Nie wytrzymała
Składam pozew o rozwód powiedziała spokojnie Weronika, podając mężowi kubek herbaty. A adekwatnie już złożyłam.
Brzmiało to tak, jakby mówiła o czymś zupełnie zwyczajnym. Ot, w stylu: Dziś na kolację kurczak z warzywami.
jeżeli mogę spytać, z jakiego… Hm, dobrze, nie przy dzieciach Artur, widząc dwie mocno zdenerwowane buźki, ściszył głos. Czym ci zawiniłem? I to ja choćby nie wspominam, iż dzieci potrzebują ojca.
Myślisz, iż nie znajdę im innego ojca? z ironicznym uśmiechem Weronika przewróciła oczami. Czym zawiniłeś? Dosłownie wszystkim! Liczyłam, iż życie z tobą będzie spokojne jak Mazury jesienią, a tu ciągle rwąca rzeka!
No dobra, chłopaki, wszystko zjedliście? nie zamierzał prowadzić tej rozmowy przy dzieciach. Biegiem się bawić. I nie podsłuchiwać! zawołał za synami Artur, znając ich ciekawską naturę. A teraz, już bez publiczności, kontynuujmy.
Weronika zacisnęła usta. choćby teraz umie rządzić! Udaje ojca roku
Mam tego dość! Nie chcę codziennie harować osiem godzin, uśmiechać się do koleżanek z biura albo przekonywać klientów. Chcę spać do południa, łazić po butikach i odwiedzać salony piękności. Ale ty mi tego dać nie możesz. Dość. Oddałam ci najlepsze dziesięć lat mojego życia
Możemy bez tych wielkich słów? przerwał jej Artur oschle. To nie ty przypadkiem tak się starałaś, żeby mnie usidlić te dziesięć lat temu? Ja wcale nie rwałem się do ślubu!
Pomyliłam się, każdemu się zdarza.
Rozwód poszedł gwałtownie i bez większych dram. Chłopców Artur, nie bez oporu, zostawił Weronice pod warunkiem, iż każdy weekend i wszystkie wakacje będą spędzać u niego. Weronika zgodziła się z ulgą.
Po pół roku Artur przedstawił synom swoją nową żonę. Urocza i promienna Luba rozkochała w sobie chłopców do tego stopnia, iż wyczekiwali weekendów bardziej niż Bożego Narodzenia, czym doprowadzali matkę do szału.
Jeszcze bardziej wkurzał ją fakt, iż Artur odziedziczył po jakimś trzecim stryjecznym wuju willę pod Warszawą i żyje teraz jak pączek w maśle. Co prawda pracy nie rzucił, alimenty płaci małe, woli sam ubierać synów od stóp do głów i fundować im kolejne elektroniczne zabawki. Do tego skrupulatnie pilnuje tych alimentów!
Czemu nie poczekała te pół roku? Gdyby Weronika wiedziała, jak się to ułoży Ech, teraz to by się inaczej ustawiła!
Chociaż, może jeszcze nie wszystko stracone?
*************************
Może napijemy się herbaty? Jak za starych, dobrych czasów śmiała się zalotnie Weronika, kręcąc na palcu kosmyk włosów. Krótka sukienka podkreślała atuty, makijaż odejmował jej parę lat… O tak, napracowała się nad tym swoim „lookiem”, wyglądała doskonale!
Nie mam czasu odpowiedział chłodno Artur, patrząc na byłą żonę beznamiętnym wzrokiem. Chłopaki gotowi?
Coś tam jeszcze szukają. Znam ich, zejdzie im z dziesięć minut powiedziała zrezygnowana, chociaż nie rezygnowała z prób. Może zostaniesz z nami na Sylwestra? Kola i Jurek pół dnia ubierali choinkę.
Na rozprawie uzgodniliśmy, iż święta i ferie są moje. I spędzimy je w jednej świetnej wiosce w górach, gdzie jest masa śniegu i można poszusować na nartach. Luba wszystko zorganizowała.
Ale to święto rodzinne…
No to właśnie my rodzina. Będziesz oponować, odbiorę ci chłopców.
Jak tylko drzwi zamknęły się za byłym mężem i rozradowanymi dzieciakami, Weronika w złości roztrzaskała wazon, podarowany na ślubie przez ciocię Jadzię. Znowu ta Luba! Co ją boli? Ciągle udaje, iż uwielbia chłopców, a pewnie odlicza dni, aż wrócą do matki. Kogo jak kogo, ale swoje dzieci Weronika zna potrafią zajść za skórę jak nikt!
Ale zaraz! To genialny pomysł Uśmiechnęła się z satysfakcją. Gra się jeszcze nie skończyła! Może się okazać, iż wszystkie złotówki Artura znów wpadną w jej ręce…
********************
I co to niby jest? Artur uniósł brew, widząc bagaże w przedpokoju.
