Natalia Marczuk była jedną z najmocniej wyczekiwanych artystek tegorocznego Next Fest. Łączy pop z brzmieniem, które poznała wychowując się na granicy polsko-białoruskiej. Młoda wokalistka przymierza się do wydania solowego albumu, który ujrzy światło dzienne latem tego roku. O nim między innymi rozmawiała z Wojciechem Miśkiewiczem.
Wojciech Miśkiewicz: Na początek, jak wrażenia z nextowego występu?
Natalia Marczuk: Powiem szczerze, iż nie mogłam zasnąć. Tyle miałam w sobie bardzo dużo emocji, tych pozytywnych oczywiście. Świetny był ten koncert, świetnie się bawiliśmy razem z moim zespołem. Lepszego odbioru nie mogliśmy sobie wymarzyć. Pierwszy nasz showcase z tym projektem, a Next Fest zawsze marzyłam i to się właśnie spełniło.
W.M. Zawsze przeżywasz tak swoje występy, czy właśnie ta wyjątkowa okazja, największy showcase w Polsce też spowodował, iż ten koncert nie pozwolił Ci wręcz zasnąć od razu po?
N.M. Oczywiście zawsze się stresuję i można powiedzieć, iż trochę przyjmuję, ale z tego względu, iż po prostu chcę, żeby zawsze wszystko brzmiało jak najlepiej. Ale ten stres jest bardzo motywujący. Miałam wrażenie, iż przez cały dzień po prostu tryskałam jakąś energią i też się tak spotkałam z takim feedbackiem po koncercie, iż po prostu zarażałam jakimś światłem.
W.M. A myślisz, iż dla Twoich odbiorców, czy najbliższych Twojemu sercu, czyli rodzinie, przyjaciołom, znajomym, czy tym dalszym, których nie znasz osobiście, również Twoja twórczość daje trochę tego uśmiechu na co dzień?
N.M. Myślę, iż na pewno. Moja rodzina zawsze była moimi największymi fanami. Zawsze jestem na łączach czy z moją mamą, z moimi babciami. Jestem też debiutantką, ale coraz częściej występuję, koncertuję i ludzie mają większą możliwość, żeby mnie poznać w tym momencie. Bardzo dużo wczoraj po tym koncercie do mnie podeszło osób, których ja w ogóle nie znałam i też dużo ludzi do mnie pisało, iż świetny jest ten materiał, iż bardzo im się to podoba.
W.M. Mówiłaś o tym byciu debiutantką, z każdym chyba koncertem jednak już zawsze u artysty dalej od takiej renomy. Ściągasz znad siebie ten parasol ochronny, który pozwala na jakieś niedoskonałości sceniczne?
N.M. Zawsze są jakieś takie potknięcia, czy to u mnie, czy gdzieś tam w moim zespole, ale z każdym krokiem jesteśmy coraz bardziej profesjonalni, wiemy jak się zachować i też żeby się nie przejmować też tym wszystkim. Ten perfekcjonizm nie zawsze jest dobry. Ta niedoskonałość, zresztą moja piosenka jedna też się nazywa niedoskonała. Właśnie taką się sobie też podobam, iż coś może właśnie nie jest takie idealne. W czasach w których żyjemy, czyli świata AI, muzyki robionej przez AI, wydaje mi się, iż ten brud jest wartością dodaną, takim plusem wielkim dla artysty.
W.M. Czyli taki chaos kontrolowany też może być czymś, co sprawia, iż twórczość każdego artysty jest czymś niepowtarzalnym?
N.M. Tak, zgadzam się. Jestem z troszeczkę jazzowego świata, mój zespół tak samo, więc my się w tym chaosie odnajdujemy, słyszymy wszystko skrupulatnie, co się dzieje dookoła w tych dźwiękach i umiemy też improwizować. I to improwizowanie nam często bardzo dobrze wychodzi, więc też wydaje mi się, iż jazz mnie tego nauczył.
W.M. Uczyłaś się na Akademii Muzycznej, właśnie na kierunku jazzowym w Gdańsku. Ta pewna „salonowość”, która dominuje na uczelniach, o ile chodzi o naukę jazzu, jest czymś ograniczającym, czy z drugiej strony właśnie dającym zdolność improwizacji?
