Gdzie jest moja córka? powtórzyła Weronika, czując, jak szczękają jej zęby, czy to ze strachu, czy z zimna.
Hanię zostawiła na urodzinach w sali zabaw galerii handlowej. Mamę solenizantki znała ledwie z widzenia, ale zostawiła córkę bez obaw to nie pierwszy raz na takim dziecięcym przyjęciu, wszyscy tak robili. Tylko dziś spóźniła się autobus nie przyjeżdżał długo. Galeria stała w niewygodnym miejscu, wszyscy dojeżdżali samochodem, a Weronika auta nie miała, więc zawiozła Hanię autobusem, potem wróciła do domu miała udzielać korepetycji, nie mogła ich odwołać i znów pojechała po córkę. Spóźniła się tylko piętnaście minut biegła przez oblodzony parking, aż zabrakło jej tchu. Teraz mama solenizantki, niska blondynka z okrągłymi błękitnymi oczami, patrzyła na Weronikę ze zdziwieniem i powtarzała:
No przecież tata ją zabrał.
Ale Hania nie miała taty. Był gdzieś, jasne, ale córki nigdy na oczy nie widział.
Weronika poznała się z Rafałem przypadkiem spacerowała z koleżanką nad Wisłą, koleżanka skręciła nogę, podeszli chłopcy, zaoferowali pomoc. Jak w komedii opowiadali, iż studiują na Uniwersytecie Warszawskim, ojciec jednego jest generałem, drugiego profesorem. Po co tak zmyślali? Bo byli młodzi i głupi. Gdy Weronika zaszła w ciążę, Rafał dowiedział się, iż ona jest studentką pedagogiki, ojciec jeździ autobusem wcisnął jej pieniądze na zabieg i zniknął.
Weronika nie zrobiła aborcji i nigdy nie żałowała Hania była jej towarzyszką, mądrą i rozważną jak na swój wiek. Zawsze było im razem wesoło; gdy Weronika prowadziła lekcje, Hania bawiła się cicho lalkami, potem razem szły do kuchni gotować zupę mleczną albo jajko na miękko, piły herbatę z ciastkiem posmarowanym masłem. Do dyspozycji miały kilka pieniędzy, wszystko szło na czynsz, ale ani Weronika, ani Hania nigdy nie narzekały.
Jak mogła pani oddać moją córkę obcej osobie?!
Weronikę trząsł głos, łzy cisnęły się do oczu.
No jak obcej? zirytowała się błękooka. To był przecież jej ojciec!
Weronika mogła wyjaśnić, iż nie ma żadnego ojca, ale nie było sensu. Musiała biec do ochrony, żądać nagrań z kamer i
Kiedy to było?
Około dziesięciu minut temu
Weronika odwróciła się i ruszyła biegiem. Ile to razy powtarzała Hani nie chodź z obcymi! Strach odbierał jej siły w nogach, obraz się rozmywał, kilka razy wpadła na ludzi, nie przepraszając nawet, tylko pędziła dalej. Kierując się instynktem, zawołała:
Hania! Hania!!!
W gwarze foodcourtu jej krzyk odbił się echem i tylko kilka osób spojrzało w jej stronę. Głęboko łapała powietrze, nie wiedząc, gdzie teraz szukać. Może on jeszcze jej nie zabrał
Mamooo!
Przez chwilę nie wierzyła własnym oczom. Córka z rozpiętą kurteczką, cała umazana lodami, biegła w jej kierunku. Weronika chwyciła ją mocno, jakby zaraz miała się rozpaść na kawałki, wpatrując się w mężczyznę stojącego obok. Porządnie wyglądał, krótko ostrzyżony, durny sweter ze śnieżynką i lód w dłoni. Wyraźnie czytał w jej spojrzeniu, bo zaczął trajkotać:
Przepraszam! To moja wina. Powinienem czekać, ale tak chciałem pokazać tym dręczycielom! Dokuczali jej! Mówili, iż nie ma taty i iż nikt po nią nie przyjdzie, bo jest brzydka! Chciałem, żeby pokazała im, iż jednak ktoś po nią przyszedł. Powiedziałem: córeczko, zanim mamę przywiezie autobus, chodź kupimy lody. Przepraszam, nie sądziłem, iż aż tak się przestraszysz
Weronika była cała roztrzęsiona. Nie ufała temu nieznajomemu. Ale czy rzeczywiście Hani dokuczali? Spojrzała jej w oczy mała od razu zrozumiała pytanie. Pociągnęła nosem, wypięła brodę.
