Rozpoczął się 2026. Będzie to rok pełen wrażeń dla świata muzyki – już w lutym spodziewamy się albumów od Gorillaz czy Charli XCX. Nie można jednak zapomnieć o zeszłorocznych premierach muzycznych, wśród których również nie brak perełek.
Zobacz również:
HEALTH – CONFLICT DLC – recenzja albumu
The Last Dinner Party – From The Pyre – recenzja albumu
Mery Spolsky – KOCHAM POLSKĘ – recenzja albumu
Do tej pory powstało już sporo różnych zestawień najlepszych albumów 2025 – między innymi to w magazynie Rolling Stone. W pierwszej piątce według nich znalazły się:
5. Geese – Getting Killed
4. Dijon – Baby
3. Rosalía – Lux
2. Lady Gaga – Mayhem
1. Bad Bunny – Debí Tirar Más Fotos
Na podium pojawiły się najbardziej rewolucyjne dzieła tego roku. Autorzy zestawienia podkreślili, iż eksperymentalność była głównym trendem 2025. Jednak czy te albumy rzeczywiście zasługują na miano najlepszych z najlepszych? Przekonajmy się.
Geese – Getting Killed
fot. Partisan RecordsRock nigdy się nie starzeje – Geese udowadniają to swoim nowym albumem, w którym naginają jego zasady, tworząc eksperymentalną, głośną całość. Częścią jego sukcesu jest zdecydowanie głos Camerona Wintera. Potrafi on mistrzowsko go modulować; często na płycie słychać wręcz krzyk. Najbardziej widać to w otwierającym Getting Killed utworze Trinidad. Sam album jest swoistą nową definicją rocka – nie korzysta z utartych struktur, ale próbuje stworzyć go na nowo.
Minusem płyty jest fakt, iż wiele piosenek brzmi bardziej jak zakończenie albumu niż jego „środkowa” treść. Można odnieść wrażenie, iż typy utworów są rozłożone nierównomiernie, na czym Getting Killed niestety traci. Album składa się z polaryzujących brzmień: słyszymy spokojne utwory, takie jak Au Pays du Cocaine, po czym zespół zaskakuje nagłym, głośnym chaosem, jak w Long Island Here I Come.
Trzeba jednak przyznać, iż po sukcesie Heavy Metal Camerona artyści mogli pójść na łatwiznę i kontynuować trend, idąc w stronę cichszych dźwięków, podobnych do albumu wokalisty zespołu. Zamiast tego wybrali natomiast kompletne przeciwieństwo – postawili na odwagę i wyszli na tym bardzo dobrze.
Dijon – Baby
fot. Warner Records15 sierpnia Dijon wydał album, który zakończył jego dwuletnią ciszę po premierze singla coogie. Powrócił na scenę muzyczną z lekko zmienionym, psychodelicznym i onirycznym brzmieniem. Utwory na jego najnowszej płycie są zaskakujące – tekst pojawia się jedynie fragmentami, często mocno zniekształcony. Całość sprawia wrażenie snu w stylistyce R&B. Momentami rytm jakby potyka się sam o siebie, jak w piosence HIGHER!, a adliby pojawiają się niespodziewanie i gwałtownie znikają.
Baby można uznać za muzyczny kalejdoskop przenoszący słuchacza w świat Dijona. Największym plusem albumu jest bez wątpienia produkcja, która – choć na pierwszy rzut oka może wydawać się niedbała lub losowa – jest w pełni intencjonalna. Każdy dźwięk i każde rytmiczne opóźnienie mają swoje znaczenie.
Niestety, mimo imponującej produkcji, album nie ma takiego potencjału ponownego odsłuchiwania jak np. Mayhem, który Rolling Stone również umieścił na liście najlepszych albumów 2025 roku. Jest to przygoda na jeden raz, do której trudno wrócić. Dijon postawił na ekspresję i sztukę, ale tym samym stracił na radiowości.
Baby to niezwykła psychodeliczna podróż, która zabiera w świat snów i pokazuje autorskie spojrzenie na dźwięk i muzykę. Niestety, jest to doświadczenie jednorazowe, wyczerpujące emocjonalnie. To również zdecydowanie album, którego należy słuchać w całości. Pojedyncze utwory nie mają takiej mocy, ale po przesłuchaniu pełnych 37 minut albumu Baby staje się dziełem trudnym do zapomnienia.
