Przez 30 lat kariery Patrycja Piekutowska występowała na największych scenach świata, współpracowała z wybitnymi artystami i stworzyła projekty, które łączyły muzykę z biznesem. Dziś mówi wprost: światowej klasy artysta musi być jednocześnie przedsiębiorcą, menedżerem własnej marki, strategiem i mistrzem relacji. W rozmowie opowiada o tym, czego biznes może nauczyć się od sceny i jak z największych życiowych kryzysów zbudować nową przewagę.
Za chwilę minie 30 lat, odkąd zaczęła pani koncertować jako solistka. Gdyby potraktować te trzy dekady jak biznesowy bilans – co jest po stronie aktywów?
Przede wszystkim ogromne doświadczenie, którego nie da się kupić ani zdobyć w kilka lat. Dopiero teraz zaczynam naprawdę rozumieć, jak długi jest to czas, a mam bardzo dobrą pamięć do szczegółów, dat, miejsc, koncertów, ludzi.
Kiedy patrzę wstecz, uświadamiam sobie, jak wielka była skala tego wszystkiego. Np. w 2003 roku zagrałam aż 56 koncertów. Odwiedziłam kolejny już raz Amerykę Południową, Stany Zjednoczone, Kuwejt, Belgię, Francję. Praktycznie cały czas byłam w samolocie i w hotelach. Wpadałam do domu, żeby wypakować walizkę, zrobić pranie i spakować ją z powrotem. Wtedy uważałam, iż to normalne życie, choć zawsze miałam czas dla moich przyjaciół. Dzisiaj widzę, jak ogromną pracę wtedy wykonywałam. Koncerty, próby, wielogodzinne ćwiczenie, różnorodność repertuaru, wykłady na uczelni, studenci, konkursy, w których byłam jurorem. To było życie na bardzo wysokich obrotach.
Źródło: materiały prasoweBrzmi jak praca prezesa firmy działającej na kilku kontynentach.
Tak! Tylko iż artysta często jest jednocześnie swoim prezesem, handlowcem, marketingowcem, pracownikiem operacyjnym… I jeszcze musi wieczorem wystąpić (śmiech).
Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak ogromne jest spektrum aktywności zawodowego muzyka. o ile ktoś jest w tej branży, pewne rzeczy automatycznie się ze sobą łączą. A przy tym cały czas jest się gdzieś indziej. Nie ma jednego biura.
Czyli artysta tak naprawdę od samego początku jest przedsiębiorcą, choćby jeżeli nie zawsze ma tego świadomość?
Dokładnie.
Talent jest oczywiście podstawą, ale talent bez umiejętności zarządzania własną karierą może nie wystarczyć. Światowej klasy artysta musi być menedżerem własnej marki, strategiem i człowiekiem, który potrafi budować relacje. Musi znać języki obce, savoir-vivre, dress code, zasady komunikacji. Musi lubić podróże, samoloty, hotele i przede wszystkim ludzi.
To brzmi jak kompetencje, których oczekuje się od najwyższej kadry zarządzającej.
Bo to jest bardzo podobny świat. Tyle iż artysta nie może schować się za zespołem. Proszę sobie wyobrazić prezesa korporacji, który pracuje w biurze i jest otoczony współpracownikami. Artysta w momencie występu zostaje sam. I to niezależnie od tego, co wydarzyło się wcześniej. Może mieć problemy prywatne, może mieć zły dzień, może być chory, może mieć za sobą bardzo trudne doświadczenie. Publiczność o tym nie wie. Publiczność kupiła bilet i chce dostać dokładnie to, po co przyszła.
To chyba ogromna lekcja odpowiedzialności.
Tak, oraz odporności. Bo o ile wydarzy się coś nieprzewidzianego, nie można się rozsypać. Pamiętam koncert, podczas którego wyleciał mi z ręki smyczek. Światła były bardzo mocne i gorące, od czego spociła mi się prawa ręka. Smyczek wypadł. Przyznam, iż dyrygent kompletnie zgłupiał. Ponieważ był moim znajomym, przekazałam mu bez słów, żeby nie przerywał. Schyliłam się, podniosłam smyczek, a następnie wyrzuciłam go do góry, złapałam w prawidłowym miejscu i weszłam kilka taktów dalej. Ludzie oszaleli.