N.M. Zależy jak na to spojrzeć. Uczelnia dała mi bardzo dużo, nauczyła wielu rzeczy, na przykład właśnie praca z zespołem, moja twórczość też w trakcie studiów tak naprawdę powstała. Ale uczelnia to jest jakiś schemat i szczególnie mam wrażenie wokaliści są narażeni na to, żeby stać się kolejnym produktem uczelnianym. Bardzo tego pilnuję i bardzo się tego boję, iż moje brzmienie na przykład jest takie właśnie uczelniane, wszystko czysto, pięknie. Tego mnie też nauczyła akademia, to nie jest zaleta, tylko właśnie wada, bo właśnie tak jak wcześniej mówiliśmy o tych niedoskonałościach, a na uczelni nie ma na to miejsca. W świecie pozaakademickim te maniery u artystów są wręcz pożądane. Choć uczelnia mi dużo dała, to z dystansem podchodzę do tego wszystkiego i nie zaczepiam mojej kariery, nie lubię bardzo tego słowa, na uczelni i na tym, iż to było mi bardzo niezbędne. Nie uważam, iż akademia jest w ogóle niezbędna, żeby grać zawodowo, żeby występować, żeby być świetnymi artystami. Jest pomocna, ale stawia jakieś pułapki na drodze.
W.M. Prywatnie odbiorze muzyki bliżej ci do, nazwijmy to jazzowego salonu, do tej klasyki,, czy bliższe są Ci rzeczy bardziej improwizowane, zahaczające o hip hop?
N.M. Szczerze mówiąc nie jestem jakąś wielką fanką jazzu, bardziej podchodzę do tego w taki sposób, żeby chwytać jakiś jazz. Jazz poszerza horyzonty, uczy wielu rzeczy, ale nie jest to gatunek, którego namiętnie słucham. Może właśnie w trakcie studiów słuchałam tego więcej. jeżeli mam ochotę na takie brzmienie, to rzeczywiście słucham młodej fali, niekoniecznie też jakaś też jakiś free jazz, gdzie gdzieś za bardzo nie wiadomo o co chodzi.
W.M. Nasuwa się pytanie, to skąd Ty się wzięłaś na akademii muzycznej w klasie jazzowej, są dla wokalistów kierunki muzyki estradowej, czy też po prostu zupełnie nie jazzowe formy kształcenia, edukacji.
N.M. Nie wiem czy dobrze wybrałam, ale tak wybrałam. Byłam w szkole muzycznej na drugim stopniu, też na wokalu jazzowym w Lublinie i już miałam to podłoże. Jak szłam na te studia i wiedziałam, iż bardzo chcę iść do Gdańska, jakoś nie wyobrażałam sobie trochę innego miasta, a w Gdańsku jest tylko musical, opera i jazz. A z tych trzech gatunków najbliżej mi jest do jazzu. Aczkolwiek teraz z tej perspektywy czasu rzeczywiście myślę, iż ta estrada byłaby dla mnie lepsza. Aczkolwiek tutaj znowu jest ta pułapka tego, iż byłabym po prostu „gwiazdą estrady”, której ja też nie lubię. Właśnie szczerze mówiąc żadne z tych studiów nie były takie, o jakich marzę.
W.M. Zapytam Cię teraz o korzenie, bo wspomniałaś, iż drugi stopień szkoły muzycznej kończyłaś w Lublinie. W krótkich biogramach w internecie przedstawiasz się, albo jesteś przedstawiana, jako artystka o korzeniach poleskich, a jest to dosyć szerokie geograficznie, historycznie określenie. Zawiera ono i trochę okolic Lublina i Podlasia, ale też tereny dzisiaj leżące na terenie Białorusi i Ukrainy, to w takim razie gdzie tych Twoich korzeni rodzinnych, tych Twoich źródeł szukać?
N.M. Pochodzę z takiej małej miejscowości Międzyleś, dosłownie 10 kilometrów przy granicy z Białorusią i to są właśnie takie tereny choćby może bardziej nad Bugiem. Ta muzyka właśnie tamtych terenów, czyli muzyka w języku chachłackim, na pograniczu i muzyki ukraińskiej, polskiej, folkowa muzyka, to było to tego się u mnie słuchało w domu. Jest taki zespół Prymaki, to po prostu jak byłam dzieckiem, to mój tata katował mnie tą muzyką na głośnikach. Żadna inna muzyka u mnie nie leciała, nie poznałam na przykład Elvisa Presleya, nie poznałam Rolling Stonesów. Byłam wtedy kompletnie zielona o ile chodzi o inne gatunki, słuchałam takich wschodnich utworów, takich folkowych i na przykład też bardzo dużo się nauczyłam przez śpiewanie w cerkwi, bo to śpiewanie na głosy. Też w moim domu jak były jakieś takie spotkania rodzinne, święta czy po prostu jakiś obiad, to wtedy śpiewaliśmy też takie właśnie piosenki „po naszomu” z moją całą rodziną na kilka głosów. Moja rodzina nie jest wykształcona muzycznie, ale te utwory przekazywane były z pokolenia na pokolenie od babć, wujków, dziadków. No i też jak rodzice mi opowiadają o moich babciach, to iż one pięknie śpiewały i dlatego ja mam taki piękny głos i właśnie to od zawsze było w naszej krwi. Więc ja bardzo sobie cenię moje korzenie, to moje podłoże muzyczne. Myślę, iż to bardzo mnie ukształtowało i słychać chyba też to w moich utworach, na koncertach też. Nie wydaje mi się, iż ta moja muzyka jest folkowa, ale jednak to tak troszeczkę brzmi i są takie zapędy folkowe.