Jak to co? Rzeczy. Koli i Jurka Weronika lekko kopnęła wypchany walizką, która aż się zachwiała. Skoro ułożyłeś sobie życie, to teraz twoja kolej. Wiesz, nie każdy facet zgodzi się wychowywać cudze dzieci. Teraz chłopcy będą mieszkać u ciebie. Ja już byłam w opiece społecznej, powiedziałam, iż zmiana, zostało tylko załatwić papierologię. Ale to już twój problem. Ja lecę na urlop z bardzo perspektywicznym adoratorem.
Zostawiając osłupiałego Artura w holu, Weronika ruszyła do stojącej pod blokiem taksówki. Ciekawe, ile ta święta Lubka wytrzyma z nimi? Tydzień? Dwa? Założę się, iż dwa. Artur, jak będzie miał wybór dzieci albo nowa żona wybierze dzieci. I wróci do Weroniki. Razem z całą kasą
Minęły dwa tygodnie. Miesiąc. Dwa. Ale telefonu z żądaniem odbioru chłopców nie było. Z rozmów z dziećmi wynikało, iż Luba ani razu choćby na nich nie podniosła głosu! Co? Oni nagle stali się grzeczni? Nie do uwierzenia!
Jak się zachowują chłopcy? Jeszcze ci nie podskakują? Weronika nie wytrzymała i zadzwoniła do Artura.
Są super, nie rozrabiają, słuchają się i pomagają głos Artura wyraźnie zmiękł, gdy przeszedł na temat dzieci. Po prostu złote chłopaki!
Naprawdę? zdziwiła się Weronika. Bo u mnie to ciągle psoty
Trzeba się zajmować dziećmi prychnął Artur. A ty wiecznie w telefonie. I tak przy okazji: przeprowadzamy się. Jak chcesz, przywiozę ich na ferie.
Ale To przecież też moje dzieci!
Sama zrzekłaś się do nich wszelkich praw Artur roześmiał się wprost do słuchawki. Matka, akurat
Weronice pozostało tylko gryźć się w łokieć. Ani mężusia (i jego pieniędzy) nie odzyskała, nowy adorator odpadł po pierwszym tygodniu, a dzieci są tak daleko, iż i specjalnie tęsknić nie będzie odkryła bowiem, iż cały wolny czas dla siebie to życiowy luksus.
I gdzie tu sprawiedliwość? Cierpieć dziesięć lat i odpaść z gry na pół roku przed wygraną
NiesprawiedliweAle kiedy pewnego wieczoru zasnęła wcześniej niż zwykle, obudziła ją pustka. Cisza, której kiedyś tak pragnęła, nagle przygniotła ją jak głaz. Miała wszystko, czego chciała: spokój, czas i choćby własne konto na Instagramie pełne zdjęć z lunchów na mieście, ale śmiech synów, ich wieczne przepychanki i chaos umykały jej coraz bardziej każdego dnia.
Zadzwoniła raz, drugi, trzeci ale chłopcy odbierali krótko, w pośpiechu, bo zaraz mieli nocne podchody albo kino domowe z Lubą. Wysłali jej selfie z zaspy: wszyscy trzej śmiali się do ekranu, jakby nikt nigdy nie płakał. Weronika gładziła ich zdjęcie palcami, tę samą dłonią, która tyle razy zatrzaskiwała za nimi drzwi.
Pomyślała o tym, co powiedział jej kiedyś Artur iż trzeba się zajmować dziećmi. I nagle dotarło do niej, jak bardzo zgubiła się w wyścigu do szczęścia, myląc kierunki. Przewróciła na bok porcelanową filiżankę, której dno lśniło pusto. Westchnęła cicho i sięgnęła po telefon, tylko na chwilę zatrzymując palec nad numerem chłopców.
Ale zamiast kolejnego telefonu, napisała wiadomość: Tęsknię. Jakbyście chcieli, zawsze możecie wracać. I kocham Was.
Długo nie było odpowiedzi. Za oknem Warszawa zdążyła pogrążyć się w śniegu, a na parapecie warstwa bieli zniekształcała światło poranka. Weronika już prawie odłożyła telefon, kiedy usłyszała dźwięk wiadomości.
Mamo, dziś dobijamy do rekordu w budowaniu igloo. Luba obiecała, iż jak wrócimy, zrobimy razem z Tobą pierogi. Może wpadniesz? Tata mówi, iż zawsze jesteś mile widziana.
Uśmiechnęła się przez łzy, czując, iż być może życie nie przychodzi w gotowych scenariuszach. Czasem trzeba zaryzykować, żeby przekonać się, iż naprawdę nie wszystko stracone i iż szczęście można budować od nowa, choćby jeżeli wcześniej samo się je zburzyło.








