Nie takie znowu fatality

filmweb.pl 6 dni temu
Zdjęcie: plakat


Pierwszy "Mortal Kombat" był srogim rozczarowaniem, zarówno dla fanów gry, jak i kina kopanego. Reżyser Simon McQuoid zapowiadał hołd dla – nie bójmy się tego słowa – kultowej gry, a wykonał na materiale źródłowym fatality. Nie była to choćby masakra z tych "jest tak źle, iż aż dobrze" – gorzej. Było zwyczajnie nudno i banalnie. A czego by o serii "Mortal Kombat" nie mówić, te dwa przymiotniki nijak do niej nie przystają.

Słynąca z brutalności seria w popkulturze obecna jest już od lat 90., a na pierwszą adaptację filmową czekać musiała raptem kilka lat, bo w 1995 r. swoją ekranizację pokazał Paul W.S. Anderson – późniejszy mąż Milli Jovovich i reżyser serii "Resident Evil".

Tamten film miał w sobie pulpowy rozmach i fantazję, był kiczowaty i naiwny, ale taka konwencja idealnie sklejała się z materiałem źródłowym. Stworzony ćwierć wieku później film McQuoida był tych elementów niemal całkiem pozbawiony. Twórcy bezskutecznie próbowali zaangażować widza ckliwą historią podupadłego zawodnika MMA Cole’a Younga (Lewis Tan) i jego rodziny.

Young nie był choćby postacią wziętą z gry, a bohaterem napisanym specjalnie do filmu. I choćby mimo to twórcom nie udało się wykreować choćby umiarkowanie interesującego bohatera. Lepiej było na drugim planie, gdzie świeżości dodawał zwłaszcza Josh Lawson jako Kano. Ale poza nim i zgrabnie wykreowanym wstępem o początkach konfliktu Sub-Zero (Joe Taslim) i Scorpiona (Hiroyuki Sanada), już po tygodniu nie pamiętałem z filmu McQuoida niczego.

Ze sporą rezerwą podchodziłem więc do kontynuacji. I być może dlatego bawiłem się na niej naprawdę nieźle – co raz zaskakiwany tym, jak gruntownie McQuoid odrobił pracę domową.

Joe Taslim
  • Warner Bros. Entertainment Inc.


"Mortal Kombat II" zaczyna się historią Kitany (Adeline Rudolph), księżniczki Edenii, która właśnie w pojedynku na śmierć i życie podporządkować ma sobie przez władca zaświatów Shao Kahn (Martyn Ford). Chwilę później jesteśmy już w teraźniejszości, gdzie zapomniany bohater kina akcji lat 90., Johnny Cage, bezskutecznie stara się dorobić sprzedając autografy bywalcom fanowskich konwentów.

Cage’a w barze poznaje fan, który opowiada mu, iż na jego filmach się wychował i świetnie byłoby zobaczyć jakiś ich reboot. Cage, wspaniale zgorzkniałym głosem Karla Urbana, odpowiada mu, iż teraz widownia chce czegoś bardziej realistycznego i szorstkiego, jak Keanu Reeves zabijający setkę zbirów ołówkiem. Jego filmy były przerysowane i kiczowate, a ta estetyka przestała kręcić ludzi w latach 90 i dziś nikogo już nie zainteresuje.

Ten krótki dialog na meta poziomie świetnie oddaje to, czym starało się być poprzednie "Mortal Kombat" i czym jest "Mortal Kombat II". I dlaczego jest filmem o klasę lepszym od poprzedniej odsłony.

McQuoid tym razem stawia bowiem nie na powagę i emocje, a luz i humor. Tego w bród dostarczają powracający Josh Lawson jako Kano i przede wszystkim Karl Urban jako Johnny Cage. To on w zasadzie przejmuje po Cole’u Youngu funkcję głównego bohatera, którego nieco cynicznymi oczami publiczność odkrywać ma nowe światy i tytułowy turniej, od którego przebiegu zależeć mają losy Ziemi.

Young owszem, wraca, ale słusznie zepchnięty zostaje na trzeci plan. Znacznie więcej czasu dostają choćby niewykorzystany poprzednio Liu Kang (Ludi Lin) i partnerująca Kitanie Jade (Tati Gabrielle). I o ile to Cage i Kitana są głównymi bohaterami, to w zasadzie cała reszta stawki traktowana jest przez twórców na równi. Każdy ma swoje pięć minut, ale do nikogo nie jesteśmy się w stanie szczególnie przywiązać. Co w tym wypadku wypada na korzyść, bo nie sugeruje to wyniku poszczególnych pojedynków, a to na nich osadza się cała struktura filmu.

W końcu o ile jedynka była wprowadzeniem do tego świata, teraz na dobre zaczyna się sam turniej. Fabuła owszem, jest, ale – podobnie jak w grach – jest raczej pretekstowa. Nic dziwnego, tym rasem za scenariusz odpowiadali Jeremy Slater, raczej rzemieślnik niż wizjoner i Ed Boon – współtwórca serii gier i szef tworzącego je studia NetherRealm. Mamy zatem walkę dobra ze złem, stawiany na szali los Ziemi, zemstę, odkupienie, odzyskanie wiary w siebie itd. Funkcjonalny i niczym niewyróżniający się standard. Wszyscy wiedzą przecież, iż tu, jak i w grze, liczą się przede wszystkim pojedynki.

Jessica McNamee, Karl Urban
  • Warner Bros. Entertainment Inc.


Walczące pary dobierane są dość przypadkowo, a wynik części starć potrafi zaskoczyć. Jest brutalnie, momentami choćby bardzo, czyli tak, jak w "MK" być powinno. Fani gier dostrzegą bez trudu odniesienia do ulubionych ciosów i powiedzonek bohaterów, są też oczywiście popisowe fatality żywcem wzięte z gier. Znalazło się też więcej miejsca na meta humor – kto z pierwszej części pamięta scenę, w której Liu Kang pokonał Kano samymi podcięciami, tu podobnych gagów znajdzie więcej.

Same choreografie scen walki pozostawiają sporo do życzenia, zwłaszcza dla fanów gatunku. Próżno szukać tu sekwencji na poziomie tych z "The Raid" Garetha Evansa, czy klasycznych produkcji z Hongkongu. To nie ten kaliber i w gruncie rzeczy nie ten gatunek. Nowe "MK" bliżej jest przygodowego fantasy niż kina sztuk walki. Źle jednak nie jest, zwłaszcza w pojedynkach postaci granych przez aktorów w bijatyce obeznanych. Karl Urban się do nich przykładowo nie zalicza, widać więc kiedy na ekranie zastępuje go kaskader, co chwilami może rozpraszać.

"Mortal Kombat II" nie wpadnie raczej do grona najbardziej udanych adaptacji gier, nie zacznie też nowej drogi dla kina kopanego. Ale jako dość zabawna i w miarę widowiskowa rozrywka, o klasę lepsza od części pierwszej i wróżąca powrót scen akcji rodem z lat 90. – tworzonych z większym rozmachem i mniejszym przywiązaniem do realizmu. W tym kierunku, choćby bardziej niż nowe "MK", zdaje się iść zapowiadany na październik br. "Street Fighter", coś więc jest na rzeczy. Pytanie czy widzowie są na to gotowi.
Idź do oryginalnego materiału