"Nie szczędź czasu, by być szczęśliwym". Wspominamy Stanisławę Celińską

rdc.pl 2 godzin temu

Zmarła Stanisława Celińska, jedna z najbardziej cenionych, charakterystycznych i lubianych polskich aktorek. Aktorka niedawno ukończyła 79 lat. – Nie szczędź czasu, aby być szczęśliwym – mówiła w Polskim Radiu RDC, wspominając słowa swojej swojej profesor ze szkoły teatralnej. Te słowa, jak podkreślała, prowadziły ją przez życie.

- Nie szczędź czasu, aby być szczęśliwym. jeżeli człowiek sobie sam nie podaruje tego szczęścia, to nie ma co czekać na nie. Dobrze jest dla siebie coś zrobić. Zapamiętałam taką sentencję, którą mi przekazała Stanisława Perzanowska, która mnie uczyła w szkole teatralnej. To wypowiedzenie Michała Anioła: każdego dnia jedna kreska. Żeby postawić na mapie swojego twórczego życia jedną kreskę - coś przeczytać, czegoś się dowiedzieć, coś stworzyć - wspominała.

Dzieciństwo w stolicy

Artystka wspominając swoje dzieciństwo mówiła, iż wychowała się w powojennej stolicy.

- Warszawa, którą zastałam kiedy się urodziłam, to była ta Warszawa powojenna. Pełna gruzu, szarości i smutku, a jednocześnie optymizmu odbudowującej się stolicy. Ponieważ było szaro i ciemno, kiedy babcia mnie zaprowadziła do kościoła i zobaczyłam kolorową mszę, moim marzeniem było poruszać się w innym świecie. W świecie kolorowym, takim odświętnym. Być może to był początek teatru w moim życiu. Żeby właśnie w czymś takim uczestniczyć, w czymś co jest uporządkowane, logiczne, gdzie nie ma przypadków. Wchodzi się na scenę i wszystko się pięknie układa - mówiła artystka.

Jak dodała, duże wrażenie na niej jako małej dziewczynce wywarł kolorowy ornat księdza i uroczysty charakter mszy.

- Ponieważ ja byłam dzieckiem bardzo niegrzecznym, wręcz okropnym, więc wszyscy w rodzinie mówili do mojej babci, która mnie prowadziła do tego kościoła, iż ja rozsadzę ten kościół. Żeby jednak tego nie robić. Pamiętam, iż wdrapałam się po schodkach, które prowadziły na ambonę. Ksiądz tam przemawiał i po prostu mnie zatkało. Myślę, iż raczej to była fascynacja tymi kolorami, tym czymś niezwykłym, bo wtedy było szare podwórko. Pamiętam, iż bawiłam się głównie z czarnym kotem. To była Praga, ul. Stalowa czyli dodatkowo jeszcze taka trudna dzielnica. No, ale tak zwana prawdziwa Warszawa - mówiła.

Wśród dźwięków

Celińska wspominała, iż od dzieciństwa, które spędziła na warszawskiej Pradze, w jej życiu gościła muzyka. To za sprawą ojca pianisty.

- Myślę, iż był bardzo dobry. Ja do tej pory mam gdzieś w sobie tę muzykę i strasznie jestem uczulona jak ktoś źle gra na fortepianie. Ciągle mam w uszach ten dźwięk. Ojciec był dyrektorem szkoły muzycznej w Łowiczu. Skonstruował jakąś taką dziwną maszynę, którą przyczepiał do fortepianu i kiedy uderzał w klawisze, to ona zapisywała to - wspominała.



Stanisława Celińska mówiła, iż w młodości była zbuntowanym dzieckiem.

- Dostałam lalkę od babci i od razu złapałam tę lalkę za nogi, i głową tej lalki uderzałam w ścianę. Wtedy nikt nie miał czasu, żeby się zajmować małą Stasią. To były czasy trudne - mama grała na ulicy na skrzypcach, bo też była muzykiem. Było biednie, nie było czasu zajmować się takim dzieckiem. Troszkę za wcześnie może się urodziłam, w związku z tym czułam się niepotrzebna. Chciałam zwrócić na siebie uwagę, więc kiedy przyjechała ta dobra babcia do mnie i dała mi tę lalkę to pomyślałam - o, jeszcze jedna, która chce mi tutaj głowę zawracać - dodała.

Aktorstwo jakby na drugim miejscu

Artystka wróciła na warszawską Pragę jako dorosła.