W.M. Czyli rozumiem też, iż ze względów rodzinnych biały śpiew też jest Ci doskonale znany?
N.M. Tak, oczywiście. Nie jest mi to absolutnie obce, wręcz przeciwne.
W.M. Brakuje oficjalnego spięcia twojej dotychczasowej twórczości całość, którą nazywamy w przemyśle muzycznym krążkiem. To jakie tutaj są plany?
N.M. Te utwory, które zostały już wypuszczone, czyli właśnie Stacja Herbaciana i Siedma Sosna są zawarte na tym krążku. Są to utwory zapowiadające całą płytę. Zamierzamy ją wydać pod koniec lata. Nie możemy się tak naprawdę doczekać tego. I będzie na tym krążku, już mogę powiedzieć, dziewięć utworów. Są to piosenki napisane właśnie w czasie, kiedy jeszcze mieszkałam w Gdańsku, więc to są takie nadmorskie piosenki, tworzone też razem z moim zespołem, którzy mieszkają w Katowicach, więc tak troszeczkę łączyłam te dwa światy. To są takie moje bardzo osobiste utwory opowiadające o moich uczuciach, gdzieś tam o moich relacjach, o poczuciu własnej wartości. Też pisałam wszystkie teksty do tych utworów i muzykę, więc to jest taki bardzo długo wyczekiwany krążek. Jeszcze nie wiem jak będę się nazywał. Intensywnie o tym myślę, już musimy myśleć nad okładką tej płyty jeszcze nie podjęliśmy żadnej decyzji.
W.M. Twoja twórczość to element, który pozwala Ci radzić sobie z jakimiś życiowymi zakrętami, trudniejszymi emocjami, czy jest to coś, co po prostu musi w Twojej głowie odleżeć, żeby mogło się zmaterializować w postaci tekstu i muzyki?
N.M. W trudnych, emocjonalnych momentach to rzeczywiście najlepszą drogą ujścia jest po prostu pisanie tekstu, pisanie muzyki, więc w momencie tworzenia właśnie tak sobie radzę z tymi emocjami. Te utwory, które napisałam to zapisy sprzed dwóch, trzech lat. Teraz mam energię i już sobie myślę o następnych, a są takie sytuacje, które mnie stymulują do tego, żebym już zaczęła pisać nowe. w tej chwili po prostu nie mam na to przestrzeni, żeby rzeczywiście to zrobić, więc wydaje mi się, iż jak już skończę tą płytę i już ją wydam, to wtedy prężnie się zabiorę za zapisanie kolejnych rzeczy, bo na pewno będzie jeszcze mnóstwo okazji, żeby właśnie przelać te swoje emocje na papier.
W.M. To tak na koniec, jakbyś mogła skondensować to, co w Twoim muzycznym życiu będzie się działo w najbliższym czasie?
N.M. Na razie się skupiamy na tym, żeby po prostu co miesiąc wydawać single. Jeszcze takie konkretnej daty po prostu nie mam, myślimy o tym, żeby przyciągnąć jeszcze ten moment wydawania singli, bo chcieliśmy już zrobić premierę płyty w czerwcu, ale może właśnie jeszcze dodamy. Są już zabukowane jakieś koncerty, m.in. zapraszam serdecznie 2 czerwca gram w Warszawie u premierowego, premierowy Foot Town, więc to będzie taka pierwsza okazja, żeby nas zobaczyć, usłyszeć w stolicy. Mam nadzieję, iż będzie tego dużo więcej. Następny rok będzie takim najmocniejszym dotychczas rokiem, bo ten 2026 jest taką zapowiedzią tego, co może się wydarzyć w przyszłości.