No i co z tego! Teraz też mam tatę!
Mężczyzna niezręcznie rozłożył ręce, Weronika nie była w stanie wydusić słowa.
Chodźmy wreszcie szepnęła. Już późno, zaraz odjedzie autobus.
Ale mężczyzna zrobił krok w jej stronę, wahając się. Może podrzucę was samochodem? Skoro już tak wyszło Nie myślcie sobie, nie jestem żadnym wariatem! Mam na imię Marcin! Jestem w porządku! Tam siedzi moja mama, może potwierdzić!
Wskazał starszą panią z fioletowymi loczkami, czytającą książkę przy stoliku.
Możemy do niej podejść, da mi najlepszą opinię!
Nie wątpię syknęła Weronika, która wciąż miała ochotę zdzielić Marcina po głowie. Dziękuję, poradzimy sobie same!
Mamo Hania pociągnęła ją za rękaw. Niech zobaczą, iż tata nas odwozi!
Przy sali zabaw stały jeszcze solenizantka z mamą i jakaś dziewczynka; Weronika nie pamiętała imienia. W oczach Hani była taka prośba, a iść przez śliski parking w takim stanie byłoby ciężko. Weronika się przełamała.
Dobrze rzuciła krótko.
Super! Zaraz wracam, tylko dam mamie znać!
Maminsynek pomyślała Weronika z przekąsem. Tymczasem kobieta z fioletowymi włosami pomachała do niej życzliwie, więc Weronika gwałtownie odwróciła wzrok. Co za żenująca sytuacja!
Po drodze starała się nie patrzeć Marcina w oczy, ale musiała przyznać, jak z wyczuciem rozmawia z Hanią. Mała paplała bez końca Weronika nie znała jej z tej strony. Przy klatce schodowej Hania nagle zgasła.
Już się nie spotkamy? wydukała do Marcina, zerkając na matkę.
Weronika poczuła na sobie jego spojrzenie tak pytał ją o zgodę. Miała już powiedzieć: nie, Haniu, to niegrzeczne, ale patrząc na smutną twarzyczkę, nie mogła. Skinęła głową Marcinowi.
jeżeli mama pozwoli, mogę zabrać cię w weekend do kina na bajkę. Byłaś kiedyś w kinie?
Naprawdę? Nie, nie byłam! Mamo, mogę iść z tatą do kina?
Weronice zrobiło się głupio, więc zaczęła trajkotać.
Hania, zgodzę się, ale pod dwoma warunkami. Po pierwsze, nie mów do obcego tato, mów wujek Marcin, rozumiesz? Po drugie, ja idę z wami, bo co ci mówiłam? Nie wolno chodzić nigdzie z nieznajomymi, choćby jeżeli wydają się mili!
Ja też jej to mówiłem wtrącił Marcin. O tym, żeby z obcymi nie chodzić.
Mogę iść?
Mówiłam przecież: tak.
Hurra!!!
Rozumowała, iż to trzeba natychmiast ukrócić, ale nie potrafiła. Nie miała nikogo poza Hanią. Gdyby tylko mogła z kimś się naradzić! Choćby z mamą. Słabo ją pamiętała zginęła, gdy Weronika miała pięć lat, tyle ile Hania teraz. Chłopiec wpadł do przerębla, nikt nie odważył się wskoczyć, tylko mama. Chłopca uratowała, sama niestety się rozchorowała miała cukrzycę, zawsze zdrowotne problemy. Hania odziedziczyła cukrzycę po matce, to spędzało Weronice sen z powiek.