Nie mogli bić braw, bo utwór przez cały czas trwał, ale widziałam ich reakcję: “O, rany, ale sobie poradziła!”
Ludzie lubią widzieć, iż ktoś potrafi wyjść z sytuacji, która wygląda jak katastrofa.
Nie chodzi o to, żeby nigdy nie upaść. Chodzi o to, żeby nie pozwolić, aby upadek zdefiniował całą historię. I właśnie takie sytuacje są metaforą życia. Kiedy wszystko się wali, szukam szczeliny, przez którą mogę przejść na drugą stronę, a tam zawsze jest piękna plaża z palmami. Przyznam, iż mam w sobie taki gen przetrwania. Trudno mnie zniszczyć.
Czyli najważniejsza jest zimna głowa?
Zawsze. Tego przez lata uczyłam moich studentów. o ile ktoś wychodzi na scenę – niezależnie od tego, w jakim charakterze i roli – i wydarzy się coś niepomyślnego, nie może pozwolić, żeby jeden błąd pociągnął za sobą następne. To jest jak stanie na balkonie, który właśnie się urywa. Złapałaś się ręką, ale musisz się odwrócić i dalej rozmawiać z ludźmi. Nie możesz spaść, bo to niczego nie rozwiąże.
Myśli pani, iż można się tego nauczyć?
Zdecydowanie tak. Podobnie jak można nauczyć się wygrywać z tremą. Ja sama tremy generalnie w ogóle nie odczuwam. Ja zawsze nie mogę się doczekać wyjścia na scenę! Przyznam jednak, iż mam za to taką cechę, która doprowadza organizatorów do zawału: przychodzę w ostatniej sekundzie. Naprawdę w ostatniej (śmiech). Jednocześnie wiem, iż wiele osób przed swoimi wystąpieniami odczuwa paraliżujący strach.
To jest jedna z rzeczy, które najbardziej fascynują mnie również w kontekście biznesu. Mój profesor zawsze powtarzał: „Trema jest wynikiem nieczystego sumienia”. I coś w tym jest. o ile człowiek wychodzi na scenę i się boi, często oznacza to, iż czegoś do końca nie umie albo nie rozumie.
Dlatego tak bardzo lubiłam uczyć. Największą satysfakcję dawało mi, kiedy student wychodził na scenę i wiedział w stu procentach, co robi. Nie bał się, wiedział, co gra i jak gra.
Tego można nauczyć każdego. Niezależnie od tego, czy jest muzykiem, czy przedsiębiorcą.
To jest ogromna technika pracy ze swoją psychiką, umiejętność panowania nad swoimi emocjami. Przyznam pani, iż to moja wielka pasja. Jestem tak bardzo pewna tego, jak można to wytłumaczyć, iż mogłabym dosłownie każdego nauczyć wychodzić na scenę w dowolnej dziedzinie bez żadnej tremy. Po prostu wiem, jak to zrobić. A poza tym: gdy widzę człowieka, który występuje, to od razu wiem, co jest źle. I powtórzę: tu nie chodzi o grę na skrzypcach, ale o każde wystąpienie, które oglądam.
Ilu przedsiębiorców mogłoby się tego od pani nauczyć!
O, zdecydowanie! Z przyjemnością podzielę się z nimi swoją wiedzą.
Czyli kapitał mentalny można budować tak samo jak kompetencje?
Tak, a wręcz – moim zdaniem – powinno się to robić od początku. Kapitał mentalny jest równie istotny jak talent. Budujemy wiedzę, umiejętność reagowania na zmianę, odporność, zdolność dostosowywania się do sytuacji. Nigdy nie wiemy, jaki scenariusz napisze nam życie. Ja przez wiele lat byłam przekonana, iż skoro cały czas gram, podróżuję i odnoszę sukcesy, to tak będzie zawsze. Życie zweryfikowało to bardzo boleśnie. Mój syn przeszedł cztery operacje na otwartym sercu, co całkowicie zmieniło moje życie. Zatrzymałam się. Przestałam tak dużo podróżować służbowo. I nagle okazało się, iż na moje miejsce jest już tłum innych. To była bardzo brutalna lekcja, ale też mój wybór. Czas poświęcony synom jest bezcenny.
