-bro z twarzą kuzyna Grega z "Sukcesji". Ale na tym problem się nie kończy. choćby kiedy znajduje się ktoś odpowiedni, okazuje się, iż w całym mieście wykupiono już wszystkie prezerwatywy – z wyjątkiem jednej, o którą trzeba będzie stoczyć bój z inną napaloną osobą. Humor jest tu mocno osadzony w ciele i wręcz ociera się o slapstick, jak w scenie, gdy Ally okryta jedynie symbolicznym listkiem figowym chowa się za drzewami przed światłem policyjnej latarki. Gluck celuje w komedię bezpretensjonalną, może czasem krindżową, ale na pewno szczerą i prosto z trzewi.
Mało który film w ostatnich latach zrobił na mnie podobne wrażenie swoim worldbuildingiem. Z każdą kolejną minutą fabuła odkrywa przed widzami kolejne szczegóły dotyczące felernego prawa, ale temat polityki nie jest dla twórców tak istotny jak społeczne nastroje narosłe dookoła zakazu. W przestrzeni publicznej widać starcie dwóch odmiennych narracji: jednym z nich jest zbiorowy protest manifestujący się w plakatach, banerach i grafitti, a drugim wszechobecny język reklamy, dla której "ta noc" jest czymś na miarę finału Super Bowl, kolejną mlekodajną krową. Twórcy filmu uzyskali zgody marek na umieszczeniu ich w świecie przedstawionym – do seksu zachęcają więc bohaterów między innymi Duo Lingo, Dunkin Donuts i Citi Bank. W efekcie uzyskujemy obraz społeczeństwa, które mimo pokazu buntu i oburzenia pokornie godzi się żyć pod dyktando faszystowskiego rządu.
"Tylko jedna noc" działa najlepiej, kiedy film niesie komediowa energia niedoszłego seksualnego zbliżenia, a mniej, kiedy musi polegać na samym romantyzmie i chemii między bohaterami. Może to też kwestia tego, iż Callum Turner przewyższą charyzmą Monikę Barbaro, a bezpardonowość i energia jego postaci sprawia, iż postać Allie wypada dość nijako. Ta ewidentna scenariuszowa słabość raziłaby bardziej, gdyby nie to, iż tym, co interesuje reżysera, ewidentnie nie jest sam romans, a po prostu dziwaczność, nieoczywistości i skomplikowanie ludzkich relacji. Dlatego cieszyłam się każdym momentem, kiedy patos i ckliwość były rozbrajane jakimś sytuacyjnym gagiem, a fabuła gnała dalej na łeb i szyję.
Co zaskakujące, w montażu z filmu całkowicie wycięto sceny seksu czy nagości – według reżysera pokolenie Z i Alfa nie chcą oglądać ich na ekranie, a reszta widzów przestała czuć się komfortowo, obcując z takimi obrazami w przestrzeni publicznej. Czy to prawda? Tego nie wiem, ale jeżeli istnieją komedie romantyczne warte jeszcze popcornu i kinowych ciemności, to filmy Willa Glucka zdecydowanie do nich należą. choćby jeżeli nie namiętność gra w nich pierwsze skrzypce.
Co ciekawe, trudno nie skojarzyć "Tylko jednej nocy" z serią… "Noc oczyszczenia". Stany Zjednoczone, alternatywna rzeczywistość: trzy lata wcześniej zakazano seksu przedmałżeńskiego – z wyjątkiem jednej nocy w roku, która zmienia się w ekstatyczne bachanalia. To właśnie tego wieczoru spotykają się Allie (Monica Barbaro) i Owen (Callum Turner). Tak jak reszta singli, i oni chcą "zaliczyć" – ona szuka w potencjalnych wybrankach romantyzmu, a on chce wyrównać rachunki z dziewczyną, która wystawiła go do wiatru w poszukiwaniu nowych doznań. Ścieżki obojga krzyżują się tego dnia w Nowym Jorku wiele razy, ale nie ma tu błyskawicznej chemii. Ich relacja – bardziej niż na buzujących hormonach – ma oprzeć się na współbyciu i rozmowie. Ale na razie zagubionym kochankom wciąż nie po drodze do siebie.
Większość filmu to zdecydowanie udana komedia omyłek, w ramach której główni bohaterowie próbują doprowadzić do seksualnego zbliżenia z kolejnymi nieznajomymi. Najpierw problemem jest sama osoba – wyobraźcie sobie, iż zagadujecie w barze do wysokiego bruneta, a gdy obraca się do was, okazuje się, to najgorszy typ tech-bro z twarzą kuzyna Grega z "Sukcesji". Ale na tym problem się nie kończy. choćby kiedy znajduje się ktoś odpowiedni, okazuje się, iż w całym mieście wykupiono już wszystkie prezerwatywy – z wyjątkiem jednej, o którą trzeba będzie stoczyć bój z inną napaloną osobą. Humor jest tu mocno osadzony w ciele i wręcz ociera się o slapstick, jak w scenie, gdy Ally okryta jedynie symbolicznym listkiem figowym chowa się za drzewami przed światłem policyjnej latarki. Gluck celuje w komedię bezpretensjonalną, może czasem krindżową, ale na pewno szczerą i prosto z trzewi.
Mało który film w ostatnich latach zrobił na mnie podobne wrażenie swoim worldbuildingiem. Z każdą kolejną minutą fabuła odkrywa przed widzami kolejne szczegóły dotyczące felernego prawa, ale temat polityki nie jest dla twórców tak istotny jak społeczne nastroje narosłe dookoła zakazu. W przestrzeni publicznej widać starcie dwóch odmiennych narracji: jednym z nich jest zbiorowy protest manifestujący się w plakatach, banerach i grafitti, a drugim wszechobecny język reklamy, dla której "ta noc" jest czymś na miarę finału Super Bowl, kolejną mlekodajną krową. Twórcy filmu uzyskali zgody marek na umieszczeniu ich w świecie przedstawionym – do seksu zachęcają więc bohaterów między innymi Duo Lingo, Dunkin Donuts i Citi Bank. W efekcie uzyskujemy obraz społeczeństwa, które mimo pokazu buntu i oburzenia pokornie godzi się żyć pod dyktando faszystowskiego rządu.
"Tylko jedna noc" działa najlepiej, kiedy film niesie komediowa energia niedoszłego seksualnego zbliżenia, a mniej, kiedy musi polegać na samym romantyzmie i chemii między bohaterami. Może to też kwestia tego, iż Callum Turner przewyższą charyzmą Monikę Barbaro, a bezpardonowość i energia jego postaci sprawia, iż postać Allie wypada dość nijako. Ta ewidentna scenariuszowa słabość raziłaby bardziej, gdyby nie to, iż tym, co interesuje reżysera, ewidentnie nie jest sam romans, a po prostu dziwaczność, nieoczywistości i skomplikowanie ludzkich relacji. Dlatego cieszyłam się każdym momentem, kiedy patos i ckliwość były rozbrajane jakimś sytuacyjnym gagiem, a fabuła gnała dalej na łeb i szyję.
Co zaskakujące, w montażu z filmu całkowicie wycięto sceny seksu czy nagości – według reżysera pokolenie Z i Alfa nie chcą oglądać ich na ekranie, a reszta widzów przestała czuć się komfortowo, obcując z takimi obrazami w przestrzeni publicznej. Czy to prawda? Tego nie wiem, ale jeżeli istnieją komedie romantyczne warte jeszcze popcornu i kinowych ciemności, to filmy Willa Glucka zdecydowanie do nich należą. choćby jeżeli nie namiętność gra w nich pierwsze skrzypce.


