Do kolejnego weekendu Weronika rozmyślała bez końca, ale niesłusznie się bała wszystko potoczyło się całkiem inaczej, bo do kina Marcin przyprowadził swoją mamę.
Żebyś nie myślała, iż ze mną coś nie tak, niech mama mnie zareklamuje uśmiechnął się.
Oj, z tobą na pewno coś nie tak odparła matka z taką czułością, iż było jasne, jak bardzo kocha syna.
Oczywiście, gdy Marcin poszedł z Hanią po popcorn, jego mama rzeczywiście go chwaliła.
Rozumiesz Możemy na ty? On też wychował się bez ojca. Cztery razy wychodziłam za mąż, ostatni mąż był idealny! Po prostu idealny, cały Marcin jak wykapany. Ale taka już dola nie zdążył choćby syna potrzymać na rękach. Zawał. Urodziłam przed terminem, nie wiem jak przeżyłam. Tamci mężowie pomagali Czego się tak dziwisz? Do dziś mam świetne relacje z pierwszym, drugi nie gustował w kobietach, trzeci za bardzo kochał kobiety, i zawsze mu było mało. Robili, co mogli, żeby zastąpić Marcinowi ojca, ale tata to tata Marcin odbiera to wszystko szczególnie w szkole też go dręczyli. Biedny chłopak! Ileż razy chodziłam do nauczycieli! Nic nie pomagało. Robił głupstwa, żeby zaimponować kolegom, raz choćby omal nie zginął
Kobieta była nietuzinkowa: drobna i szczupła, fioletowe włosy, kostium Chanel, w dłoni powieść Grocholi. Weronika ją polubiła od razu.
Nic złego nie zamierza, grunt, iż dobrego serca kobieta puściła oko. A tobie, patrzę, mocno wpadłaś mu w oko
Weronika poczerwieniała. Tego jej brakowało! Czuła, iż lepiej nic nie zaczynać, ale Hani było żal.
Po filmie chciała Marcinowi oddać za bilety, ale on odmówił.
Jak już zapraszam dziewczyny do kina, to płacę sam!
Weronice się to nie podobało zawsze płaciła za siebie i nie zależała od nikogo. A o tym, iż mu się spodobała nonsense, tak nie bywa.
Gdy Marcin odwoził je do domu, Hania spytała:
Tato, a dokąd pójdziemy następnym razem?
Hania! upomniała Weronika.
Córka śmiesznie zasłoniła usta dłońmi.
Może pójdziemy do Muzeum Zoologicznego? Co ty na to?
Super! Mamo, chodźmy!
Idźcie sami rzuciła sucho Weronika. Weźcie ze sobą panią Jadwigę, wspominała, iż uwielbia motyle.
Wysiadła pierwsza z auta, chcąc zakończyć tę farsę, i kątem ucha usłyszała, jak Marcin szepcze Hani:
Gdy mama nie słyszy, możesz mówić do mnie tato.
Tak Hania zyskała niedzielnego tatę. Czasem Weronika chodziła z nimi, czasem pozwalała Hani iść samej, jeżeli dołączała Jadwiga dalej uważała Marcina za obcego i podejrzanego, choć Hania opowiadała za każdym razem, jaki Marcin jest zabawny i ciekawy. Czuła, jak udzielają jej się entuzjazmy Hani, ale wciąż nie dopuszczała do siebie tych uczuć: przecież w życiu nie zdarza się, iż ni stąd ni zowąd zjawi się książę na białym koniu. A matka Marcina tak go chwaliła, iż Weronika zaczęła się zastanawiać, czy coś z nim nie tak. Szwatałaby taka kobieta syna byle komu?
Ale serce Weroniki powoli miękło. Marcin robił wszystko z taktem zostawiał jej czekoladę na półce w przedpokoju, pytał o zgodę zanim zaprosił gdzieś Hanię, próbował złapać jej wzrok w aucie. Jednak najbardziej lubiła Jadwigę świetnego rozmówcę! Gdyby Marcin nie był jej synem, Weronika chętnie radziłaby się właśnie jej.