W biznesie również nikt nie czeka na nas wiecznie…
Dokładnie. W mojej branży solista zawsze jest tylko wykonawcą, a niekoniecznie twórcą. To ogromna różnica. Proszę sobie wyobrazić: o ile Sting przez dziesięć lat niczego nie nagra, przez cały czas będzie Stingiem. Ale jeżeli ja nie zagram koncertu Sibeliusa, ktoś inny może go zagrać. Dlatego musiałam nauczyć się tworzyć własne projekty wymyślone całkowicie przeze mnie.
Źródło: materiały prasoweStąd pani autorskie projekty związane ze światowymi metropoliami?
Właśnie. Pierwszą nieklasyczną płytę, której byłam producentem, wydałam w 2013 roku, drugą w 2024. To zupełnie inne produkty, skierowane do innych ludzi. Tam muzyka łączy się z wizualizacjami i podróżowaniem po największych miastach świata. To są moje miasta i moja opowieść. To już nie jest tylko wykonanie cudzego dzieła. To moja marka, a koncerty są skierowane do świata biznesu.
Czyli: kiedy rynek się zmienił, stworzyła pani nowy rynek dla siebie?
Tak, i to jest jedna z najważniejszych postaw, jakich nauczyło mnie życie: o ile nie możesz funkcjonować w dotychczasowym modelu, musisz stworzyć nowy. Nie można wciąż czekać, aż ktoś cię zaprosi. Trzeba wymyślać rzeczy, których jeszcze nie ma.
Przez lata robiła pani również coś, co dla wielu firm przez cały czas jest trudne: łączyła sztukę z biznesem.
Współpraca z biznesem jest bardzo istotną częścią mojego życia od ponad 25 lat. Moje projekty artystyczne były często finansowane przez biznes. Potrafiłam przekonać firmy, które nigdy wcześniej nie miały nic wspólnego ze sztuką, żeby pojawiły się przy koncertach czy projektach muzycznych. I zawsze bardzo mocno stawiałam na relacje. o ile tworzę projekt, muszę umieć komuś o nim opowiedzieć. Muszę powiedzieć: dlaczego to robimy, po co i z jakiego powodu jest to ważne. Nie jestem człowiekiem od wypełniania druczków (śmiech). Nigdy nie wystąpiłam o żaden grant. Wypełniając formularze nie da się przekazać emocji. A to podstawa mojej komunikacji.
Co pani zdaniem tracą firmy, patrząc na marketing wyłącznie przez arkusze Excela?
Właśnie emocje i prawdę. Firmy, które współpracowały ze mną przy projektach artystycznych, często zyskiwały wizerunkowo znacznie więcej, niż wynikałoby to z prostego przeliczenia na tabelkę. Wizerunek to nie tylko wzrost danego słupka w Excelu. To też możliwość zaproszenia na taki koncert czy premierę płyty klientów, kontrahentów czy partnerów biznesowych. I to robi ogromne wrażenie, zwłaszcza gdy dana firma nigdy nie miała wspólnego z kulturą. Każdy to zapamięta. Wizerunek też polega na wyróżnieniu się. I tu wracamy do emocji! Ja np. zapraszałam do projektów artystycznych firmy budowlane, producentów żywności czy oświetlenia. Kto by pomyślał, iż takie marki mogą być naturalnym partnerem projektu muzycznego? A jednak. Decyzja ta wynikała z rozmowy „na żywo” z zarządem, szefostwem lub właścicielami.
A zatem: sztuka może być narzędziem strategicznym?
Oczywiście. I to nie tylko narzędziem, a przestrzenią budowania emocji. I właśnie tego biznes powinien się od sztuki nauczyć. Jestem przekonana, iż wiele firm nie wykorzystuje ogromnego potencjału, jaki ta sztuka daje. Biznes często chce mieć natychmiastowy zwrot i dokładnie policzyć efekt. Tymczasem warto najpierw zbudować emocję. Ja potrafię w firmach budować potrzebę, o której one jeszcze choćby nie wiedzą. Mam taką cechę: nie ma, iż się nie da.
