Nie mam wpływu na to, jak się zapiszę w świadomości widza

tygodnikprogram.com 1 godzina temu

Joanna Trzepiecińska – polska aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna, która już 11 kwietnia pojawi się na deskach teatru i zagra w sztuce Rodzinne rewolucje.

Ukończyła państwową szkołę muzyczną w klasie fortepianu i średnią szkołę muzyczną w klasie fletu. W 1988 roku otrzymała dyplom Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Popularność przyniosły jej role Anny w filmie „Sztuka kochania” w reżyserii Jacka Bromskiego oraz „Alutki” w serialu „Rodzina zastępcza”. Występuje z własnymi recitalami, a także śpiewa w jazzowym projekcie Janusza Szroma „Straszni panowie trzej”. Z artystką rozmawiamy przy okazji wizyty w Stanach Zjednoczonych ze spektaklem „Rodzinne rewolucje”.

Pochodzi Pani z inteligenckiej rodziny z Tomaszowa Mazowieckiego. Czy zdając egzaminy do szkoły teatralnej w Warszawie miała Pani kompleks dziewczyny z małego miasteczka?

JT: Nie, kompletnie nie miałam takiego kompleksu. Jak jest się młodym człowiekiem, skupionym na swoich pasjach, to nie ma się czasu zastanawiać, czy dzieje się to w małym czy dużym miasteczku (śmiech). Miałam bardzo intensywny i szczęśliwy czas dorastania – szkoła muzyczna, harcerstwo, żeglarstwo, konkursy recytatorskie. To wszystko zbudowało we mnie pewność i przygotowanie, które zaprocentowały podczas egzaminu na studia.

Jak to się stało, iż postanowiła Pani zdawać egzaminy wstępne do szkoły teatralnej? Czy był ktoś, kto Panią namawiał do podjęcia właśnie takiej decyzji?

JT: Na jednym z konkursów recytatorskich zobaczył mnie Jan Englert i po występie porozmawiał z moimi rodzicami, sugerując, iż powinnam spróbować swoich sił w szkole teatralnej. Poszłam na egzaminy adekwatnie bez wielkiej presji, z poczuciem, iż to kolejny etap podobny do tych, które już wcześniej przechodziłam. Dostałam się za pierwszym razem. Miałam szczęście, bo moi rodzice wspierali wszystkie zainteresowania zarówno moje, jak i mojej siostry. Miałam od nich pełną akceptację w zakresie podejmowanych decyzji, więc nie czułam presji – wiedziałam, iż mogę wybrać własną drogę.

Czy już jako młoda dziewczyna zdawała Pani sobie sprawę ze swoich atutów? Często słyszała Pani, iż jest zjawiskowo piękna, utalentowana muzycznie i aktorsko?

JT: Zupełnie nie analizowałam siebie w takich kategoriach. W moim rodzinnym domu nie przywiązywało się do tego szczególnej wagi – ważniejsze było to, czy jesteśmy pracowici, czy się rozwijamy, czy traktujemy poważnie to, co robimy. Byłam zajęta nauką, muzyką, różnymi aktywnościami, więc nie miałam potrzeby skupiania się na sobie w ten sposób. I adekwatnie do dziś zostało mi takie podejście – w pracy najważniejsze jest dla mnie to, co opowiadamy jako artyści i co przekazujemy widzowi, a mój wizerunek jest wtedy istotny, kiedy służy wcieleniu się w jakąś rolę.

Jak wspomina Pani swoje początki w teatrze?

JT: Po ukończeniu szkoły dostałam propozycję angażu w Teatrze Studio i tam stawiałam swoje pierwsze kroki. Był to dla mnie bardzo istotny czas. Pracowałam z ówczesnym dyrektorem – legendą polskiego teatru – Jerzym Grzegorzewskim i miałam szczęście grać duże, klasyczne role, które są marzeniem młodej aktorki – Ninę Zarieczną w “Czajce” Czechowa czy Celimenę w “Mizantropie” Moliera. To doświadczenie dało mi bardzo solidne fundamenty, nauczyło mnie odpowiedzialności za scenę i partnera.

Śpiewała Pani od dziecka, ale decyzja o występach muzycznych pojawiła się dopiero później – jak wyglądała ta droga?

JT: Śpiewać zaczęłam bardzo wcześnie, jeszcze jako kilkuletnia dziewczynka. W dorosłym życiu ważnym momentem było spotkanie z Wojciechem Młynarskim, który zaprosił mnie do współpracy i podarował piosenkę „Truskawki w Milanówku” – śpiewałam ją przez wiele lat. Na własny recital zdecydowałam się dopiero po czterdziestce, kiedy spotkałam muzyków jazzowych. Choć nie śpiewam jazzu wprost, to moje piosenki mają wyraźnie swingujący charakter – to rodzaj wrażliwości, który jest mi bardzo bliski.

Aleksander Bardini powiedział, iż piosenka to trzyminutowy spektakl teatralny. Zgadza się Pani z tym?

JT: Zdecydowanie – i to w stu procentach. Piosenka aktorska jest miniaturowym spektaklem, który wymaga precyzji, emocji i opowieści. Dziś może zmieniły się nazwiska i formy, ale wciąż jest wielu świetnie przygotowanych młodych artystów, którzy ten rodzaj scenicznej wypowiedzi rozwijają.

Czy mając tak duży dorobek artystyczny, nie irytuje Pani fakt, iż wciąż jest Pani kojarzona z rolą Alutki?