Pewnego dnia zadzwonił, zaczął coś mówić o kinie. Hania natychmiast przysiadła się, szepcząc:
To Marcin?
Zasiadła koło matki zadowolona.
Jasne, Hania będzie zachwycona odpowiedziała machinalnie.
Ale Zapraszam i ciebie, Weroniko. Chciałbym, żebyśmy poszli razem. We dwoje.
W tle odezwała się Jadwiga:
No w końcu!
Mamo! Przestań podsłuchiwać! Och, Weroniko, przepraszam. Zawsze musi wetknąć nos.
On zaprosił mamę do kina? szepnęła Hania.
Weronika się roześmiała.
Ja też coś słyszę. Marcin Ja
Tylko nie mów, iż nie chcesz! Daj mi szansę, obiecuję być rycerzem!
Powiedz jej o oczach, Marcin, o oczach, tak jak mi wtedy Że ma oczy swojej mamy
Jakby ktoś oblał ją zimną wodą. Weronika nie rozumiała, co ma do tego jej mama.
Marcin coś odpowiedział mamie, potem powiedział:
Weroniko, zaraz podjadę i wszystko wyjaśnię. Mogę?
Weronika chodziła od ściany do ściany, aż przyjechał, a Hania siadała przy stoliku, rysując, jakby wyczuwała sytuację.
Powinienem był powiedzieć od razu zaczął Marcin. Chciałem, ale tak bardzo mi się spodobałaś I nie chciałem, żebyś myślała, iż to tylko przez twoją mamę. Bałem się, iż mnie znienawidzisz. Przez to, iż przez mnie twoja mama zginęła
Mówił chaotycznie, przeskakując z tematu na temat, patrząc błagalnie. Weronika znów się trzęsła, jak wtedy, gdy myślała, iż Hania zaginęła.
Wybaczysz mi?
Przez cały jego monolog Weronika nie powiedziała ani słowa, w końcu wyszeptała:
Muszę to przemyśleć.
Mamo, no wybacz tacie nalegała Hania.
Marcin rzucił jej spojrzenie w ramach wcześniejszego ustalenia, potem spojrzał na Weronikę. Powtórzyła:
Potrzebuję czasu. Muszę pomyśleć, rozumiesz?
Chciała zadać milion pytań, ale nie była w stanie wydusić ani jednego. Gdy jednak zadzwoniła Jadwiga, wszystko się odmieniło, to od niej Weronika dowiedziała się szczegółów.
On nie wiedział, iż ona nie żyje chroniłam jego psychikę. Później, kiedy się wygadałam, Marcin postanowił was odnaleźć. Chciał zaoferować pomoc, ale stało się najpierw tak z Hanią, potem z tobą On zakochał się od pierwszego wejrzenia! Bał się, iż go źle zrozumiesz. Nie wini go Marcin chciał chłopcom udowodnić, iż jest prawdziwym mężczyzną, mimo braku ojca. Nikt nie chciał wejść na lód, a on się odważył i
Jadwiga nigdy nie naciskała, zawsze wybielała syna. Ale Hania ta potrafiła przycisnąć!
Mamo, on jest dobry! I kocha cię, sam mi powiedział! I mógłby być moim prawdziwym tatą, rozumiesz?
Weronika rozumiała. Ale czy to było adekwatne?
Minął prawie miesiąc, a ona nie potrafiła z nim rozmawiać. Nie odbierała telefonu, nie czytała wiadomości. Im dłużej zwlekała, tym bardziej chciała zadzwonić, choć wydawało się to coraz trudniejsze.
W nocy Hania obudziła ją płaczem, skarżyła się na ból brzucha. Już wczoraj była marudna, Weronika zwalała to na nieswieży kefir. Teraz Hania płonęła termometr był zbędny.
Drżącymi dłońmi wybrała numer pogotowia, potem nie wiedząc czemu zadzwoniła do Marcina.
