Aniele Boży…
Ledwo się zaczyna, a już jest zgrzyt. Nie wierzę w bogów. Nie wierzę w Boga. Nie wiem, czy kiedykolwiek wierzyłam. Blisko kościoła i modlitw trzymała mnie babcia. W naszym domu na wsi stał w kuchni stary piec. Obok niego babcia stawiała taborecik, a na nim mnie. Schodzili się sąsiedzi i zaczynało się przedstawienie.
Myślę, iż to nie jest moje wspomnienie. Prawie nic nie pamiętam z czasu, gdy mieszkaliśmy w domu na wsi. Może jest tak, iż opowieści mamy i babci nałożyły się na wyblakłe plamy moich wspomnień i tak powstał obrazek. Impresja.
Wiem, iż miałam 3 albo 4 lata. Wiem, iż babcia gwałtownie zauważyła, iż mam dobrą pamięć i lubię wierszyki. I tak, gdzieś między „Co słonko widziało” a „Idzie Grześ”, wkomponował się Anioł Stróż. A może Anioł był pierwszy? Mógł być, bo każde dziecko potrzebuje modlitwy ochronnej. Tak sądziła babcia, a z babcią się nie dyskutowało.
Nie było też dyskusji na temat niedzielnych mszy w kościele. I póki żyła babcia, nie było niedzieli bez mszy. Wiedziałam, iż religia jest dla niej ważna, a iż babcia była ważna dla mnie, to z szacunku dla niej dreptałam co niedzielę do kościoła. Po drodze były moje chrzciny, pierwsza komunia i bierzmowanie. Babcia zmarła, gdy miałam 18 lat. Razem z nią odeszło zobowiązanie i odeszły cotygodniowe msze. Ale Anioł w głowie został.
Stróżu mój…
Ze śmiercią babci skończyło się stróżowanie Anioła. Nie było go na moim ślubie w urzędzie stanu cywilnego. jeżeli tego dnia czekał na mnie w kościele, to czekał daremnie. Nie przyszłam. Może stał pod salą weselną i potem o tym, co widział, opowiedział babci. Że miałam na sobie garsonkę w kolorze kości słoniowej i iż ładnie wyglądałam.

fot. Domena publiczna
Na pewno wspomniał, iż włosy ułożyła mi fryzjerka, a makijaż zrobiła siostra. Prawie widzę, jak babcia się uśmiecha, bo wiedziała, iż nie maluję się i zawsze mam za daleko do fryzjera. Czy wspomniał, iż byłam szczęśliwa?
Mam nadzieję, iż tak, bo wiem, iż i ona byłaby szczęśliwa. Chciałabym wierzyć, iż tego dnia była szczęśliwa. W końcu ile powodów do uśmiechu może mieć człowiek po śmierci, choćby jeżeli trafi do nieba. Przecież tam pewnie:
„Koń, krowa, kura, kaczka, kura, kaczka, drób. O, jest, widzę! Droga, chyba na Ostrołękę”.
Tak, myślę, iż babcia była szczęśliwa tego dnia.
Ty zawsze przy mnie stój…
Psychologowie mówią, iż każdy z nas ma wokół siebie strefy, które wyznaczają granice naszych kontaktów z ludźmi. Wyróżniają strefę osobistą, społeczną i publiczną. Każdą z nich opisują w centymetrach, ale dodają też, iż nasze bańki bezpieczeństwa są indywidualne. Ich średnica zależy od doświadczeń, ale i konstrukcji psychicznej.

fot. Domena publiczna
Mamy strefę publiczną, to jest nasza największa bańka i wskazuje odległość, na jaką dopuszczamy do siebie ludzi w przestrzeni publicznej, bez ryzyka przekroczenia bariery, która powoduje dyskomfort. Najbliższa ciału jest strefa intymna. Ta jest wyjątkowo czuła na nasze doświadczenia. Także te wynikające z norm kulturowych.
Są przecież społeczności, w których jest większe przyzwolenie na dotykanie drugiej osoby. Gorące temperamenty mieszkańców Afryki, Ameryki Południowej, ale i basenu Morza Śródziemnego skracają dystans. Z kolei w krajach anglosaskich dotyk jest zarezerwowany dla najbliższych. Na wielkość strefy intymnej wpływa też konstrukcja psychiczna, a ta nie ma długości ani szerokości geograficznej.
Stój więc, Aniele, ale nie za blisko. O przycupnięciu na ramieniu nie ma mowy.
Rano, wieczór, we dnie, w nocy…
I znowu, za dużo, i za często. Sama myśl o tym, iż ktoś (coś?) wisi cały czas nade mną, powoduje dreszcze. Wystarcza mi rozdrażnienie, o które przyprawia mnie telefon komórkowy, odgadujący, co chcę napisać i czego potrzebuję. To jest dopiero stróż, próbujący zaglądać w głowę.
No i jest Facebook, który codziennie mnie pyta: „ Co słychać?” i „O czym myślisz, Małgorzata?”. Wtedy przypominam sobie historyjkę związaną z wokalistą Dead Kennedys. Podczas jednego z wywiadów zapytano go, co lubi robić w wolnym czasie, na co Jello Biafra odpowiedział:

fot. Domena publiczna
„Najbardziej lubię wizualizować sobie ostateczny krach systemu korporacji”.
Nie przypuszczam, żeby Facebook zrozumiał zawarty w tej odpowiedzi sarkazm, ale dla mnie to jest idealny sposób na duszenie small talków w zarodku.
Bądź mi zawsze ku pomocy…
Nie byłam typem kobiety zaglądającej do wózków dziecięcych i piszczącej na widok niemowlaków. Co ma być, to będzie – myślałam. I stało się. Ciąża. Trzymałam się dzielnie racjonalnej frakcji. Śmiałam się z szeptanych na ucho przestróg. Nie przechodź pod wiszącym sznurem, bo dziecko urodzi się z pępowiną owiniętą wokół szyi. Phi – myślałam – głupie gadanie wiejskich bab.

fot. Domena publiczna
Nie dam się opętać zabobonom. Jestem rozsądna, uczęszczałam do szkół, w tym – z racji przeprowadzki – dwóch podstawowych.
Chciałam mieć syna. Nie widziałam siebie strojącej małą dziewczynkę w różowe sukienki. Miał być syn. Ma być syn – powtarzałam. Aż któregoś dnia pomyślałam, iż Bóg ukarze mnie za moją pychę. Ale przecież to ten sam Bóg, w którego istnienie nie wierzę – podpowiadał rozsądek. A jednak przestałam mówić, iż ma być chłopak.
Odtąd powtarzałam: najważniejsze, żeby dziecko było zdrowe. I zaczęło się mruczane w myślach…
Strzeż duszy mojej i ciała mojego…
Także tego nowego, które rosło we mnie. A potem urodził się Kuba i mruczenie ustało.
I zaprowadź mnie do żywota wiecznego…
Jakoś nie sądzę i jakoś nie wierzę. Ani w piekło, ani w niebo. Wierzę, iż mamy jedno życie. A potem? A potem jest jak w piosence:
„Niech żyje bal, drugi raz nie zaproszą nas wcale”.
Nie ma zmartwychwstania. Nie ma życia po życiu ani życia po śmierci. To jest moje wyznanie niewiary.
Amen
Albo do widzenia. Do usłyszenia. Nie odchodź daleko, Aniele, i strzeż babci. Powiedz jej, iż pamiętam i tęsknię. Powiedz jej ode mnie: „Do zobaczenia”.
