„Nikt tego nie chce” dla wielu jest jedną z ulubionym serialowych komedii romantycznych, tymczasem mnie na etapie 3. sezonu przez cały czas niesamowity wydaje się rozdźwięk między gatunkowymi zamiarami a faktycznym efektem.
Nie wydaje mi się, żebym z którymś emitowanym aktualnie serialem miała relację tak trudną jak z „Nikt tego nie chce„. Jasne, mogę jakieś produkcje lubić czy cenić mniej lub bardziej, mogę zmieniać o nich zdanie z czasem. Jednak komedia romantyczna Erin Foster to jakaś osobna kategoria. 1. sezon wzięłam do recenzji z dużymi oczekiwaniami, po czym okazało się, iż tam, gdzie serial widzi wspaniałą chemię i wielką miłość, ja widzę raczej niedojrzałość lub toksyczność. Do sezonu 2. siadałam już tylko z obowiązku, ale okazał się intrygujący. Nie, nie bardzo dobry – intrygujący, bo walczyły w nim dwie wizje, ta słodka i ta pokazująca problematyczność pewnych zachowań.
Nikt tego nie chce sezon 3 – czy serial się zmienił
I pewnie nie powinnam się łudzić, iż świeżo dostępny na Netfliksie sezon 3. wybierze drugą drogę. Raczej wrócił do tego, czego większość publiki chciała: uroczych scenek z życia Joanne (Kristen Bell) i Noah (Adam Brody) na kolejnych etapach związku. To od razu sprawia, iż mniej mam ochotę „Nikt tego nie chce” oglądać, bo przez cały czas uważam, iż serial marnuje dwoje wspaniałych aktorów. Przy nowych odcinkach pomyślałam nawet, iż sztuczność, którą widzę w ich w założeniu pięknych scenach i codziennych rozmowach, sprawia wrażenie, jakby całe ich uczucie było jakoś performatywne. Trochę jak w odwróceniu popularnych fabuł o udawaniu związku aż do prawdziwej miłości.
„Nikt tego nie chce” (Fot. Netflix)Tu mam wrażenie, iż zakochali się naprawdę (nadal uważam, iż ich początki były najbardziej przekonujące), ale teraz zachowują się, jakby już tylko grali: ktoś (choć przecież często tylko widz) patrzy, więc trzeba mówić do siebie tak, jak mówią pary, robić gesty charakterystyczne dla par, wyznawać w parze uczucia. Jestem w tym wrażeniu odosobniona, ale nic nie poradzę, iż Noah i Joanne razem wydają mi się nienaturalni, miejscami nudni, często irytujący. Jakbym oglądała inny serial niż zachwyceni tym romansem odbiorcy.
Do tego dochodzi – w okresie 3. również – element rozczarowania tym, jak bezbarwna jest Joanne w tej relacji, chociaż już w scenach z siostrą, Morgan (Justine Lupe), okazuje się bardziej wielowymiarowa. Natomiast gdy chodzi o podejście partnerki do Noaha, to na początku sezonu na przykład słyszymy z jej ust, iż jak mogłaby narzekać na cokolwiek w tym, iż mieszkają wreszcie razem, skoro „błagała go o to”. A potem niejednokrotnie całkiem ładne, ale choćby małe gesty Noaha urastają, znowu, do wielkich poświęceń, jakby serial ciągle tracił z oczu fakt, iż tak naprawdę to Joanne wiecznie coś poświęca.
Nikt tego nie chce – sezon 3 jest dla już przekonanych
Trudności towarzyszące zmianie zabawowej dziewczyny w dobrą żoną dla rabina to przez cały czas w 3. sezonie temat, jak wtedy, gdy Joanne rozpacza nad tym, iż szczęśliwa nie może prowadzić popularnego podcastu, bo ludzie nie chcą słuchać o szczęśliwym związku – ale i ten dylemat (za) gwałtownie się rozwiąże, przy udziale fanki, granej zresztą przez samą Foster. Na dodatek ten odcinek, 4., za bardzo idzie w i tak gdzieś podskórnie cały czas wyczuwalne w serialu tropy typu „bitches be crazy”.
Podobnie łatwo wszystko rozwiązuje się w sprawie byłego chłopaka Joanne, traktującego ją koszmarnie Travisa (Avan Jogia, „Orphan Black: Echa”). Fakt, kobieta daje się przez chwilę skusić pragnieniu zemsty, ale ani to śmieszne, ani głębokie. A potem znów wszystko błyskawicznie jest w porządku. Bo miłość.
„Nikt tego nie chce” (Fot. Netflix)Oczywiście „Nikt tego nie chce” uważa, iż skoro bohaterka oznajmiła, iż ona tak naprawdę chce przejść na judaizm, to nie ma problemu, bo teraz robi to już dla siebie, nie dla partnera. A jednak jak było mi trudno w tę konwersję uwierzyć wcześniej, tak trudno nadal. Zwłaszcza iż w nowym sezonie zupełnie nie wykorzystano potencjału scen z grupie przygotowującej się do tego ważnego kroku, mimo iż rabinkę gra Sarah Silverman („Masters of Sex”), a wśród nowych koleżanek i kolegów Joanne widzimy między innymi Sebastiana (Andrew Rannells, „Dziewczyny”). choćby pożegnanie z Bożym Narodzeniem okaże się zaskakująco łatwe. Bo miłość.