Czego jeszcze biznes mógłby nauczyć się od artystów?
Bardzo wielu rzeczy. Wyobraźmy sobie próbę. Solista, dyrygent i orkiestra spotykają się i mają ograniczony czas, żeby przygotować produkt, który następnego dnia zostanie dostarczony klientowi. I nagle okazuje się, iż oni się ze sobą nie dogadują. Muzycznie, interpretacyjnie, emocjonalnie. No po prostu „nie żre”. I wie pani, kogo to obchodzi? Nikogo.
Nie można zrobić kolejnego spotkania za tydzień, ani powiedzieć: „Wrócimy do tego, kiedy emocje opadną”, bo następnego dnia jest już koncert. Trzeba się dogadać, bo wszyscy muszą wyjść na scenę i stworzyć coś pięknego.
To jest kapitalna lekcja dla biznesu: lekcja zarządzania kryzysem, odpowiedzialnością i presją czasu.
Czy miała pani sytuacje, kiedy kooperacja z drugim człowiekiem była tak trudna, iż mogła zagrozić projektowi?
Oczywiście. Miałam kiedyś próbę, która niemal została zerwana, ponieważ nie mogłam porozumieć się z dyrygentem. To było bardzo nieprzyjemne.
Ale następnego dnia trzeba było wyjść na scenę. I wtedy pozostaje jedna rzecz: skupić się na sobie, a nie na konflikcie. I nie na tym, kto miał rację, tylko na tym, żeby publiczność zapamiętała jak najpiękniej to, co chcę jej przekazać. To jest również bardzo biznesowa umiejętność. Na scenie nie interesuje nikogo, iż solista i dyrygent nie czują wzajemnej mięty. Ma być dobrze. Tak samo jest w firmie. Klient nie powinien ponosić kosztu naszych wewnętrznych problemów.
Wiem, iż był taki moment, w którym doświadczyła pani hejtu…
O, tak. Przeżyłam hejt w czasie, kiedy adekwatnie nikt jeszcze nie znał tego słowa w dzisiejszym znaczeniu.
To też jest element kapitału mentalnego, prawda?
Absolutnie. Kapitał mentalny to również świadomość własnej wartości. Nie możemy uzależniać całego jej poczucia od tego, co ktoś o nas powie. Każda rzecz nas buduje – zarówno sukces, jak i porażka. Pytanie brzmi: co z tym zrobimy? Mnie też wiele rzeczy się nie udało, także w życiu prywatnym. Nie byłam tak szczęśliwa, jak chciałabym być. Ale przez cały czas wierzę, iż najpiękniejsze wciąż przede mną. Najważniejsi są dla mnie synowie. I o ile uwielbiają nasze wyjazdy we trójkę, a ja zawsze się staram, aby były superciekawe, to dla mnie jest to bezcenne. Zwiedziliśmy razem kawał świata. choćby byłam z nimi sama w Australii. Jeden miał wtedy 7 lat, a drugi… 7 miesięcy. To kwintesencja tytułu tego wywiadu…
A co zrobić, kiedy człowiek po prostu nie daje rady?
Trzeba mieć odwagę powiedzieć: dzisiaj nie daję rady.
Miałam kiedyś sytuację podczas nagrania, kiedy moje ręce wysiadły, mój mózg wysiadł. Powodem była bardzo trudna sytuacja osobista. Za mną siedziała 80-osobowa orkiestra. Z każdą minutą grałam coraz gorzej. I w końcu musiałam zejść ze sceny. Nie można cały czas funkcjonować na najwyższym poziomie. I nie można udawać, iż jesteśmy maszynami.
Co ciekawe, kilka lat później kobieta związana z tamtym niedokończonym z mojego powodu projektem wróciła do mnie z propozycją innego utworu. Trafiła w dziesiątkę. Za to nagranie dostałam MIDEM w Cannes. Niezwykle istotną nagrodę płytową. To był dla mnie dowód, iż porażka nie musi oznaczać końca. Czasami jest tylko przerwą.
