Marek cieszył się z długo wyczekiwanego dnia wolnego, pozwalając sobie na sen, który miał uleczyć dawne rany. W mieszkaniu w Warszawie panowała cisza, ale nagle przeciął ją głośny dzwonek do drzwi, przeszywający spokój niczym grzmot. Kto może przychodzić o takiej porze? Marek, nieco rozkojarzony, podszedł do drzwi i je otworzył. Przed nim stała starsza kobieta, której twarzy nie rozpoznawał. Była blada, roztrzęsiona, z oczami mokrymi od łez.
Do kogo pani przyszła? zapytał, czuł, jak serce łomocze mu w piersi.
Synku, nie poznajesz swojej matki?
Mamo? Wejdź… wyjąkał, niemal tracąc oddech.
Obraz tamtego dnia, gdy odebrano mu matkę i zabrano do domu dziecka na Pradze, wrócił z całą siłą. Marek czekał latami, marząc, iż matka wróci po niego i zabierze go do domu. Z czasem ból zniknął pod warstwą wyparcia. Ukończył liceum, rozpoczął studia na Uniwersytecie Warszawskim, potem otworzył własną kawiarnię na Żoliborzu. Gdy ktoś pytał o rodzinę, odpowiadał, iż rodzice zmarli. Nauczył się polegać tylko na sobie. Był pewny siebie i niezależny, nic nie zdradzało, iż dorastał w sierocińcu.
Jadwiga, jego matka, z czasów młodości pamiętała tylko alkoholowy zamęt. Piła, traciła kontakt z rzeczywistością, potem trafiła do więzienia za kradzież. Myślała tam o swoim synu, choć nigdy go nie kochała tylko czuła wyrzuty sumienia.
Kiedy urodziła się jej druga córka, uczucia matczyne zalały Jadwigę. Była gotowa na wszystko dla tej dziewczynki dla Adrianny. Zapomniała o Marku, a dla młodszej poświęcała się bez zastrzeżeń. Chciała, by Adrianna miała wszystko, czego ona nie zaznała w życiu.
Adrianna, wychowana w chaosie, powielała błędy matki ona także trafiała do domów opieki, a w wieku piętnastu lat otrzymała pierwszy wyrok w zawieszeniu. gwałtownie doszło do kolejnych, aż wreszcie trafiła za mury zakładu karnego. Jadwiga, znając życie w więzieniu, postanowiła ratować córkę. Gdy usłyszała, iż Marek świetnie sobie radzi, natychmiast zaczęła go szukać, mając nadzieję na pomoc.
Teraz, siedząc w jego kuchni, Jadwiga zalewała się łzami, próbując objąć syna. Przytaczała długie historie o tym, jak modliła się za niego w kościele św. Anny i wyczekiwała, aż odnajdzie ślady jego życia. Marek wsłuchiwał się w jej słowa, a jednak wewnętrzny głos ostrzegał: zachowaj dystans, nie ufaj bezwarunkowo. Mimo wszystko wynajął matce małe mieszkanie na Ochocie, przekazał jej 2000 złotych na start i zapewnił, iż może liczyć na pomoc z jego strony. Obserwował ją dyskretnie i próbował zrozumieć jej motywacje.
Krótko przed Bożym Narodzeniem odwiedził Dom Dziecka przy ul. Mińskiej, gdzie dorastał. Często przynosił dzieciom książki i słodycze. Tego dnia podeszła do niego starsza wychowawczyni, pani Zofia.
Twoja matka szukała adresu powiedziała cicho.
Tak, dziękuję, iż jej pomogłaś.
Ale pamiętaj, Marek, ona chce tylko uratować Adriannę. Interesują ją głównie pieniądze. Nie ufaj jej, nie jest zdolna do miłości…
Mam siostrę? Marek z trudem wydusił słowa.
Tak, sama ją zapytaj.
W gardle stanął mu żal, oddech stał się płytki. Nie mógł uwierzyć, iż matka znowu próbuje nim manipulować. Zebrał siły i poszedł, by żądać prawdy. Jadwiga była zaskoczona, nie chciała mówić o Adriannie, obawiając się, iż Marek odmówi pomocy.
Minęło kilka dni Marek został napadnięty na ulicy. Brutalnie pobity, trafił do szpitala. Bandę chuliganów gwałtownie złapała policja. W przesłuchaniu wyznali, iż wynajęła ich Jadwiga, chcąc uśmiercić syna i przejąć jego oszczędności, by zapewnić lepsze życie Adriannie.
W sądzie matka błagała o wybaczenie, snuła opowieści o skrusze i odmienionym sercu. Ale Marek, wypełniony bólem, zachował spokój.
Przeżyłem już bez matki i przeżyję jeszcze raz wyszeptał przez łzy, opuszczając budynek sądu, samotny, ale silniejszy niż kiedykolwiek.
