„Naprawdę miałam dobre doświadczenia z gnieźnieńskiego teatru”

kulturaupodstaw.pl 2 godzin temu
Zdjęcie: fot. Dawid Stube, na zdj. Joanna Żurawska


Joanna Ostrowska: Joanno, Jacek Sieradzki w swoim ostatnim Subiektywnym spisie aktorów teatralnych umieścił cię w kategorii „zwycięstwo” za rolę Przybyszewskiej w spektaklu „Czuję wstyd, żyjąc w takim świecie” z teatru im. Fredry w Gnieźnie. Napisał: „Gra tę samounicestwiającą się kobietę w niesamowitym zapamiętaniu. Zgrzebna i bosa, jakby niekontaktująca, choć nieustannie czujna i przytomna, nie pozwala sobie na żaden gest/odruch rozpaczy, ślad żądania współczucia, bo to by było kapitulacją nie do zniesienia. Nieczęsto widzi się role, w których aktor potrafi do tego stopnia zatracić się, oddać siebie postaci, odrzucić wszelką metakontrolę, własne pozycjonowanie się na scenie. Grać tak jak ona, do środka, do wnętrza. To niezwykle trudne, chybotliwe.” Jak się czujesz z taką pochwałą?

Joanna Żurawska: To oczywiście sprawiło mi dużą radość. Nie chodzi tylko o sam fakt docenienia, ale także o poczucie, iż sztuka, którą uprawiam, nie zostaje w próżni, iż to działa, iż nie niknie w szumie. Jako artystka mam ogromną potrzebę, choćby głód, docierania do ludzi, rezonowania z nimi. Ciągle mi mało i ciągle mam niedosyt.

J.O.: To nie było pierwsze zauważenie ciebie w spektaklach, w jakich grałaś w gnieźnieńskim teatrze. Czy to może znaczyć, iż aktor może rozwijać się i zabłysnąć, także pracując na prowincjonalnej scenie?

J.Ż: jeżeli chodzi o rozwój – to z całą pewnością jest on możliwy również na prowincjonalnej scenie, ale musi zaistnieć jeden warunek – to, co się w takim miejscu tworzy, nie może być z ducha „prowincjonalne” i zasuszone w jakichś starych, złych schematach. Koniecznie muszą pojawić się twórcy z propozycjami, które wpisują się we współczesny sposób uprawiania teatru, choćby jeżeli są to propozycje bardzo klasyczne.

fot. Wojtek Niedzielko

Teatr gnieźnieński, odkąd w nim jestem, daje właśnie taką możliwość i pod względem twórców, którzy przyjeżdżają z nami pracować, nie mamy powodu do kompleksów.

Ale pozostało drugi aspekt, bo pytasz, czy można zabłysnąć. Mimo iż nasze spektakle pojawiają się na wielu ważnych festiwalach, to jednak ja ciągle mam poczucie, iż „życie teatralne” dzieje się trochę poza nami. Tym bardziej cieszy, gdy zostaje się zauważonym przez kogoś, kto w tym teatralnym mainstreamie jest na co dzień.

Ale ja życzyłabym sobie, żeby ten mainstream częściej u nas był i więcej o nas mówił. I żeby w tych corocznych zestawieniach było widać, iż krytycy nie ograniczają się tylko do Warszawy, Krakowa czy Wrocławia.

J.O.: Pierwszą rolę zagrałaś w Gnieźnie jeszcze jako aktorka gościnna i było to nietypowe zadanie, bo zagrałaś króla. Czy to doświadczenie miało wpływ na decyzję o dołączeniu do zespołu?

J.Ż: Ach, naprawdę nie miałam pojęcia, gdzie trafię, z jakimi ludźmi będę pracować. Nie wiedziałam wtedy nic o gnieźnieńskim teatrze i jego zespole. Nie chcę, żeby to wypadło jakoś cukierkowo, ale od razu zobaczyłam, iż tu są ludzie, którzy naprawdę chcą robić dobry teatr. Jestem bardzo wdzięczna Tomkowi Węgorzewskiemu, reżyserowi rzeczonego „Listopada”, iż mnie zaprosił do tej pracy.

Ale droga do zespołu nie była taka oczywista – nie było tak, iż zaraz po premierze zaproponowano mi etat. Stało się to, jeżeli dobrze pamiętam, jakieś dwa lata później. I oczywiście bardzo się ucieszyłam.

