– Nie potrzebuję takiej córki! – wrzeszczała Elżbieta Kowalska, wymachując pomiętą kartką. – Hańba dla całej rodziny! Jak ja ludziom w oczy spojrzę?
– Mamo, uspokój się, proszę – błagała Kaja, stojąc w kuchnianych drzwiach z oczami czerwonymi od płaczu. – Porozmawiajmy spokojnie.
– O czym tu gadać? – głos matki się zaostrzał. – Studia rzuciłaś, porządnej roboty nie masz, a teraz to jeszcze! Z kimś się spętłaś, wstyd na cały blok!
Sąsiadka ciocia Klaudia z naprzeciwka ostrożnie wyjrzała na klatkę, wabiona wrzaskiem. Elżbieta dostrzegła jej ciekawskie spojrzenie i wściekła się jeszcze bardziej.
– Widzisz?! Już wszystkie sąsiadki wiedzą! – Cisnęła papier na stół. – Dwadzieścia pięć lat cię na nogi stawiałam, najlepsze oddawałam, a ty jak mi się odwdzięczasz!
Kaja podniosła upadły arkusz, wygładzając go drżącymi palcami. To było podanie o ślub. Jej podanie.
– Mamo, ale ja jestem szczęśliwa – spróbowała wytłumaczyć. – Łukasz to porządny człowiek, kocha mnie…
– Porządny? – Elżbieta parsknęła śmiechem, ale zabrzmiało ono złośliwie i gorzko. – Po rozwodzie, z dzieckiem na głowie, bez stałej roboty, dziesięć lat od ciebie starszy! Zwyczajny pomocnik!
– To nieprawda! Lech pracuje, ma swój zakład napraw pojazdów…
– Zakład! – prychnęła matka. – W starej hali, chciałaś rzec! I co? Całe życie będziesz wąchać smary i ropę?
Kaja opadła na krzesło, czując jak słabną jej nogi. Szykowała się do tej rozmowy od dni, ćwiczyła słowa, liczyła na zrozumienie. Ale wszystko potoczyło się zupełnie nie tak.
– Mamo, nie jestem już dzieckiem. Mam dwadzieścia pięć lat.
– Właśnie! – wykrzyknęła Elżbieta Kowalska. – W twoim wieku ja już byłam zamężna z twoim ojcem, harowałam w FSO, dostawaliśmy przydział na mieszkanie. A ty co? Włóczysz się nie wiadomo gdzie, z nie wiadomo kim!
– Tato też cię zostawił – szepnęła Kaja i natychmiast pożałowała tych słów.
Twarz matki zrobiła się biała z wściekłości.
– Jak śmiesz?! Twój ojciec zginął w wypadku! Nie zostawił nas!
– Przepraszam, mamo, nie tak chciałam…
– Chciałaś dokładnie tak! – Elżbieta przechadzała się po kuchni jak uwięziona tygrysica. – Chcesz powtórzyć mój los? Zostać sama z dzieciakiem na rękach? Ten twój Łukasz już jedną rodzinę rozwalił!
– Rozstali się w porozumieniu. Po prostu im nie wyszło.
– Tak, nie wyszło! – Matka usiadła naprzeciw córki, wbijając w nią wzrok. – A z tobą niby wyjdzie? Masz pojęcie w co wchodzisz? Ma dzieciaka z poprzedniego małżeństwa! Alimenty płacić musi! A dla ciebie co zostanie?
Kaja milczała, pocierając skronie. Głowa pękała od krzyku, w piersi gniotła tępa rozpacz. Tak marzyła o tym, jak powie mamie o swoim szczęściu, jak razem szykują wesele, wybiorą suknię…
– I w ogóle – ciągnęła Elżbieta – gdzieś go znalazła? W jakiej melinie?
– Na urodzinach u Magdy Grabarczyk. Pamiętasz, mówiłam ci?
– Magda Grabarczyk! – Matka załamała ręce. – Ta kobietka? Co już po raz trzeci wychodzi? Szacowne towarzystwo sobie znalazłaś!
– Mamo, co Małgosia do tego? Lech tam trafił przypadkiem, zaprosił go kolega…
– Przypadkiem! Tacy typy nigdzie przypadkiem nie trafiają. Celowo szukają kobiet jak ty, łatwowiernych.
Kaja zerwała się z krzesła.
– Dość! choćby go nie znasz, a już osądzasz!
– A po co mi znać? – Elżbieta też wstała. – Po tobie wszystko widzę. Chodzisz jak struta, schudłaś, pod oczami cienie. To ma być twoje szczęście?
– Schudłam, bo się denerwuję. Wiedziałam, iż będziesz przeciw.
– Oczywiście, iż przeciw! Nie po to cię stawiałam na nogi, żebyś losowi się tak oddała!
W przedpokoju zabrzdąkła domofon. Kaja i matka zamilkły, nasłuchując.
– To on? – syknęła Elżbieta Kowalska.
– Tak, umówiliśmy się.
– Za nic! Nie wpuszczę go pod ten dach!
– Mamo, proszę! Choć go poznaj. Może zmienisz zdanie.
– Ani myślę!
Domofon odezwał się ponownie, ostrzej.
– Kaiu, to ja – zabrzmiał zza drzwi męski głos.
Kaja spojrzała na matkę błagalnie.
– Mamo, proszę cię. Pięć minut.
Elżbieta zawahała się, ale ciekawo
Kasia wpatrywała się w ciemność za oknem, słysząc głos mamy szeptem powtarzający ochrypłym głosem *”Tyle lat cię prowadziłam, dziecko, jak się zgubić pozwolić?”*, a w jej duszy zaczął się budzić lęk, czy aby jej *złamane serce matki* nie przeczuwało czegoś, co ona sama, zaślepiona miłością, uparcie ignorowała, właśnie rozpoczynając życia rozdział pełen nieznanych ulic życia, nie wiadomo dokąd wiodących.