Rosalía – Lux
fot. Columbia RecordsW poprzednim roku nie pojawił się żaden inny album, który w tak wyrafinowany sposób łączyłby różne gatunki muzyczne – przede wszystkim operę i pop. Można powiedzieć, iż głównym hasłem opisującym ten projekt jest synkretyzm. Mimo przenikania się wielu stylów płyta nie jest dezorientująca. Tematyka pozostaje klarowna i trafia prosto w serca słuchaczy.
Rosalía podejmuje trudne tematy, takie jak Bóg czy kobiecość, i zamienia je w list, a następnie czyta go w trzynastu językach. Nie jest to typowy pop, znany z jej poprzedniego albumu Motomami, który był wręcz fabryką dopaminy, ale równie mocno angażuje. Lux skłania do refleksji, a momentami wręcz do modlitwy nad życiem.
Artystka stworzyła projekt będący buntem wobec popu, który nie każdy zrozumie. Muzyka klasyczna i religijna tematyka mogą odstraszyć słuchaczy radiowych. To nie jest album do słuchania w drodze do pracy czy szkoły. Duża zmiana względem Motomami również może nie przypaść wszystkim do gustu. Jest to jednak odważny krok Rosalii w stronę sztuki, a nie komercji. Lux znacząco różni się od jej wcześniejszej twórczości i właśnie dlatego zasługuje na rozgłos, jaki otrzymał.
Lady Gaga – Mayhem
fot. Streamline Records, Interscope RecordsTen album jeszcze przed premierą był otoczony aurą ekscytacji. Po wcześniejszym singlu Abracadabra fani wiedzieli, iż Gaga wraca do swoich korzeni – czasów The Fame Monster czy Born This Way. Artystka ponownie sięgnęła po eksperymentalne brzmienia, ekstrawaganckie teledyski i dumne manifestowanie własnej tożsamości.
Premiera singla wysoko ustawiła oczekiwania wobec całego albumu, a Lady Gaga dostarczyła dokładnie to, za czym fani tęsknili, jednocześnie wprowadzając świeże elementy. Utwory takie jak Garden of Eden czy Disease są niczym laurki dla wieloletnich fanów – nie bez powodu zresztą zdobyły światową popularność. Nie zabrakło jednak nowej odsłony artystki, czego przykładem jest Blade of Grass, opowiadające o jej zaręczynach z Michaelem Polanskym. Mayhem to swoiste pojednanie starej i nowej Lady Gagi.
Choć album jest wspaniałym prezentem dla fanów, dla słuchaczy, którzy nie śledzili jej kariery od początku, może stanowić zaskakujące odejście od ostatnich projektów. Osoby znające Gagę głównie z Folie à Deux lub piosenek takich jak Die With a Smile czy Shallow mogły poczuć się nieprzyjemnie zaskoczone mocniejszymi brzmieniami Mayhem. Mimo to uważam, iż album zdecydowanie zasługuje na miejsce w pierwszej piątce roku – zwłaszcza jako fanka artystki.
Bad Bunny Debí Tirar Más Fotos
fot. Rimas EntertainmentAlbum, który zdobył pierwsze miejsce na liście Rolling Stone, jest czystym hołdem dla kultury Portoryko, gdzie Bad Bunny dorastał. Jest to nostalgiczna podróż w czasie i przestrzeni do korzeni artysty. Tytuł w tłumaczeniu oznacza „Powinienem był robić więcej zdjęć”. Benito wraca tutaj do momentu, w którym muzyka jego regionu wkroczyła do mainstreamu.
Album łączy gatunki charakterystyczne dla podwórka muzyka, takie jak salsa czy plena, z nowoczesnymi popowymi brzmieniami, spajając starsze i młodsze pokolenia. Zarówno młodzi jak i starsi mogą tańczyć do tego albumu, nie czując się wykluczeni przez historyczne zmiany ani upływ czasu.
Nie sposób pominąć krótkiego filmu o tej samej nazwie, który towarzyszył premierze albumu. Debí Tirar Más Fotos opowiada o zmianach w tradycjach Portoryko, urbanizacji regionu oraz o tym, jak starsi mieszkańcy wciąż trzymają się dawnych wartości. Można odnieść wrażenie, iż tworzą oni zamkniętą społeczność, niezrozumiałą dla młodych czy turystów. Album staje się w tym kontekście lekarstwem – pokazuje, iż obie społeczności mogą zburzyć mur, który je dzieli.
Jedynym elementem budzącym zastrzeżenia jest długość płyty, określana przez niektórych jako zbędna. Album trwa ponad godzinę, a utwór Baile Inolvidable ma aż sześć minut. Osobiście uważam, iż historia, którą próbuje przekazać Bad Bunny nie byłaby opowiedziana w pełni gdyby album był krótszy.
fot. główna: grafika własna