Przybył razem z karetką. W domowych spodniach, zaspany, rozczochrany. Pojechał z nimi do szpitala, uspokajał i powtarzał, iż wszystko się ułoży, choć sam miał głos drżący.
To tylko zapalenie otrzewnej, nie tak straszne Na pewno będzie dobrze!
Weronika sama chwyciła go za rękę żeby go uspokoić, a może siebie. W poczekalni było chłodno, oboje bez ciepłych ubrań, ogrzewali się swoim bliskim siedzeniem.
Do lekarza Marcin podbiegł pierwszy, dopytywał o operację. Weronika bała się ruszyć z miejsca; gdyby Hani się coś stało, nie przeżyłaby tego.
Ale wszystko skończyło się dobrze. Lekarze zrobili swoje, Hania walczyła dzielnie, choć jak mówił lekarz sytuacja była dramatyczna.
Jakby miał ją pod opieką dobry anioł powiedział lekarz, a Weronika szepnęła: dziękuję, mamo!
Marcin dziękował lekarzowi, a ten nakazał obojgu wracać do domu Hanię na razie trzymali w reanimacji, rodzicom potrzebny był odpoczynek.
Podwiózł ją pod klatkę, Weronika spodziewała się, iż poprosi, by wstąpić, ale milczał. Wtedy powiedziała:
Już świta. Chcesz, zrobię ci kawę?
I zrozumiała, iż naprawdę chce, by został. Na zawsze.
Hania dochodziła do siebie zadziwiająco gwałtownie wszyscy lekarze i pielęgniarki to zauważyli.
Bo mam mamę i tatę chwaliła się.
A nikt poza Weroniką i Marcinem nie rozumiał, czemu to daje jej aż taką radośćWeronika patrzyła przez szpitalne okno na budzący się dzień i po raz pierwszy od dawna czuła coś w rodzaju nadziei, która odbijała się w dziecięcym uśmiechu Hani, promieniała w nieporadnych, troskliwych gestach Marcina, pulsowała w fioletowej czuprynie Jadwigi stojącej z kubkiem herbaty. Nie była już sama ich śmieszne, pozlepiane z różnych historii rodzina zaczynała nabierać kształtów.
Pewnej niedzieli, gdy Hania wróciła z Marcinem z parku z kieszeniami pełnymi kasztanów i rysunkiem wciąż trochę nieudolnym, ale z podpisem Dla mojej rodziny, Weronika pozwoliła sobie na coś nowego złapała Marcina za rękę na oczach wszystkich i poczuła, jak ogromny lęk odpływa, a w jego miejsce pojawia się spokój. Wiedziała już: czasem trzeba pozwolić szczęściu wejść do domu, choćby jeżeli przyszło niespodziewanie, podczas śnieżnego wieczoru w zatłoczonej galerii.
Hania rzuciła matce się na szyję, Marcina objęła po swojemu, a Jadwiga tylko uśmiechnęła się z satysfakcją.
Wiesz, mamo powiedziała Hania, patrząc na Weronikę można mieć dwie babcie, jednego wujka-tatę i mnóstwo miłości. Bo miłość to przecież wybór, prawda?
Weronika pokiwała głową, a śmiech Marcina brzmiał już zupełnie jak śmiech domownika.
Tak właśnie zaczęła się ich wspólna codzienność niepozorna, poplątana, ale pełna czułych gestów i dźwięku śmiechów, które rozganiały lęki. Czasem Weronika łapała się na myśli, iż jej mama może patrzy teraz z góry i w końcu jest spokojna: jej córka dostała tyle siły, żeby odważyć się pokochać jeszcze raz.
A kiedy Hania pewnego dnia podsunęła jej swój rysunek z podpisem Jesteśmy rodziną, Weronika spojrzała na Marcina, na Jadwigę, wzięła głęboki oddech i powiedziała:
Tak, już jesteśmy. Razem.
I od tej chwili nocne strachy zniknęły, a przyszłość wydała się czymś, na co można czekać z radością.