Jeśli komuś faktycznie podoba się główny ekranowy związek, to takie wyjaśnienie przyjmie – ale mój brak przekonania do relacji Noaha i Joanne sprawia, iż widzę raczej problematyczności niż przejawy romantyzmu. Im dłużej oglądam serial, tym mocniej odnoszę wrażenie, iż to nieraz opowieść o kobiecie, która całe życie nie miała wsparcia zabsorbowanych sobą rodziców, a związkowo trafiała na absolutnie koszmarnych typków, więc teraz każdy przejaw miłości taktuje niczym spragniony wody wędrowiec na pustyni – tymczasem serial próbuje nam to wcisnąć jako dwoje przeznaczonych sobie ludzi tworzących idealną parę. Czy są fragmenty, które mnie w tym przekonują? Może niektóre drobne przekomarzania, może trochę finał odcinka 4. kilka jak na historie miłosną stanowiącą fundament serialu.
Nikt tego nie chce sezon 3 – czas Morgan i Sashy
Nie pomaga fakt, iż w 3. sezonie większość drugiego planu, wtrącającego się nieustająco w życie tej pary, to przez cały czas czyste stereotypy, z żydowską matką, Biną (Tovah Feldshuh), na czele. Gdy na ekranie pojawiają się jedni czy drudzy rodzice, mam poczucie, iż może broniliby się jakoś w sitcomie z lat 90., ale w pięknych dekoracjach i serialu chcącym chyba być porządną komedią romantyczną z wątkiem religijnym w tle wypadają co najmniej jak z innej bajki. Niepotrzebne wydaje mi się też rozbudowanie wątku Esther (Jackie Tohn) i Juliana (Steven Weber, „Chicago Med”), bo nie okazuje się wystarczająco interesujący, żeby zająć tyle czasu.
„Nikt tego nie chce” (Fot. Netflix)Moje dotychczasowe narzekania dotyczą wyłącznie tego, co w serialu faktycznie jest, a przecież trudno nie dostrzec, czego w nim nie ma. Mianowicie nie ma w tym „liście miłosnym do judaizmu” miejsca na niewygodne polityczne, chociaż przecież też tożsamościowe, tematy. Debata o Palestynie toczy się już poza ekranem, na przykład w różnicy zdań między Brodym a Foster. Mam wrażenie, iż twórczyni serialu próbuje nam wmówić, iż artystyczne milczenie jest neutralne. Już dawno nie jest. A zanim widz zdąży się zastanowić, jak mogłoby wyglądać w serialu o diasporze nieumywanie rąk, usłyszy, iż rodzice Noaha co roku organizują rosyjską galę… Wspaniały miks po prostu.
Napisałam wcześniej o zmęczeniu większością drugiego planu, bo są na tym planie chlubne, do pewnego momentu, wyjątki. Jak zwykle muszę zatrzymać się przy Morgan i Sashy (Timothy Simons). Ona wyplątała się z absurdalnego romansu z Andym w poprzednim sezonie. On uczy się żyć inaczej po tym, jak Esther nie chciała już tkwić w nieszczęśliwym małżeństwie. Przyjaźń siostry Joanne i brata Noaha to zawsze był dla mnie najmocniejszy punkt serialu, tu chemia i głębsze porozumienie nie wydawały mi się wymuszone. Co z tym robi serial w 3. sezonie? Daje nam fantastyczny odcinek 7., chyba mój ulubiony w całym „Nikt tego nie chce” – a potem spektakularnie wszystko psuje i zostawia w zawieszeniu, więc jeżeli kolejny serial nie powstanie, i my zostaniemy z taką niewiadomą i jakimś niesmakiem.
Nikt tego nie chce – czy warto oglądać sezon 3
Jeżeli natomiast kolejne odcinki powstaną, to ze względu na powyższy brak rozstrzygnięć będę musiała je obejrzeć, chociaż naprawdę chciałabym się już od tego serialu uwolnić. przez cały czas uważam, iż jest zbyt „wypreparowany”, a nie faktycznie poruszający. Znacznie płytszy, niż mógłby być przy takiej obsadzie – przecież tu choćby w epizodach pojawiają się choćby Taylor Dearden z „The Pitt”, Stephanie Koenig z „Nauczyciela angielskiego” czy wspaniała Poorna Jagannathan (ostatnio „Latarnie”).
„Nikt tego nie chce” (Fot. Netflix)Lepsze odcinki, jak wspominany 7. czy poprzedzający go całkiem sprawny z imprezą nad basenem, nie zmieniają mojego ogólnego wrażenia. To mimo wielu wad może najmniej irytujący mnie sezon (oczywiście poza niezwykle irytującym mnie tym wszystkim, co dzieje się w ostatnich odcinkach z Morgan i Sashą), ale też sezon dość bezbarwny, często mechanicznie odhaczający punkty z listy. Istnieją serialowe hity, których nie kocham, ale rozumiem, czemu można je kochać. Tymczasem w przypadku „Nikt tego nie chce” już trzecią jesień dziwię się jego aż tak entuzjastycznej recepcji.