A tak na marginesie, ponieważ wspomniałaś o mojej roli w „Listopadzie” (jednej z dwóch) – czyli Stanisława Augusta Poniatowskiego – muszę powiedzieć, iż Stasia noszę wciąż w swoim sercu i niezwykle ciepło wspominam jego sesje terapeutyczne z nadwornym Medykiem (cudowną Marią Magdaleną Kozłowską).

J.O.: Czy długo zastanawiałaś się, kiedy padła propozycja dołączenia do zespołu? Jak patrzysz na tamtą decyzję z dzisiejszej perspektywy?

J.Ż: Akurat tak się złożyło, iż dokładnie w tym samym czasie zaczynałam pracę nad „Wampirem” Reymonta, również w reżyserii Tomka Węgorzewskiego, w Teatrze Polskim w Bydgoszczy i Łukasz Gajdzis [wcześniej kierownik artystyczny w Gnieźnie – J.O.] zaproponował mi dołączenie do tamtejszego zespołu. Jednak te rozmowy jakoś się długo toczyły i w końcu uznałam, iż nie chcę dłużej żyć w niepewności, a poza tym naprawdę miałam dobre doświadczenia z gnieźnieńskiego teatru. Nie żałuję tej decyzji, bo nie wiem, czy gdziekolwiek indziej miałabym okazję w tak krótkim czasie zagrać tak dużo ważnych ról i pracować z tyloma wspaniałymi artystami.

fot. Dawid Stube

Ale dodam tu łyżkę dziegciu – w mieście takim jak Gniezno niestety nie da się grać dużo i często. Nie wiem, czy to kwestia słabej promocji, czy braku zainteresowania teatrem wśród samych Gnieźnian, ale jakoś tak jest.

Oczywiście mamy tu także grupę wiernych i bardzo wrażliwych widzów i niektórzy przychodzą wielokrotnie na nasze spektakle. Ale smuci mnie, nie! – złości, iż Gniezno nie dostrzega swojego teatru i nie chce być z niego dumne.

J.O.: Skoro Gniezno nie daje sygnałów dumy czy wsparcia dla teatru, to może czujecie wsparcie w regionie? Przyjeżdżają widzowie z Poznania czy innych okolicznych miast?

J.Ż: Od razu wyjaśnię, iż nie oczekuję, iż miasto czy region będą nas ciągle chwaliły i głaskały. Mam raczej na myśli dostrzeżenie i docenienie faktu, iż Teatr Fredry jest istotny na teatralnej mapie Polski i już dawno przestał być sceną prowincjonalną w tym negatywnym sensie. Owszem, na nasze spektakle przyjeżdżają widzowie z Poznania i okolicznych miejscowości (niektórzy wielokrotnie).

Co do wsparcia ze strony regionu… no cóż… ostatnie wydarzenia pokazały [oskarżenia o przemoc ze strony jednej z aktorek – J.O.], iż – przynajmniej ze strony mediów – nie możemy choćby liczyć na wysłuchanie naszego stanowiska. Kilka miesięcy temu zaczęły ukazywać się w regionalnych mediach artykuły, z których wynikało, iż nasz teatr to miejsce, w którym panuje nepotyzm i przemoc. Media chętnie podłapały temat i wysłuchały jednej osoby, która się do nich z tą sprawą zwróciła.

Niestety, zabrakło rzetelności dziennikarskiej – zignorowano zdanie doskonałej większości zespołu aktorskiego i pracowników. Ruszyła machina hejtu, każde wydarzenie w teatrze było natychmiast „przykrywane” nowym artykułem szkalującym dyrekcję i jednego z aktorów.

Nie wiem, czy warto dłużej ciągnąć ten temat, ale faktycznie cała ta sytuacja była i jest dla nas – aktorów i pracowników teatru – bardzo trudna do zniesienia. Pojawia się niezgoda i poczucie opuszczenia. choćby przychylne nam dotąd osoby i media lokalne odwróciły się od nas i ignorowały nasze zdanie.

J.O.: Czy wpłynęło to na pracę zespołu?

J.Ż: Myślę, iż bardziej wpłynęło to na nasze samopoczucie niż na samą pracę, choć oczywiście trudno te rzeczy rozdzielić. Paradoksalnie, jako zespół, poczuliśmy się bardziej zjednoczeni i zdeterminowani. Czuliśmy, iż tylko dobra praca może nas podnieść na duchu i pozwolić zapomnieć o tych przykrych rzeczach, które dzieją się wokół teatru.