JT: Absolutnie mnie to nie irytuje. To była rola, która towarzyszyła widzom przez wiele lat, więc naturalne jest, iż zapisała się w ich pamięci. Ja również bardzo ją lubiłam i mam do niej duży sentyment. My, aktorzy, nie mamy wpływu na to, które role zostaną z widzami najdłużej – to już jest ich decyzja i ich emocje. Skojarzenie z Alutką cieszy mnie, bo była to rola charakterystyczna i kiedy mnie obsadzano, nikt nie miał jeszcze pojęcia, czy nadaję się do ról komediowych. Zresztą takie myślenie, iż aktor „nadaje się” tylko do jednego typu ról, jest bardzo ograniczające. Dla mnie najciekawsze są właśnie te wyzwania, które idą wbrew oczekiwaniom. Alutka pozwoliła mi pokazać zupełnie inne oblicze i przyniosła mi ogromną sympatię widzów, która trwa do dziś.

Przylatujecie do nas ze sztuką „Rodzinne rewolucje”. Co to za spektakl?

JT: To bardzo uniwersalna komedia o relacjach rodzinnych, pieniądzach i tajemnicach, które potrafią nagle wywrócić życie bohaterów do góry nogami. Opowiada o sytuacjach, które wielu z nas zna z własnego doświadczenia – o napięciach, niedopowiedzeniach, ale też o potrzebie bliskości i znalezienia jakiegoś porozumienia w trudnych sprawach. To spektakl, który bardzo dobrze rezonuje z publicznością, bo dotyka spraw naprawdę nam bliskich. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, bo w tajemnicy tkwi siła tego przedstawienia, ale mogę powiedzieć, iż widzowie reagują bardzo żywo, bo ta historia jest im po prostu bliska.

Czy tekst francuskiego rodzeństwa ma charakter uniwersalny, czy jest mocno osadzony w realiach Francji?

JT: Myślę, iż jego siła polega właśnie na uniwersalności. Choć sztuka powstała we Francji, widzowie w różnych krajach reagują bardzo podobnie – śmieją się w tych samych momentach, bo rozpoznają w niej własne doświadczenia rodzinne. Bardzo często po spektaklu słyszymy, iż widzowie zadają sobie i swoim bliskim pytanie – jak zareagowaliby na miejscu bohaterów. To bardzo żywe i zabawne dyskusje, które bardzo nas cieszą, bo chociaż spektakl jest komedią, zostawiamy widza z pytaniami i przemyśleniami. To ważne.

Co w tym tekście jest dla Pani najciekawsze jako aktorki?

JT: To jest tekst, który świetnie „słyszy się” na scenie – ma tempo, rytm i bardzo dobrze prowadzone relacje między bohaterami. Dla aktora to ogromna przyjemność, bo dialogi są konkretne, pełne energii i dają duże możliwości budowania postaci, ale jednocześnie wymagają dużej precyzji. Dla mnie dodatkowo interesujące jest to, iż lata temu miałam okazję poznać osobiście Emmanuela Patron jako aktora, który dziś – razem z siostrą – tworzy teksty teatralne, a ja gram w ich sztuce przetłumaczonej na język polski. Myślę, iż jego doświadczenie sceniczne jest w tym tekście bardzo wyczuwalne. Dzięki temu „Rodzinne rewolucje” są nie tylko dobrze napisane, ale też świetnie działają w kontakcie z widzem – są lekkie, zabawne, a jednocześnie bardzo prawdziwe.

Czy będzie to Pani pierwszy występ dla Polonii?

JT: Miałam już okazję spotykać się z Polonią – w latach 90-tych przylatywałam do Stanów z Wojciechem Młynarskim, a później brałam udział w objeździe po Kanadzie i USA ze spektaklem „Zemsta” Aleksandra Fredry w reżyserii Gustawa Holoubka. Tym bardziej cieszę się, iż po latach mogę tu wrócić. Spotkania z publicznością na żywo mają dla mnie wyjątkową wartość. Nasz spektakl “Rodzinne rewolucje” ma w Polsce charakter objazdowy, odwiedziliśmy dziesiątki mniejszych i większych miast, znamy już reakcje publiczności, więc teraz jesteśmy ciekawi jak nasz spektakl odbiorą widzowie w Chicago i New Jersey. Mam nadzieję, iż równie entuzjastycznie (śmiech).

A co Pani sądzi o Nowym Jorku. Czy to miasto Panią zachwyca, czy przeraża?

JT: W Nowym Jorku byłam kilka razy. Pamiętam, iż kiedy przyleciałam po raz pierwszy, na zaproszenie Michała Urbaniaka, chodziłam po ulicach i nieustannie patrzyłam w górę – nigdy wcześniej nie widziałam tak wysokich budynków. Z każdą kolejną wizytą patrzyłam już coraz niżej i coraz wyraźniej dostrzegałam kontrasty tego miasta – ogromne bogactwo obok bardzo widocznej biedy. To miejsce fascynujące, ale też niejednoznaczne. Podczas tej wizyty cieszę się szczególnie na spotkanie z moją siostrą, która mieszka w Waszyngtonie – to dla mnie bardzo ważny, osobisty element tej podróży.

Bardzo dziękuję za ciekawą rozmowę i do zobaczenia w New Jersey.

JT: Również bardzo dziękuję.

Z Joanną Trzepiecińską rozmawiała Ella Wojczak, Polish Theatre Institute in the USA

Idź do oryginalnego materiału