Źródło: materiały prasoweW biznesie powiedzielibyśmy: pivot.
Dokładnie. To taka zmiana kierunku bez rezygnacji z celu.
Co jest dziś dla pani ważniejsze: sukces czy poczucie, iż żyje pani po swojemu?
To drugie. Zawsze. Ja muszę móc podpisać się pod swoim życiem. I zawsze żyję chwilą, liczy się tu i teraz. Człowiek przez lata próbuje być coraz lepszy, coraz bardziej profesjonalny, coraz bardziej perfekcyjny. A czasami zapomina, iż ma po prostu żyć.
Jeżeli nie mogę koncertować, ugotuję coś wspaniałego. o ile mogę wyjechać – wyjadę. Zawsze znajdę coś, co daje mi poczucie, iż żyję naprawdę. Mój syn powiedział mi ostatnio: „Mamo, ty masz za duże wymagania w stosunku do siebie”. I chyba miał rację, bo nie można żyć przeciwko sobie.
20 października odbędzie się pani koncert jubileuszowy. Jaki on będzie?
Będzie połączeniem klasyki i moich projektów związanych z miastami. Ale przede wszystkim będzie bardzo “mój”. Prawdziwy. Dzisiaj mamy takie czasy, iż ludzie (na szczęście!) coraz bardziej zaczynają szukać prawdy, autentyczności. Postanowiłam też, iż ten koncert zrobię od A do Z zupełnie sama. Stworzę, wymyślę, zorganizuję i sprzedam.
Dlaczego?
Bo nauczyłam się w życiu, iż wszystkim zarządzam sama.
Jeżeli pojawi się błąd, mogę mieć pretensje tylko do siebie. Tyle iż mnie błędy się nie zdarzają. (śmiech). Chcę, żeby ten koncert był jak spotkanie rodzinne. To jest dla mnie prawdziwy sukces: kiedy ludzie, którzy pierwszy raz siedzą w jednej sali, po koncercie czują się tak, jakby znali się od zawsze. Słyszałam to wiele razy i to ogromny komplement. Będzie muzyka, słowo, obraz, dużo wspomnień, fotografie, najważniejsze plakaty, ważni dla mnie goście i premiera mojej nowej książki. Chcę dać ludziom kawałek swojego życia. Będzie też coś niesamowicie śmiesznego i niespodzianka muzyczna, której nikt się po mnie nie spodziewa.
Czyli: po 30 latach przez cały czas jest pani bardziej przedsiębiorczynią własnej kariery niż artystką czekającą na kolejne zaproszenie?
Zdecydowanie. Nauczyłam się, iż nie można czekać. Trzeba tworzyć i umieć sprzedać własny pomysł. Trzeba umieć rozmawiać z ludźmi, a także przetrwać kryzys. I trzeba mieć kapitał mentalny, który pozwoli nam wstać, kiedy coś się zawali.
Co powiedziałaby pani Patrycji sprzed 30 lat?
„Nie wydawaj, tylko inwestuj!”. (śmiech) Zresztą obecnej Patrycji powiedziałabym dokładnie to samo! Chyba jestem skazana, aby dużo zarabiać, bo odkładać nie umiem. Za to umiem żyć!
A czego pani sobie życzy na kolejne lata?
Życzę sobie, żeby to, co najpiękniejsze, rzeczywiście było jeszcze przede mną. I chyba właśnie dlatego wciąż wychodzę na scenę. Nie mam pojęcia, co przyniesie przyszłość, ale wiem jedno: jeżeli kiedyś po raz kolejny wypadnie mi smyczek, podniosę go i zagram dalej. Nie ma, iż się nie da.
Rozmawiała: Joanna Drzazga-Lisiecka










![Przygodo trwaj. Nie róbmy krzywdy Brzęczkowi [OPINIA]](https://sf-administracja.wpcdn.pl/storage2/featured_original/6abe0c11f388c2_31165953.jpg)