J.O.: Mówiłaś wcześniej, iż w Gnieźnie pracowałaś ze wspaniałymi artystami. Którą ze stworzonych z nimi postaci wspominasz najlepiej?

J.Ż: Wspominałam już o królu Stanisławie Auguście Poniatowskim, ale w „Listopadzie” zagrałam też Kasztelanową i obie te role – choć tak różne – są dla mnie jakoś sprzężone i na zawsze pozostaną dla mnie ważne (no i chyba kilka aktorek miało możliwość grać króla Poniatowskiego). Przyjemność grania tych postaci potęgowała wspaniała dramaturgia Magdy Kupryjanowicz.

Byłam przeszczęśliwa, gdy Radek Rychcik obsadził mnie w roli Wąsowskiej w „Lalce”. Zagrać ją, to było moje marzenie od podstawówki jeszcze, kiedy to po raz pierwszy przeczytałam tę powieść. Lubię zadziorność Wąsowskiej, kokieterię, a jednocześnie fakt, iż bez ogródek mówi, co myśli i choć jest zanurzona w arystokratycznym świecie, to nie boi się być sobą. Jest też na swój sposób dobra, choć nie święta. Z niecierpliwością czekałam zawsze na ostatnią scenę spektaklu, bardzo długą, w której Wąsowska rozprawia się z Wokulskim, obsztorcowując go i wygłaszając, można powiedzieć, manifest feministyczny, a jednocześnie obnażając swoje uczucia i potrzebę bycia kochaną.

fot. Dawid Stube

Postacią na antypodach tej pierwszej, ale równie istotną dla mnie, jest Stanisława Przybyszewska z „Czuję wstyd, żyjąc w takim świecie” Joli Janiczak w reżyserii Wiktora Rubina. To nie jest ktoś, kto wzbudza sympatię – choć nie dlatego, iż jest złą osobą.

Przybyszewska – pisarka, dramaturżka, córka „tego” Przybyszewskiego – jest po prostu nieznośna w swojej bezkompromisowości, która dosłownie ją zabija. Wstrząsające było zbliżyć się do tej niezwykłej i bardzo smutnej biografii. Granie tej postaci daje mi możliwość pokazania swojej niezgody, nieznośności, swojego buntu i krzyku. Za każdym razem czuję się jakby wewnętrznie oczyszczona. Intensywność tego rodzaju gry wprawia mnie w euforię.

Z pewnego rodzaju dumą myślę też o królowej Gertrudzie z naszej najnowszej premiery – „Hamleta” w reż. Janka Kamińskiego. Ta duma wynika z faktu, iż czuję, iż udało mi się znaleźć w Gertrudzie coś więcej niż tylko matkę Hamleta, a przyznam, iż zawsze zdawało mi się, iż jest sprowadzana do tej roli.

Kocham też Nałkowską z „Bruno Schulz. Fetyszysta” Janka Jelińskiego. Tak się złożyło, iż w krótkim czasie miałam okazję zagrać dwie pisarki – wspomnianą już Przybyszewską i Nałkowską właśnie. I znowu, zanurzenie się w biografii tak ciekawej, niejednoznacznej osoby, przyglądanie się i oddanie na scenie niezwykłej relacji między nią a Schulzem, to jest wspaniała przygoda.

J.O.: Urząd Marszałkowski rozpisał konkurs na dyrektora Teatru Fredry. Czego życzyłabyś teatrowi, w którym pracujesz?

J.Ż: Przede wszystkim życzyłabym mu, żeby pozostał sceną nowoczesną, otwartą i współpracującą z najciekawszymi artystami. Zgadzam się, iż instytucja publiczna powinna dostarczać różnorodnego repertuaru, również takiego dla mniej wyrobionego widza.

Ale katastrofą byłoby, gdyby teatr zmienił się w scenę wystawiającą tylko głupawe farsy.

Jestem przekonana, iż widz z Gniezna tak samo zasługuje na artystyczne doznania, jak ten z większych ośrodków, a lżejszy repertuar nie musi oznaczać braku smaku. I życzyłabym też nam, aktorom gnieźnieńskiego teatru, żebyśmy mieli dużo więcej okazji do spotkań z naszą wspaniałą widownią.

Idź do oryginalnego materiału