- To było niesamowite, bo ja chciałam znaleźć numer mieszkania, cokolwiek, jakikolwiek ślad. Ale tam nie ma żadnych śladów, bo teraz nie ma numeru w mieszkaniu, ale wzruszenie oczywiście ogromne. No i te mury, i to wszystko, iż zostało, iż nie zostało zburzone. Mieszkałam przy ulicy Waszyngtona, po drugiej stronie Wisły. Byłam tym wzruszona i ciągle wędrowałam na tamten brzeg Wisły - to było też niesamowite. Tam zupełnie inni ludzie mieszkają. Pamiętam, jak jakaś pani w windzie mówi do mnie: no to teraz mamy panią u siebie - mówiła artystka.



Celińska wspominała, iż mama nie chciała posłać jej do szkoły muzycznej.

- Bała się, iż wybieram sobie trudny zawód. No to sobie wybrałam łatwy (śmiech). Ale ja się sama nauczyłam grać. Widocznie gdzieś z głębokiego dzieciństwa te biało-czarne klawisze tak mnie wciągały. Dostała pianino po ojcu, bo ojciec trochę się zajmował też handlem, żeby jakoś tam się utrzymać przy życiu. Ma piękne zupełnie brzmienie. Teraz jest u mojej córki, trzeba je nastroić. Ja sama się po prostu uczyłam grać sama się uczyłam i mama tylko krzyczała z drugiego pomieszczenia: tam jest bemol tam jest krzyżyk. Teraz się tym głównie zajmuję, aktorstwo jest jakby na drugim planie - mówiła Celińska.

O relacjach z babcią i publicznością

Pytana o relację z babcią, Celińska podkreślała, iż zawsze mogła liczyć na jej wsparcie.

- Można powiedzieć, iż każdy z nas w życiu potrzebuje rozmówcy, kogoś kto wysłucha go. Babcia bardzo we mnie wierzyła. Mówiła: Stasieńka, ty dasz sobie radę. Ona nauczyła mnie takiej wewnętrznej siły, iż ja będąc adekwatne sama w tym wszystkim, wspinałam się do góry po tych swoich szczebelkach - mówiła.

Jak dodała, babcia zawsze powtarzała jej, by nie odkrywać siebie do końca.

W teatrze nie lubi dosłowności.

Kiedy pojawia się taka czysta biologia na scenie, to co co dalej? Śmierć prawdziwa na scenie, prawdziwy seks na scenie, a dalej za tym idzie co, zabijanie chrześcijan? Natomiast o ile jest duchowość, jest wyobraźnia, metafizyka to taki teatr się nigdy nie skończy. Mój koncert trwa około dwóch godzin, spotkanie bardzo często półtorej godziny. Ja jestem trzy godziny z ludźmi i oni przychodzą do mnie, i rozmawiają ze mną, i czuję jaki jest ten odbiór. Ja wiem czego oni chcą. Pocieszenia, uspokojenia, czasami prostych prawd, które w piosence są niezwykłe. Przez piosenkę można kogoś zmienić i ukształtować. Czasami pięć godzin spektaklu nie da tyle. W dzisiejszym świecie, gdzie zagrożenie jest tuż za rogiem potrzebujemy pocieszenia, miłości i nadziei. Coraz bardziej i coraz bardziej tego wymaga się od artystów - dodała.

Celińska urodziła się 29 kwietnia 1947 r. w Warszawie. W 1969 r. ukończyła studia na wydziale aktorskim warszawskiej PWST, gdzie kształciła się pod opieką Ryszardy Hanin. Jeszcze przed dyplomem zadebiutowała jako Aniela w sztuce Aleksandra Fredry "Wielki człowiek do małych interesów" w reżyserii Jerzego Kreczmara w warszawskim Teatrze Współczesnym (premiera 21 grudnia 1968), do którego niedługo została zaangażowana przez Erwina Axera. Niemal równocześnie zaczęła pracę jako aktorka filmowa i estradowa.

Jako aktorka filmowa debiutowała w filmie Andrzeja Wajdy "Krajobraz po bitwie" w 1970 r. Wystąpiła m.in. w filmach: "Nie ma róży bez ognia" Stanisława Barei (1974) - jako Lusia, jako żona Jerzego Dąbczaka, "Noce i dnie" Jerzego Antczaka (1975) - jako Agnieszka Niechcic, córka Barbary i Bogumiła, "Panny z Wilka" Wajdy (1979) - jako Zosia, "Cwał" Krzysztofa Zanussiego" (1995).

Ma w dorobku liczne role serialowe. Wystąpiła w popularnych serialach Barei: "Alternatywy 4" (1986) - jako romantyczna nauczycielka Bożena, i "Zmiennicy" (1987) - jako przedsiębiorcza redaktorka Lusia, poszukująca autora powieści "Krzyk ciszy". Zagrała też w "Jance", "Awanturze o Basię", "Złotopolskich", "Samym życiu", "Bulionerach" i - ostatnio - w "Mamuśkach".

Podcastu z rozmowy ze Stanisławą Celińską można posłuchać także tutaj.

Idź do oryginalnego materiału